Mieszkamy z teściową pod jednym dachem. Wszystkie prace domowe są na mnie – i to z takiego powodu!

Mieszkam z teściową pod jednym dachem i powiem Wam, że to nie jest łatwe. Wszystkie prace domowe spadły mi na głowę, a teściowa? Ta ma tylko jedną śpiewkę, zawsze gotowa wypalić „nie” zanim jeszcze skończę zdanie.

 

Z mężem i naszymi dwoma skarbami zamieszkaliśmy u niej, w czteropokojowym mieszkaniu, gdzie niby połowa należy do nas, a druga do niej. Ale jak to w życiu bywa, granice te są bardziej teoretyczne niż praktyczne. Mój mąż haruje jak wół, wraca późno, a ja staram się, żeby miał choć chwilę dla dzieciaków. Marzą o tym, żeby się z nim pobawić, zbudować coś z klocków, ale czasu jak zawsze jest na lekarstwo.

Teściowa, Ewa, też niby pracuje, ale jak wraca, to jakby nie wróciła. Spędza czas na kanapie, z nosem w telefonie albo przed telewizorem, a świat wokół nie istnieje. Nie jest stara, pełna energii, a jednocześnie jakby jej zupełnie brakowało zainteresowania wszystkim, co domowe. Weekendy? O, to już zupełnie inna bajka. Wychodzi z koleżankami, żyje pełnią życia, a my? My zostajemy z tym całym bałaganem. Na szczęście każdy u nas gotuje oddzielnie – teściowa sobie, my sobie. Ale co z tego, skoro to ja sprzątam po niej cały ten brud.

Rano budzę się pierwsza. Kuchnia wygląda jak po przejściu huraganu, w łazience mokro, ręcznik leży gdzie popadnie. Ewa? Ani widu, ani słychu. I co ja mam robić? Zostawić wszystko? Próbowałam, ale wiecie, z trójką dzieci w domu nie da się. Trzeba starsze zabrać z przedszkola, nakarmić, pouczyć, a młodsze non stop wymaga uwagi… A w domu musi być porządek, nie da się inaczej.

Przyjaciółka radzi:

Daj spokój, niech ona to posprząta.

Ale jak to? Ewa? Ta nawet własnego kubka do zmywarki nie wstawi.

– Porozmawiaj z nią – słyszę dalej.

No i próbowałam. Szczerze, otwarcie, z miłym słowem do niej poszłam.

A ona na to:

Wpuściłam cię do mieszkania, nic więcej nie jestem ci winna.

Jakby to był jakiś wielki przywilej, a nie po prostu życie w rodzinie.

– Mam po was wszystkich sprzątać? Nie będę.

Jakby proszenie, żeby po sobie posprzątała, to jakaś przesada.

Jesteś na urlopie macierzyńskim, nie narzekaj, że nie masz czasu.

No tak, bo przecież urlop macierzyński to wakacje… Siedzenie na kanapie i oglądanie seriali, a nie ciągła opieka nad dzieckiem.

I co ja mam robić? Pakować walizki? Ale przecież to też nasz dom. Mamy do niego prawo. Mieszkamy tu razem, ale czuję się jak sprzątaczka i gosposia, dwa w jednym. Dlaczego ja mam brać wszystko na siebie, podczas gdy ona może żyć jakby była tu gościem?

 

Przeczytaj także: Kupiłem mieszkanie w Warszawie. Ex-teść i była żona wpadli w szał, nie mieli pojęcia, że to ja jestem kupcem

 

Czasami myślę, że to wszystko nie ma sensu. Że ta cała „wspólna przestrzeń” to tylko ładnie brzmiące słowa, które w praktyce nie znaczą nic. Że może lepiej byłoby faktycznie spakować te walizki i znaleźć sobie miejsce, gdzie nasza rodzina mogłaby żyć bez ciągłego poczucia, że jesteśmy komuś na głowie. Ale potem patrzę na dzieci, na męża, i wiem, że nie mam wyjścia. Gdzie mielibyśmy się podziać? Wynająć coś i pół pensji wydawać na opłaty?

Oceń artykuł
TwojaCena
Mieszkamy z teściową pod jednym dachem. Wszystkie prace domowe są na mnie – i to z takiego powodu!