– Na Mazury pojedzie z nami też Kasia – ogłosił z radością mąż. Pamiętam, że prawie wypuściłam patelnię z rąk. Oczywiście mężczyzna, który kocha dzieci, jest w dzisiejszych czasach rzadkością, więc trzeba to doceniać i dziękować wszechświatowi. Tylko oprócz Kasi na liście wczasowiczów byli jeszcze Maciek, Marysia. Wojtek i Leszek planowali wpaść na kilka dni…
Oczywiście wszystkie te dzieci nie są karmione piersią i nie potrzebują stałej opieki. Mają od 12 do 15 lat, więc to już samodzielni ludzie i wydaje się, że to żadna różnica, wziąć ze sobą dwóch czy trzech nastolatków na wakacje. Zwłaszcza, że dorosłych będzie czworo lub pięcioro. Tak prawdopodobnie myśli tylko ktoś, kto nigdy nie wprowadził w życie menu dla pięcioosobowej rodziny. W końcu nie planowaliśmy mieszkać w hotelu z opcją all inclusive, ale do wiejskiego domku nad jeziorem, gdzie turyści płacą tylko za miejsca do spania.
Mężczyźni nie zamierzali przejmować się wyżywieniem: jak zwykle będą się kąpać, opalać, łowić ryby i odpoczywać. Na codzień nie zastanawiają się nad obiadami, więc dlaczego teraz mieliby to robić teraz? Szczególnie w kontekście trzech głodnych nastolatków? Trzeba też oczywiście pomyśleć, co zaserwować mężowi. W dodatku to będzie obcy dom, cudza kuchnia, cudze naczynia i wiejski sklepik, w którym ciężko nawet o normalną kawę. Wyobraziłam sobie moje tak “piękne“ wakacje i postanowiłam z nich zrezygnować.
– Więc znowu chcesz odpoczywać w dużym gronie dzieci? – zapytałam męża.
– Co za różnica, czy to dwójka czy trójka dzieci?
– Zastanawiam się, czy Kasia sama poprosiła, czy ją zaprosiłeś?
– Zapytałem, czy chce pojechać z nami jeszcze raz, czy nie, a ona się ucieszyła. To wszystko.
– I uważasz, że mnie nie powinieneś był zapytać, czy możemy zabrać sobą kolejną siostrzenicę, czy nie?
– Przecież ona jest już prawie dorosła, pomoże Ci w kuchni. Już zadzwoniłem do gospodyni domku, mówi, że jest wystarczająco dużo miejsca dla wszystkich.
– Aha, czyli plan jest taki: Wy kąpiecie się i łowicie ryby, a Ola, Kasia i ja cieszymy się z bycia kopciuszkami?
Mój mąż nie zrozumiał mojego pytania. Zeszłego lata odpoczywaliśmy już w takich warunkach, ponieważ pojechaliśmy z kilkoma przyjaciółmi i ich małymi dziećmi. Odpoczynek się nie udał. Ja w tym roku chciałam się zrestartować, a nie myć garnki i patelnie. Szczerze mówiąc, postawa męża była bezczelna: postanowił wszystko beze mnie tak, jak mu było wygodnie.
Jeszcze tego samego wieczoru powiedziałam mu:
– Skoro tak bardzo lubisz wakacje z dziećmi, jedź beze mnie.
– A Ty?
– Pojadę do Gniezna do kolegi w odwiedziny, już dawno się wybierałam.
Oczywiście mąż był tym trochę oszołomiony. Mama przez miesiąc mnie zniechęcała:
– Nie można zostawić dziecka na dwa tygodnie. Co będą jeść?
– Płatki z mlekiem i makaron – odpowiedziałam.
Tydzień później syn zapytał, czy może zabrać ze sobą przyjaciela z równoległej klasy:
– Oczywiście, że możesz. Trójka dzieci czy czwórka – co za różnica. Myślę, że tata nie będzie miał nic przeciwko.
Mąż nie był zadowolony z kolejnego uczestnika, ale nie sprzeciwił się: stwierdził, że syn potrzebuje swojego towarzystwa, bo co będzie robił tam z dwiema dziewczynami?
***
To były moje pierwsze od 20 lat wakacje bez dzieci i bez męża. Naprawdę się zrelaksowałam. Dwa tygodnie nie myślałam o tym, czym nakarmić rodzinę – dotąd nawet nie zdawałam sobie sprawy, ile czasu zajmuje cała ta kuchnia w moim życiu! Bardzo kocham męża i synów, ale od czasu, kiedy mam rodzinę zapomniałam, co to znaczy pobyć samej ze sobą. Od tego momentu regularnie znajduję czas na taką rozrywkę, mówiąc że „robię dzieciom zdrową mamę”.
Mąż i dzieci też sobie poradzili. Załatwił im dyżury w kuchni, a sam tylko robił zakupy i jadł, od czasu do czasu przygotowywał też sałatki. Resztę menu wymyśliły i przygotowały dzieci. Do tej pory nikt z nich nie tyka płatków i makaronów wszelkiej odmiany, a minęło już 5 lat.




