Historia opowiedziana przez moją czytelniczkę:
Mąż zmarł dzień przed swoimi pięćdziesiątymi urodzinami. Był piątek, ostatni dzień roboczy. Rano wstałam, poszłam zrobić śniadanie i obudziłam męża.
– Poleżę jeszcze trochę, jakoś słabo się czuję – powiedział mąż i to były jego ostatnie słowa. Kiedy wyszłam spod prysznica, on już nie żył.
To był zakrzep krwi, który w jednej chwili pozbawił życia dobrego człowieka, tym samym zabierając mi męża, a córce ojca.
Minęło pięć lat. Przez ten czas mieszkałam sama, mam już 53 lata. Mąż nie widział swojej wnuczki, a wnuczka nigdy nie zobaczy swojego dziadka. Raz na dwa tygodnie jeździłam na cmentarz niezależnie od pogody. Siedziałam na ławce i rozmawiałam z nim, opowiadałam o rodzinnych sprawach, narzekałam na politykę, wspominałam młode lata.
Kiedy jest się całe życie z ukochaną osobą, to jej nagła utrata jest odczuwalna jak utrata własnej ręki lub nogi. Ból zawsze będzie nawiedzał mimo tego, że wydaje się, że wszystko jest w porządku. Jednak nic nie może być w porządku bez Sebastiana.
Moja córka wraz z jej mężem wysłali mnie zeszłego lata nad morze z wnuczką. Oni nie mieli czasu ani możliwości – muszą pracować i spłacać kredyt hipoteczny, więc pojechałam z moją wnuczką. Wszystko było dla niej interesujące w nowym miejscu, jest jeszcze taka mała. Ja też zresztą byłam podekscytowana i zastanawiałam się, dlaczego przez ostatnie pięć lat nigdzie sama nie pojechałam.
Tak się złożyło, że w pociągu poznałam pewnego mężczyznę. Pomagał mi z torbami i miał oko na wnuczkę, kiedy na chwilę szłam do toalety czy do pociągowej restauracji.
On także miał na imię Sebastian. Były wojskowy, warszawiak, rozwiedziony. Kupił sobie dom nad morzem, we Władysławowie i mieszka tam od 3 lat. Zaprosił mnie do siebie, abym go odwiedziła.
No i odwiedziłam, a potem przez całe dwa tygodnie nie rozstawaliśmy się ani na chwilę. Zabierał nas na wycieczki i pokazywał nowy świat, piękno morza. Miałam wrażenie, że znam tę osobę nie od tygodnia, a od lat! Był taki jak mój Sebastian.
Wróciłam z wnuczką z wakacji, zrezygnowałam z pracy i przeprowadziłam się do niego. Mogę powiedzieć, że jestem szczęśliwa.
Przed wyjazdem pojechałam na cmentarz i powiedziałam wszystko mojemu Sebastianowi. Poprosiła go o wybaczenie. Okazuje się, że nadal mogę być kochana i szczęśliwa, ale dla mnie on był i będzie jedynym.
Wydaje mi się, że mnie zrozumiał i wybaczył, bo kiedy wychodziłam z cmentarza, po raz pierwszy nie doświadczyłam goryczy i łez, ale ulgi i spokoju.




