Rozmowa po latach…

Na naszej klatce mieszkała pewna, starsza pani. Nie powiem, że była potulna jak baranek, bo charakter ma trudny i ze wszystkimi mieszkańcami domu żyje w przedłużającej się wojnie. Starzy ludzie mówią, że jej mąż nagle zmarł – nie mógł sobie dać już rady z jej charakterem. On sam był miły i łagodny, a ona go dręczyła. Ma też podobno syna, ale od dawna nikt go nie widział.

Ogólnie rzecz biorąc, to szkodliwa i zrzędliwa babcia. Okazało, że mieszkanie, które kupiliśmy, było naprzeciwko mieszkania tej kobiety.

Nie zaczęła mnie od razu nękać, zaczekała na dogodną chwilę, aż w końcu zaczęło się: a to drzwiami trzaskamy i ją budzimy, a to muzyka u nas gra za głośno całymi dniami.

– Pani Brygido, jaka muzyka? Całymi dniami jesteśmy w pracy, więc jaką muzykę może Pani u nas słyszeć? – powiedziałam jej.

– Tak? – Oko staruszki błysnęło złośliwie – a Twój syn, próżniak, dziewczyny tu zwozi kiedy Was nie ma w domu i puszcza tę swoją muzykę.

Złapałam się za głowę:

–  jakie dziewczyny? Ma tylko trzynaście lat, chodzi jeszcze do szkoły! Proszę nie opowiadać bzdur!

– Zaraz uczyni Cię babcią w wieku 35 lat i wtedy przypomnisz sobie moje słowa!

Zatrzasnęłam drzwi w furii.

 – Nie no, jak można takie głupoty mówić. Co za stare, wredne babsko – narzekałam wieczorem na sąsiadkę mężowi.

Tak żyliśmy przez pięć lat.. Co jakiś przychodził do nas dzielnicowy, który sprawdzał donosy starej sąsiadki. Mąż ze złości czasami miał ochotę podpalić już to mieszkanie wraz ze staruszką. Wreszcie zdecydowaliśmy się przenieść i rozpoczęliśmy poszukiwanie odpowiedniego miejsca. Wtedy nagle wszystko się zmieniło – nasza sąsiadka nagle się uspokoiła. Pierwsza poczułam coś złego. Już trzy dnia babcia nie wychylała się ze swojego mieszkania przy najmniejszym szeleście zasłyszanym z korytarza i nie pukała do drzwi przy głośnym telewizorze.

– Nie umarła tam ? – zapytałam żałośnie męża.

– Jeśli tak, to może w końcu będziemy mieć spokój – mąż był niewzruszony.

– Nie no, to nie po ludzku, zostawić ją tak samą – może tam leży, wykrwawia się albo nie może wstać, w końcu już trzeci dzień, jak jej nie słychać – myślałam pukając do drzwi sąsiadki. Za nimi rozległ się słaby dźwięk.

Pobiegłam na policję do naszego dzielnicowego. Z pomocą ślusarza, w obecności sąsiadów i policji, otworzyliśmy drzwi.

Brygida Iwecka leżała na podłodze. Żyła, ale była w bardzo złym stanie. Jak się okazało, upadła, złamała szyjkę kości udowej i nie mogła się doczołgać nawet do drzwi. Karetka zabrała ją do szpitala.

– Powinnam iść do szpitala, odwiedzić tę staruszkę, w końcu jest sama. Może trzeba jej coś przynieść? – powiedziałam do męża.

– Wypiła Ci za mało krwi przez 5 lat ? Chcesz, to idź, ale mnie nawet nie namawiaj.

Spakowałam torbę z jej rzeczami (dała mi klucze do mieszkania), kupiłam ciasteczka, owoce i poszłam odwiedzić kobietę.

Leżała taka mała, chuda i cicha, aż moje serce ścisnęło się na jej widok.

– Pani Brygido, Dzień dobry! Jak się Pani czuje? Rozmawiałam z lekarzem prowadzącym, powiedział, że wszystko będzie dobrze i niedługo wyślą Panią do domu – kłamałam. W rzeczywistości sytuacja była trudna. Lekarz powiedział, że złamanie jest podwójne, konieczna jest operacja, a serce babci jest dość słabe, może więc jej nie przeżyć, w końcu ma już 79 lat. 

– Jest mało prawdopodobne, że stanie na własne nogi, ale przy odpowiedniej opiece jeszcze długo pożyje – powiedział lekarz.

– Nie gadaj głupot, Aleksandro, znam prawdę o moim zdrowiu. Proszę Cię, spełnij moją prośbę, ostatnią, bo ja nie dożyję Nowego Roku, więc pospiesz się i nie wygaduj bzdur – babka słabo machnęła ręką na moje zastrzeżenia – Znajdź mojego syna, jestem mu coś winna, zrobiłam mu coś złego, więc chcę się z nim pożegnać i poprosić o wybaczenie… – powiedziała staruszka, a potem opowiedziała mi swoją historię:

– Syn ożenił się wcześnie, nie pytając się o moją zgodę. Po prostu przyprowadził dziewczynę do domu i powiedział, że to Ewa i że będzie z nami mieszkać. Ale co to była za dziewczyna! Bez klasy, edukacji i szyku. To nie była dziewczyna dla mojego Andrzeja, który był przystojny, kulturalny i wykształcony. Ta dziewczyna pracowała w stołówce, w której syn jadał obiady. Nie rozumiałam, co mu się w niej podobało. Przyprowadził ją już w ciąży, ale do porodu było jeszcze daleko, więc zaczęłam urabiać mojego syna, że ta panna nie jest dla niego, ale on mnie nie słuchał i był zapatrzony w swoją Ewę jak w obrazek. Wtedy postanowiłam z tą Ewą porozmawiać. Powiedziałam, że zniszczyła życie mojemu synowi, że on ma inną i zasugerowałam, że nie traktuje jej poważnie. Skąd mogłam wiedzieć, że jest taka nerwowa. Inna na jej miejscu zabrałaby swoje rzeczy i odeszła, a ta podcięła sobie żyły w łazience. Uratowali ją, ale straciła dziecko, a potem okazało się, że już nigdy nie będzie mogła zostać matką. Kiedy syn dowiedział się, że przyłożyłam do tego wszystkiego rękę zabrał Ewę i wyjechał. Wiele wtedy bolesnych słów powiedzieliśmy sobie nawzajem na pożegnanie… Nie widziałam go od trzydziestu lat. Wiem tylko, że mieszka w Białymstoku… Znajdź go, proszę, chcę z nim porozmawiać

Wracałam do domu i myślałam, że niestety czasami tak się dzieje, że bliscy sobie ludzie stają się wrogami, nie odzywają się do siebie przez wiele lat, a życie jest tak krótkie. Wszystko można naprawić, wystarczy porozmawiać ze sobą i wybaczyć sobie nawzajem.

Znalazłem syna Brygidy Iweckiej. Przyjechał zobaczyć się z matką. Nie wiem, o czym rozmawiali, ale najwyraźniej sobie wybaczyli. Brygida zmarła przed Nowym Rokiem, jak powiedziała. Na pogrzebie było mało ludzi: para starych sąsiadów, moja rodzina i siwy mężczyzna – jej syn.

Oceń artykuł
TwojaCena
Rozmowa po latach…