Ta historia przydarzyła się mojej przyjaciółce. Opowiadam ją w jej imieniu:
To od mojego męża dowiedziałam się, że mnie zdradza. Pewnego wrześniowego dnia wrócił jak zwykle z pracy, zjadł obiad, usiadł w kuchni i powiedział:
– Żyłem z Tobą dwadzieścia lat. Bardzo cię kochałem, troszczyłem się o Ciebie, wychowaliśmy pięknego syna. Jesteś piękną kobietą, świetną gospodynią, ale zakochałem się, zakochałem się mocno. Nie mogę bez niej żyć, bez Weroniki. Wybacz mi, ale już nie mogę i nie chcę Cię oszukiwać, odchodzę od Ciebie.
Stałam jak słup. Wydawało mi się, że z każdym jego słowem wypływało ze mnie moje życie. Z jakiegoś powodu wspomnienia kłębiły się w mojej głowie jak wir: pierwsze spotkanie, pierwszy pocałunek, chwila, kiedy powiedziałam mu, że jestem w ciąży i jak Olek złapał mnie w ramiona i wirował ze mną po pokoju, a potem przyszedł do moich rodziców i czerwony ze stresu błagał ich o moją rękę. Pierwsze radości i pierwsze smutki, kłótnie i pojednania. Kupno mieszkania, budowa domku letniskowego, wycieczki nad morze…
– Olek, dlaczego? Kochaliśmy się… Byliśmy szczęśliwi… Jak mogłeś? – w końcu mnie to dobiło. Łzy spływały mi z oczu, ale nie usłyszałam odpowiedzi – trzasnęły drzwi wejściowe i Olek odszedł.
Nie pamiętam dobrze następnych dwóch miesięcy, żyłam jak we mgle. Wydawało mi się, że wszystko, co się wydarzyło to sen i wkrótce obudzę się w ramionach męża. Następnego mglistego dnia Olek zadzwonił i powiedział, że wkrótce odbędzie się sprawa rozwodowa i że konieczne jest rozwiązanie problemów majątkowych. Chciał zostawić sobie samochód i mieszkanie w mieście, a ja zaproponowałam, że przeprowadzę się do domku letniskowego i zabiorę nasze wspólne oszczędności. Taki układ obojgu nam odpowiadał. Domek znajdował się niedaleko miasta, bardzo go kochałam i do pewnego stopnia byłam wdzięczna mężowi, że mi go zostawił. Sam rozwód również jakoś nie utkwił mi w mojej pamięci. Po prostu przyszłam, podpisałam jakieś papiery i wyszłam.
Mój syn i ja przeprowadziliśmy się na działkę. Sprawy związane z domkiem i różne decyzje z nim związane, które musiałam podjąć, powoli wyciągały mnie z dołka, w który wpadłam po odejściu męża. Życie stopniowo się poprawiało. Przyjaciółki czasami opowiadały mi o nowym życiu męża, o jego wybrance, bardzo młodej dziewczynie w wieku 22 lat – była w tym samym wieku co nasz syn.
Syn spotykał się czasem z ojcem. Na moje pytanie, co tam u niego, długo się zastanawiał, co odpowiedzieć, patrzył na mnie winnymi oczami i wreszcie odpowiedział:
– Mamo, rozumiem, że zaboli Cię to usłyszeć. Ja naprawdę jestem po Twojej stronie, potępiam ojca, że to zrobił, ale wiesz…. Ona jest fajna, a tata naprawdę ją kocha. Chociaż on oczywiście jest łajdakiem – zakończył syn niespodziewanie.
Tak skończyła się połowa mojego życia i zaczęła się druga. Minął rok, skończyłam 43 lata. Aby wypełnić pustkę w moim życiu, znalazłam kilka nowych hobby, nowych przyjaciół. Ze starymi znajomymi ograniczyłam kontakt. Jak się okazało, nawet moja bliska przyjaciółka wiedziała o romansie i nic mi nie powiedziała. Nie czułam się komfortowo, kiedy się spotykaliśmy. Nie chciałam, żeby patrzyli na mnie z litością. Chciałam zacząć żyć z czystym kontem, od zera. Nowy mężczyzna w moim życiu jeszcze się nie pojawił, nie byłam jeszcze gotowa na nowy związek.
Miesiąc po urodzinach zadzwonił do mnie były mąż.
– Muszę się z Tobą spotkać i porozmawiać. To nie jest rozmowa na telefon – powiedział.
Przyszedł do mojego domku, usiadł na kanapie, spojrzał na mnie i powiedział:
– Jeśli nagle zadzwoni do Ciebie Weronika, powiedz, że naprawdę do Ciebie wróciłem, proszę.
Nic nie rozumiałam. Miałam wiele pytań i poprosiłam o wyjaśnienie. Olek powiedział mi, że zachorował, podobnie jak jego ojciec (jego ojciec zmarł na raka, gdy Olek był jeszcze mały). Że nie ma już nadziei i że nie może i nie chce, aby jego ukochana Weronika widziała go chorego i niedołężnego, nie chce zadawać jej cierpienia, więc po prostu powiedział jej, że wrócił do swojej byłej żony, a romans z nią był błędem. Prosił mnie, żebym to potwierdziła, jeśli nagle Weronika zadzwoni. Sam chciał wyjechać do matki i tam umrzeć.
Boże, jaka byłam głupia, kiedy cierpiałam, że Olek odszedł ode mnie. Kochałam go i chociaż nie był ze mną to żył, był szczęśliwy i miał prawo do szczęścia, a teraz naprawdę mogę go stracić…
Oczywiście nigdzie go nie wypuściłam. Nie dbałam o to, czy mnie kocha, najważniejsze, że ja go kochałam i nie mogłam po prostu pozwolić mu umrzeć, zaczęłam walczyć. Pojechaliśmy do wielu lekarzy, nalegałam na operację, chemię, pojechaliśmy nawet do babci. Żył jeszcze rok, choć lekarze dawali mu nie więcej niż dwa miesiące.





