Patrzyłem, jak odchodzi, a zimne powietrze wypełniało lodem moją duszę

Jest blisko. Jej włosy koloru dojrzałej pszenicy rozsypały się na poduszce. Pragnąłem zobaczyć jej twarz, szukałem ją przez niezwykle dużą ilość dni, a ona tak nagle znalazła się przy mnie – miarowo oddychała w rytm wszechświata. Nie mogąc czekać ani sekundy, ostrożnie zacząłem odgarniać jej włosy, aby zobaczyć najbardziej przeze mnie pożądaną część jej ciała, ale…nie mogłem się do niej dostać, jakby przede mną uciekała i wciąż zakrywała się włosami.

Pochylałem się tuż nad jej ciałem i coraz wścieklej odchylałem niekończące się złote pasma, aż ogarnął mnie strach. Nagle zdałem sobie sprawę, że lecimy. Nagle przyspieszamy i lecimy do góry nogami w wielkim, szarym lejku. Nagle nas zasysa, słyszę gwizd… „ELIZA! ELIZA!” – próbuję wyhamować. Włosy same odlatują z jej twarzy i tam, gdzie powinny być oczy, znajduję czarne dziury. Gwizd staje się nie do zniesienia…

– Wyłącz wreszcie ten cholerny czajnik!

Sufit ma plamy po grzybie a w powietrzu unosi się zapach tytoniu. Ech, znowu te sny… Leżę i słucham, jak Daniel rzuca klątwy na Adama, który zostawił czajnik na kuchence, a sam utknął w łazience.

Spacerowałem jak maniak w okolicy domu, do którego się przeprowadziła, ale nigdy jej nie spotkałem. Każda cegła tego budynku była mi już znana, potrafiłem też dokładnie określić liczbę plastikowych okien we wszystkich czterech klatkach schodowych, zacząłem rozpoznawać nawet lokatorów. Po dwutygodniowej przerwie świątecznej i urlopie wróciłem do siebie, a Eliza najprawdopodobniej już dawno wróciła do męża.

Była 7 rano, kiedy wyszedłem z domu. Było jeszcze dosyć ciemno, a biały, dziewiczy śnieg błyszczał w świetle latarni, zasłaniając błoto na poboczach i zapowiadając jakieś magiczne zdarzenie. Jej dom nie był mi po drodze, ale szedłem w jego kierunku już automatycznie. Kiedy się do niego zbliżyłem, nie mogłem uwierzyć własnym oczom – to była ona! Stała na balkonie!

Balkon Elizy znajdował się na drugim piętrze, był przeszklony. Eliza otworzyła jedno okienko balkonowe i podpierając ręce podbródkiem, patrzyła na śnieg, który leżał niepewnie na cienkich gałęziach pod oknami. Zatrzymałem się i stałem jak zamurowany zastanawiając się – co dalej? Zawołać ją? Możliwe, że już nawet zapomniała, jak wyglądam. Kiedy tak o tym myślałem ona – jakby w przypływie rozpaczy – przeczesała palcami włosy, a potem po prostu zniknęła z moich oczu. Stałem tak jeszcze kilka minut a potem ruszyłem w stronę metra.

Zobaczenie jej zdecydowanie mnie ożywiło. Przez wszystkie dni od wypadku dużo marzyłem, fantazjowałem. Jej obraz zalewał wręcz całe moje jestestwo, nie mogłem od niego się uwolnić. Teraz widziałem ją naprawdę, nie była to tylko iluzja, która rozpadnie się, gdy tylko szturchnę palcem bądź gdy otworzę oczy po przebudzeniu. Jednak ciągle nie mogła mi wyjść z głowy, bowiem nurtowało mnie coś jeszcze: kim jestem w jej życiu?

– Przepraszam, ma Pan na imię Sebastian, prawda?

Stałem na pustym placu zabaw i paliłem papierosa. Na zniszczony pień powoli spadały płatki śniegu. Spojrzałem na ten monotonny obraz i nie zauważyłem, jak podeszła do mnie z dziećmi…

– Jestem Eliza, pamięta mnie Pan? Chociaż wiem, że moment naszej znajomości oczywiście lepiej zapomnieć – spuściła przy tym zakłopotane oczy.

Wydmuchałem dym na bok i rzuciłem niedopalonego papierosa.

– Nie ma Pani nawet pojęcia, jak dobrze Panią pamiętam!

Uśmiechnęła się do mnie ciepło, a ja potajemnie podziwiałem ten uśmiech.

– Naprawdę? Ja też o Panu myślałam, nawet mi się Pan śnił.

– Co się Pani śniło? – spytałem nie kryjąc ciekawości.

– Koszmar. Śniło mi się, że wykrwawił się Pan i na asfalcie kałuża pańskiej krwi była coraz większa i większa… Próbowałam zebrać tę krew, zgarniałam ją rękami, a potem gdzieś razem spadaliśmy, lecąc w nieprzeniknionej ciemności… Okropne!

Zadrżała.

– No nic, to na szczęście tylko sen – próbowałem ją uspokoić.

– Mamo, chodź, chcę jeść! – zwrócił się do niej jej najstarszy trzyletni syn, szarpiąc jednocześnie za rękaw jej płaszcza.

– Tak, już idziemy, zaraz wrócimy do domu. Cóż, widzę, że ma się Pan na szczęście dobrze, że jest Pan cały – znowu się uśmiechnęła.

– Tak, ja mam się dobrze, a Pani?

Ze smutkiem zacisnęła usta i nic nie odpowiedziała. „To było zbyt osobiste pytanie, dupku!”- od razu pomyślałem.

– Może do zobaczenia – powiedziała i popchnęła wózek z młodszym dzieckiem. Miałem wrażenie, że czegoś ode mnie oczekuje.

– Do widzenia – powiedziałem.

– Do widzenia – powiedziała cicho z ledwo wyczuwalnym rozczarowaniem lub urazą.

Patrzyłem na ich oddalające się sylwetki. Zimne powietrze nagle zaczęło rozpełzać po całym moim ciele, po wnętrzu, pokrywając duszę lodem. Część mnie boleśnie rozrywała się i  cierpiała, gdy Eliza oddalała się coraz dalej. Już prawie zgubiłem ją za białą, naturalną zasłoną ze śniegu.

Nagle zdałem sobie sprawę, że biegnę za nią już od jakiegoś czasu, nie będąc tego wcześniej świadomym.

– ELIZA! ELIZA, czekaj!

Rozejrzała się i zatrzymała a ja zbliżyłem się do niej.

– Może wymienimy się numerami telefonów?

Jej twarz rozjaśniła się. Czekała na to, chciała tego, jej oczy ożywiły się. Ulotnym, ale tak słodkim szczęściem napełniła się wtedy moja dusza.

– Oczywiście! Poda mi Pan swój numer? Zapiszę.

– Może już przejdziemy na „Ty  ?

– Z radością! – odpowiedziała.

Oceń artykuł
TwojaCena
Patrzyłem, jak odchodzi, a zimne powietrze wypełniało lodem moją duszę