Mieszkam z teściową pod jednym dachem i powiem Wam, że to nie jest łatwe. Wszystkie prace domowe spadły mi na głowę, a teściowa? Ta ma tylko jedną śpiewkę, zawsze gotowa wypalić „nie” zanim jeszcze skończę zdanie.
Z mężem i naszymi dwoma skarbami zamieszkaliśmy u niej, w czteropokojowym mieszkaniu, gdzie niby połowa należy do nas, a druga do niej. Ale jak to w życiu bywa, granice te są bardziej teoretyczne niż praktyczne. Mój mąż haruje jak wół, wraca późno, a ja staram się, żeby miał choć chwilę dla dzieciaków. Marzą o tym, żeby się z nim pobawić, zbudować coś z klocków, ale czasu jak zawsze jest na lekarstwo.
Teściowa, Ewa, też niby pracuje, ale jak wraca, to jakby nie wróciła. Spędza czas na kanapie, z nosem w telefonie albo przed telewizorem, a świat wokół nie istnieje. Nie jest stara, pełna energii, a jednocześnie jakby jej zupełnie brakowało zainteresowania wszystkim, co domowe. Weekendy? O, to już zupełnie inna bajka. Wychodzi z koleżankami, żyje pełnią życia, a my? My zostajemy z tym całym bałaganem. Na szczęście każdy u nas gotuje oddzielnie – teściowa sobie, my sobie. Ale co z tego, skoro to ja sprzątam po niej cały ten brud.
Rano budzę się pierwsza. Kuchnia wygląda jak po przejściu huraganu, w łazience mokro, ręcznik leży gdzie popadnie. Ewa? Ani widu, ani słychu. I co ja mam robić? Zostawić wszystko? Próbowałam, ale wiecie, z trójką dzieci w domu nie da się. Trzeba starsze zabrać z przedszkola, nakarmić, pouczyć, a młodsze non stop wymaga uwagi… A w domu musi być porządek, nie da się inaczej.
Przyjaciółka radzi:
– Daj spokój, niech ona to posprząta.
Ale jak to? Ewa? Ta nawet własnego kubka do zmywarki nie wstawi.
– Porozmawiaj z nią – słyszę dalej.
No i próbowałam. Szczerze, otwarcie, z miłym słowem do niej poszłam.
A ona na to:
– Wpuściłam cię do mieszkania, nic więcej nie jestem ci winna.
Jakby to był jakiś wielki przywilej, a nie po prostu życie w rodzinie.
– Mam po was wszystkich sprzątać? Nie będę.
Jakby proszenie, żeby po sobie posprzątała, to jakaś przesada.
– Jesteś na urlopie macierzyńskim, nie narzekaj, że nie masz czasu.
No tak, bo przecież urlop macierzyński to wakacje… Siedzenie na kanapie i oglądanie seriali, a nie ciągła opieka nad dzieckiem.
I co ja mam robić? Pakować walizki? Ale przecież to też nasz dom. Mamy do niego prawo. Mieszkamy tu razem, ale czuję się jak sprzątaczka i gosposia, dwa w jednym. Dlaczego ja mam brać wszystko na siebie, podczas gdy ona może żyć jakby była tu gościem?
Przeczytaj także: Kupiłem mieszkanie w Warszawie. Ex-teść i była żona wpadli w szał, nie mieli pojęcia, że to ja jestem kupcem
Czasami myślę, że to wszystko nie ma sensu. Że ta cała „wspólna przestrzeń” to tylko ładnie brzmiące słowa, które w praktyce nie znaczą nic. Że może lepiej byłoby faktycznie spakować te walizki i znaleźć sobie miejsce, gdzie nasza rodzina mogłaby żyć bez ciągłego poczucia, że jesteśmy komuś na głowie. Ale potem patrzę na dzieci, na męża, i wiem, że nie mam wyjścia. Gdzie mielibyśmy się podziać? Wynająć coś i pół pensji wydawać na opłaty?



