Jak nasza Amelia wyszła za mąż

Cała rodzina zebrała się na działce. Wyczerpujący upał ustąpił, a lekki wiatr przyniósł długo oczekiwane ochłodzenie. Grill już był rozpalony, stół ustawiony i wszystko oczekiwało na rozpoczęcie imprezy.

Tego dnia Amelia obchodziła urodziny Amelii. Wszyscy żartują, że skończyła 18 lat plus 20. Nastrój był świetny, były prezenty, muzyka, świąteczne tosty, wszyscy dobrze się bawią. Smutna była tylko solenizantka.

– Co się dzieje? – zapytałam ppo cichu, aby nie przyciągać uwagi innych.

– Życie mi minęło – odpowiada Amelia ze smutnym spojrzeniem okrążającym bawiących się krewnych – Postarzałam się o kolejny rok. Nie wiem, z czego się cieszyć. Nie mam rodziny, nie mam dzieci, jestem sama jak palec.

–  No to co?! – ciągle szeptałam podnosząc głos – masz tylko 38 lat. Pamiętasz, jak w niejednym filmie mówili, że „w wieku czterdziestu lat życie dopiero się zaczyna”? Będziesz miała jeszcze wszystko – i męża i dzieci. Warto tylko chcieć!

– Nie, nie czuję tego, zresztą nie chcę już. Nie chcę miłości i trosk wszelkiego rodzaju. Nie mam czasu nawet dla siebie, a tym bardziej dla kogoś innego.

– Och, Amelka, nie spotkałaś jeszcze faceta swojego życia, dlatego tak mówisz. Spotkasz kogoś, zakochasz się i wszystko się zmieni, życie zaświeci się nowymi kolorami. Dobra, koniec tego dobijania się, idziemy potańczyć. Jestem dwadzieścia lat starsza, ale uważam, że w każdym wieku potrzebna jest rozrywka.

– Chciałabym, żeby Bóg usłyszał Twoje słowa – odpowiedziała solenizantka i niechętnie poszła za mną.

Świetnie się wtedy bawiłyśmy. Rozeszliśmy się rano, wracając do swoich domów spacerem – mieszkamy wszyscy mniej więcej 15 minut drogi pieszo od działki. Tylko melia mieszka na drugim końcu miasta, więc zadzwoniła po taksówkę.

Za kilka tygodni zadzwoniła do mnie:

– Cześć, wychodzę za mąż! – usłyszałam jej radosny głos.

– Jak to? – zapytałam.

– Pamiętasz, jak mówiłaś, że miłość „wyskoczy jak Filip z konopii”? Tak się stało.

– Nie może być!  Powiedz mi, gdzie go znalazłaś?

– Poznałam go w taksówce, kiedy wracałam ze swoich urodzin. Rozmawialiśmy, a potem spotkaliśmy się kilka razy. Teraz bierzemy ślub.

– Tak od razu zdecydowaliście się na małżeństwo? Nie chcecie zamieszkać razem, przyjrzeć się bliżej sobie?

– Od razu ślub! Sama jestem w szoku, ale zgodziłam się.

– Amelka, nie spieszysz się? Jakoś szybko to wszystko się dzieje. Musimy dowiedzieć się o nim więcej.

– Chodzi Ci o jego rodzeństwo? Żyją daleko. On ma własne mieszkanie, a on od dawna jest samodzielny. Tak, nawiasem mówiąc, nazywa się Tomasz. Przyjdziesz na wesele?

– A ślub będzie?

– Oczywiście. Tomek ma dużą rodzinę i zamierza wszystkich zaprosić. Już zarezerwowaliśmy salę.

– Więc złożyłaś już wniosek do urzędu?

– Dwa dni temu, więc przygotuj się, bo ślub w sierpniu.

– Dobrze. Gratulacje, Amelko. Daj Boże szczęścia wam obojgu. Tylko jakoś dziwnie to wszystko.

Ślub był huczny. Od strony pana młodego było pięćdziesiąt osób, a od strony Pani młodej była tylko moja rodzina i ja, czyli około dwadzieścia. Młoda para została hojnie obdarowana, ponieważ wśród gości byli tylko starsi krewni, młodzież była nieobecna.

– Dlaczego nie zaprosiłaś przyjaciółek? – zapytałam pannę młodą pod koniec uroczystości.

– Tomek powiedział, że nie ma z nich pożytku. Nie dadzą dużo pieniędzy, ale trzeba będzie je karmić i poić przez dwa dni. Nie kłóciłam się z nim.

– Rozumiem, ale spójrz – to zły to objaw, kiedy przyjaciół mierzy się pieniędzmi.

– Wszystko będzie dobrze, przecież nie będę mu całkowicie posłuszna, nie chciałam się po prostu kłócić przed ślubem. Zorganizuję osobne przyjęcie dla dziewczyn.

Ale spotkanie z dziewczynami się nie odbyło, nie zdążyła z nimi nawet porozmawiać. Następnego ranka po ślubie Tomasz zabrał wszystkie prezenty. Nawet nie powiedział Amelii, ile pieniędzy dali krewni. Ogłosił tylko, że jutro rozpoczyna remont w mieszkaniu, więc Amelia musi na jakiś czas się z niego wyprowadzić.

– Kochanie, żartujesz? Mieliśmy pojechać nad morze, odpocząć. Poza tym dlaczego mamy żyć osobno, tym bardziej zaraz po ślubie? – świeżo upieczona żona była zaskoczona.

– Ponieważ tak zdecydowałem, a nad morze pojedziemy, jak zarobimy pieniądze. Nie martw się, będę przyjeżdżał do Ciebie.

Amelia wróciła do wynajętego mieszkania, na szczęście nie miała czasu go wypowiedzieć. Rozczarowanie nie miało granic. Okazało się, że miesiąc miodowy spędzi sama, z rzadkimi wizytami męża.

To też jednak nie miało się wydarzyć. Tomasz nigdy już do niej nie przyjechał. Mówił, że dużo pracuje, potem zajmuje się remontem i śpi zaledwie po dwie godziny na dobę.

Amelia odwiedziła go kilka razy, ale mieszkanie było zawsze zamknięte. Nie wiedziała, co o tym myśleć, jego zachowanie było bardzo dziwne.

Dwa tygodnie później złożył wniosek o rozwód z uzasadnieniem, że żona nie wypełnia obowiązków małżeńskich, nie zajmuje się domem i ogólnie: niezgodność charakterów.

Amelka przybiegł do mnie cała we łzach:

– Co się stało? Jak to możliwe? Jak on mógł?!

– Zapytaj go o to – odpowiedziałam cokolwiek, byleby nie milczeć.

– Zapytałam, a on…

Amelia zaczęła głośno płakać.

– Co powiedział?

– Powiedział, że kocha inną. Chciał przygotować mieszkanie do wspólnego życia, a pieniędzy nie miał, więc wymyślił to wesele.

– No to ładnie! A nie przyszło Ci do głowy, żeby podzielić te pieniądze? Były też od twoich krewnych.

– Mówi, że nic i tak mu nie udowodnię. Zresztą nie zamierzam, mam dość.

– Nie martw się tak, łzy muszą popłynąć. Pospieszyłaś się, moja droga.

– Myślałam, że to miłość od pierwszego wejrzenia…

– Aha, w wieku trzydziestu ośmiu lat  nazywa się „małżeństwem nie do zniesienia”. Pomyśl, że masz szczęście. Uciekł i do diabła z nim. Dobrze, że nie zaszłaś z nim w ciążę.

– Wow, szczęście w nieszczęściu. Co za wstyd.

– Co to niby za wstyd? W życiu wszystko może się zdarzyć. Następnym razem będziesz mądrzejsza.

– Następnym razem? Nie. Widać, nie jest mi przeznaczone być żoną i matką – podsumowała Amelia i jakoś natychmiast się uspokoiła.

Po rozwodzie zamknęła się w sobie, przestała się z kimkolwiek kontaktować. Depresja wzięła ją w swoje ramiona.

Pojechałam do niej i namówiłam, żeby skontaktowała się psychoterapeutą. Zgodziła się i nawet sama zapisała się na pierwszą sesję. Kilka razy razy pojechałam tam nawet z nią, ale potem powiedziała, że chce już sama jeździć i nie ma potrzeby się nią opiekować. Nie nalegałam na moją obecność.

Minęło około pół roku. Pewnego wieczoru w moim domu rozległ dzwonek do drzwi. Otworzyłam, a na progu stała Amelia z mężczyzną.

– Poznaj – mówi – To Aleksander.

Wiem, że to jej terapeuta. Spotykają się od dawna, zamierzają razem zamieszkać razem, aby się jeszcze bardziej poznać. Oboje są szczęśliwi i zakochani w sobie, co widać gołym okiem.

Jestem przeciwna życiu bez ślubu, ale w tym przypadku nie interweniowałam, nie mieszałam się, a Amelia mi mówiła:

– Dzięki Bogu, że Tomek mi to wtedy to zrobił. Gdyby nie on, prawdopodobnie nie poznałbym Olka.

Zaprawdę, wyroki boskie są niezbadane.

Oceń artykuł
TwojaCena
Jak nasza Amelia wyszła za mąż