Kiedy wreszcie nadejdzie koniec…

Tylko leniwi nie pisali o samoizolacji. Ja chcę wyrazić swoją opinię.

Ludzie podzielili się na dwa obozy. Jedni nie przejmują się wirusem, chcą pracować, chcą wychodzić, a przynajmniej swobodnie poruszać się po mieście.

Dla wielu izolacja przyniosła stany depresyjne, inni nagle zaczęli pić (znajomy w ogóle nie spożywał napojów wyskokowych, ale kiedy jego firmę zamknięli, nigdzie nie można było wyjść i facet stale przebywał tylko z żoną i dziećmi, nie wytrzymał i z nerwów zaczął popijać, aż jego żona jest w szoku).

Inni, również wrażliwi ludzie, są po prostu w dzikiej panice. Mój przyjaciel, zaraz po przyjściu do domu zdejmuje z siebie wszystko, wrzuca do pralki i idzie umyć się w gorącej wodzie. Stara się nie wychodzić z domu częściej niż raz na trzy dni i to też tylko do sklepu. Robi to wyłącznie w masce i rękawiczkach.

Sąsiadka z góry w ogóle mnie zaskoczyła. Nie jest jeszcze starą kobietą, ale zabarykadowała się w domu, wcale nie wychodzi, pisze do mnie na WhatsApp listę produktów, jakie mam jej kupić, a pieniądze przelewa mi na konto. Idę, kupuję, stawiam siatkę z zakupami przy jej drzwiach w specjalnie przygotowanym do tego pudełku, dzwonię do drzwi i odchodzę. Obawia się, że skoro wychodzę na zewnątrz, to kontakt ze mną jest niewskazany, bo jeszcze się od niej czymś zarażę. Nie widzi jednak tego, że funkcjonuję normalnie i wciąż żyję, co więcej – w naszym mieście oficjalnie ogłoszono tylko trzy przypadki zachorowań. Ona jednak się boi, panikuje, a mnie wydaje się, że kiedy to wszystko się skończy, tacy ludzie jak ona będą się bali wyjść na ulicę i będą bali się ludzi jeszcze przez długi czas.

Od samego początku ogłoszenia pandemii ludzi na ulicy było naprawdę niewielu. Ktoś obawiał się infekcji, drugiemu nie podobała się pogoda, a jeszcze ktoś inny po prostu cieszył się tym stanem rzeczy, jednak w miarę jego przedłużania się, ludzie byli po prostu zmęczeni.

Dzisiaj była cudowna pogoda – świeciło słońce, trawa zaczęła zmieniać kolor na zielony, pąki na drzewach rozkwitły. Wyjrzałam przez okno i zobaczyłam, że na ulicy jest dużo ludzi, a wśród bardzo dużo spacerujących matek z dziećmi. Pojawili się także rowerzyści, a młodzież znów zaczęła zbierać się w parkach. Niebo było niesamowicie błękitne!

Z mężem, spacerując, wybraliśmy się na naszą działkę, nie mieliśmy daleko. Wielu sąsiadów także przyszło do swoich domków letniskowych, palili ogniska, grillowali mięso i pielili grządki.

I na koniec: znajomy zachorował. Temperatura 38,5, kaszle, ale nie ma kataru i gardło go nie boli. Wezwano lekarza, który przyszedł i przepisał antybiotyki.

– A co z testem na koronawirusa? – zapytał mój znajomy.

– Nie mamy wystarczająco dużej ilości tych testów, ale na pewno ma Pan koronawirusa, jednak proszę się nie martwić, wyzdrowieje Pan.

Życzę Wam zdrowia, moi drodzy czytelnicy! Nie wpadajcie w panikę i miejcie głowę na karku.

Oceń artykuł
TwojaCena
Kiedy wreszcie nadejdzie koniec…