Urodziłam się w Warszawie, gdzie mieszkają absolutnie wszyscy moi krewni.
Opowieści o dzwonku do drzwi i niezapowiedzianych przyjazdach krewnych lub przyjaciół na czas nieokreślony zawsze uznawałam za fikcję lub mocną przesadę.
Podczas rozmowy z moim znajomym, pytam, czy potrafi sobie wyobrazić takie sytuacje. Popatrzył na mnie bardzo dziwnie i powiedział, że nie musi sobie wyobrażać, bo tak właśnie się dzieje.
Jego matka pochodzi z Krakowa, ma jeszcze jednego brata i cztery siostry. Brat również mieszkał w Warszawie, ale z jakichś powodów wszystkie siostrzenice i siostrzeńcy, gdy przyjeżdżali na studia, zostawali u nich.
Pewnego lata do jednopokojowego mieszkania przyjechały jednocześnie cztery osoby. Wszystko odbyło się dokładnie tak, jak w każdej takiej historii – dzieci przyjechały bez pieniędzy i bez jedzenia, matka wychowywała je sama i po prostu nie mogła ich wykarmić.
Na pytania: Dlaczego nie mogli zadzwonić? Dlaczego nie przywieźli ze sobą przynajmniej podstawowego prowiantu? Dlaczego nie zatrzymali się w akademiku? – on i jego mama nie znają odpowiedzi. Gdyby mieli większe mieszkanie, pewnie nie byłoby tak trudno.
Zaczęłam wypytywać innych znajomych, było wiele podobnych historii, ale jedna szczególnie mi się spodobała. Babcia koleżanki wyjechała na delegację do pracy jako księgowa, wnuczce Lenie zostawiła klucze do dwóch pokoi w mieszkaniu komunalnym (w drugim pokoju mieszkało jeszcze jedno małżeństwo).
Lena przychodziła podlewać kwiatki i wycierać kurz, aż któregoś dnia, a bywała tam rzadko, zadzwonił dzwonek do drzwi. Mężczyzna i kobieta w wieku około trzydziestu lat pytali o jej babcię Antoninę. Lena wyjaśniła, że wróci ona dopiero we wrześniu.
Bardzo się ucieszyli i powiedzieli, że Antonina zostawiła swój adres i zaprasza ich do siebie.
W trakcie rozmowy okazało się, że jej babcia wynajęła osiemnaście lat temu pokój w Trójmieście i wyjeżdżając, zostawiła gospodarzom swój adres, by ich córka mogła kiedyś ją odwiedzić.
Babcia Antonina była miłą osobą, powiedziała, że mogą u niej zamieszkać. Lena dała im klucze i wróciła do swojego domu. Po czterech dniach przyszła zapytać, czy wszystko w porządku, na co usłyszała, że musi im kupować jedzenie i gotować, ponieważ oni nie zamierzają wydawać pieniędzy, w końcu przyjechali w gości.
Jakby tego było mało, do Leny zadzwoniła współlokatorka babci i powiedziała, że goście zjedli wszystko z jej lodówki. Po bardzo nieprzyjemnej kłótni zrozumieli, że nikt ich nie nakarmi.
Para wyprowadziła się w nieprzyjemnej atmosferze, oskarżając Lenę i Antoninę o wszystkie grzechy śmiertelne. Okazało się, że takie historie się zdarzają.


