Kiedy nie ma prawdy, niech pozostanie chociaż nadzieja…

– Ewa, pożyczysz mi dziesięć złotych?

Stałam w drzwiach mojego mieszkania i patrzyłam tępo na sąsiadkę. Anna Staszkiewicza i jej córka Olga były moimi sąsiadkami od lat 90 – tych. Wtedy obie wprowadzałyśmy się do tego bloku i naszych mieszkań, otrzymanych od fabryki, w której pracowałyśmy. Olga właśnie w tym czasie dopiero co przyszła na świat i była uroczym, pulchnym dzieckiem. Anna była moją nauczycielką w szkole, a jej mąż był głównym inżynierem w fabryce. Moi rodzice przyjaźnili się z nimi, dzięki czemu mama zawsze była na bieżąco z moimi ocenami i moim zachowaniem.

Teraz, w ten sobotni, letni poranek miałam na progu nieproszonego gościa!

– Pani Anno, dlaczego dziesięć złotych? Co można kupić za dziesięć złotych? – Patrzyłam przez zmrużone oczy i nie mogłam się obudzić – poranny dzwonek do mieszkania znokautował mnie.

– Ewuniu, w naszych czasach jest wiele rzeczy, które można kupić za 10 złotych. Jutro mam emeryturę, a niestety przekroczyłam limit i zabrakło mi pieniędzy… A za dziesięć złotych mogłabym kupić kefir i bułkę… Właściwie to już nie muszę… – moja była nauczycielka patrzyła w podłogę.

Poszłam po portfel, ale wiedziałam, że w ogóle nie mam gotówki i w kieszeniach mogę znaleźć tylko jakieś grosze.

– Pani Aniu, właśnie idę do sklepu – powiedziałam to stojąc w piżamie – Ja wszystko Pani kupię i przyniosę, proszę tylko powiedzieć, co Pani chce. 

Anna Staszkiewicz próbowała mi jeszcze coś powiedzieć, ale już jedną ręką wkładałam dżinsy, a drugą ręką myłam zęby.

Myśl o córce mojej byłej nauczycielki przyszła mi do głowy, gdy wybijałam towary na kasie samoobsługowej, jednak szybko znikła. Nie wiem, gdzie teraz jest, może się wyprowadziła od matki, dawno już jej nie widziałam.

Brzydką prawdę otkryłam godzinę później, kiedy zadzwoniłam do drzwi Pani Ani. Drzwi mieszkania otworzyła mi opuchnięta kobieta, w której z trudem rozpoznałam uśmiechniętą Olgę.

– Co przyniosłaś do żarcia? Gdzie mięso, kiełbasa? To jakieś badziewie, wolałabym piwo kupić na kaca… – szurając nogami, kobieta wycofała się do innego pokoju, a na progu stała zrozpaczona Anna Staszkiewicz.

Byłam w szoku. Olgę widziałam ostatni raz trzy lata temu – była bardzo atrakcyjną kobietą w wieku trzydziestu trzech lat, zamężną matką małego synka.

To dziwne, że mieszkając w jednym bloku, na jednej klatce schodowej nie słyszałam nic o tragedii, która spotkała tę rodzinę. To tylko udowadnia, jak daleko jesteśmy od siebie i że każdy żyje w swojej skorupie, w swoim świecie.

Historia rodziny Olgi okazała się prosta i tragiczna jednocześnie – jej syn utonął w jeziorze. Miał trzy lata i po prostu wpadł do wody, a Olga tego nie widziała. Został niemal natychmiast wyciągnięty, ale nie wszystko dzieje się tak, jak w bajce – chłopca nie dało się już uratować. Mąż w tym czasie przebywał w innym mieście i oskarżył Olgę o to, że nie dopilnowała syna. Zresztą, ona sama się obwiniała. W końcu znalazła ukojenie w alkoholu. Rozwiodła się z mężem, sprzedała swoje mieszkanie, a teraz żyje za pieniądze matki, chociaż ciężko nazwać to życiem – to bardziej wegetacja.

– Wiesz, to nie życie, rujnuję tym siebie, ale nie mogę przestać, boję się coś zmienić, chociaż wiem, że to nie jest życie… Szkoda mi mojej mamy, ponieważ przepijam jej całą emeryturę i sprzedaję rzeczy z domu. Nie mogę jednak się powstrzymać od picia, łatwiej mi tak. Przez to czasami widzę mojego syna, rozmawiam z nim.. – Olga powiedziała mi później.

Wcześniej nawet o tym nie wiedziałam. Dochodziły do mnie jakieś plotki, ale wyczerpana pracą, dziećmi i w ogóle życiem, po prostu nie znalazłam siły, by pójść i dowiedzieć od sąsiadki, czy w czymś mogę pomóc. Wszyscy byliśmy obojętni…

Trzy miesiące od mojej rozmowy z Olgą, kobieta zaginęła  – po prostu wyszłam i nie wróciłam do domu. Myślę, że zrobiła to celowo. Stoczyła się już dawno temu i po prostu nie chciała dokładać kolejnych zmartwień matce.

Teraz codziennie chodzę do Pani Ani, przynoszę jej produkty, pomagam jej i kłamię, że wczoraj widziałam Olgę, która wzięła się za siebie i wkrótce przyjdzie ją odwiedzić.

Nie mogę jej powiedzieć prawdy, która jest taka, że kobieta najprawdopodobniej jest już  razem ze swoim synem.

Nie chcę jej odbierać nadziei, że jej córka ma się dobrze. Kiedy nie można poznać prawdy, niech pozostanie chociaż nadzieja…

Oceń artykuł
TwojaCena
Kiedy nie ma prawdy, niech pozostanie chociaż nadzieja…