W restauracji „Malinowy Dwór" pod Poznaniem podawali akurat schab w sosie grzybowym, kiedy teściowa Barbary, pani Halina, odłożyła widelec i powiedziała to zdanie na cały stół.
— W naszej rodzinie jałowych nigdy nie było. To ty się leczyć powinnaś, kochanieńka.
Sala huczała cudzymi rozmowami, ktoś przy oknie robił zdjęcie tortu, kelnerka roznosiła kompot z suszu. A przy ich stole nagle zrobiło się tak, że nikt nie odważył się dotknąć sztućców.
Barbara odsunęła talerz. Schab, na który czekała cały tydzień, bo w pracy było urwanie głowy przy zamknięciu kwartału, nagle stał się kompletnie obojętny. Spojrzała na męża, szukając wsparcia. Mariusz wodził palcem po ekranie telefonu, udając, że sprawdza maile z pracy — Barbara doskonale wiedziała, że przegląda ogłoszenia o sprzedaży felg do swojego passata.
— Pani Halino, u nas wszystko w porządku — odpowiedziała, starając się trzymać ton spokojny. — Przyjechaliśmy na pięćdziesiąte urodziny, nie psujmy sobie wieczoru.
— A kto psuje? — teściowa przycisnęła dłonie do piersi, pod broszką, która błyskała pod żyrandolami. — Ja jako matka się martwię. Sześć lat po ślubie. Ludzie już dzieci do przedszkola zapisują, a wy wciąż kariery budujecie. Ty budujesz, żeby być precyzyjną.
Wujek Zenon, siedzący naprzeciwko, chrząknął i sięgnął po kompot. Ciotka Grażyna pokiwała głową, nie odrywając wzroku od Haliny. Cała ta rodzina zjeżdżała się raz na kilka lat, ale każdy uważał za obowiązek wtrącić się w cudze małżeństwo z gotową receptą na życie.
— No właśnie, Baśka — dorzuciła ciotka Grażyna, poprawiając bursztynowy naszyjnik. — Zegar tyka. Mariusz taki przystojny chłopak, potrzebuje dziedzica. A ty w tych swoich garsonkach po biurze latasz, w księgowości siedzisz od świtu do nocy. Po co to wszystko?
Barbara wciągnęła powietrze. Miała ochotę wstać i wyjść. Granatowy żakiet, jedyna porządna rzecz, jaką zdążyła odebrać z pralni przed tym maratonem hipokryzji, ciążył jej na ramionach. W pracy był audyt, ledwie zdążyła na początek przyjęcia.
— Moja pensja pozwala nam spłacać kredyt za mieszkanie na Jeżycach — odparła równo, patrząc prosto na Grażynę.
Nie dodała, że od ośmiu miesięcy ciągnie tę ratę praktycznie sama. Dokładnie od dnia, gdy Mariusz trzasnął drzwiami po awanturze z szefem i odszedł z firmy transportowej, gdzie kierował działem logistyki. Teraz siedział na dorywczych zleceniach, szukając stanowiska „godnego swojego poziomu".
— Ojej, jakie tam miliony na ten kredyt! — machnęła ręką Halina, przerywając szwagierce. — Mariuszek zawsze umiał zarabiać. Mężczyzna w domu to głowa rodziny. A kobieta powinna myśleć o czym innym. O potomstwie, Baśka. O rodzinie.
Barbara spuściła wzrok na swój kalendarz, leżący obok torebki. Zwykły skórzany notes na magnes. W środku, między kartkami, tkwiła złożona na pół kartka A4. Wzięła ją rano, planując po pracy wpaść do przychodni na Dąbrowskiego po wyniki, ale grafik się posypał i dokument pojechał z nią prosto na przyjęcie.
Mariusz błagał, żeby to schować. Prosił, żeby nikomu nie mówić. Dotrzymała słowa przez pięć miesięcy, znosząc aluzje krewnych na każdym rodzinnym spotkaniu.
— Mamo, no przestań — odezwał się w końcu mąż, nie odrywając oczu od telefonu. — Może kiedy indziej. Fajnie siedzieliśmy, sałatki jedliśmy.
— Nie, Mariusz, nie kiedy indziej! — Halina podniosła głos. Przy sąsiednich stolikach ktoś się odwrócił. — Rodzina musi wiedzieć, dlaczego mój syn cierpi! Dlaczego wraca do pustego mieszkania, gdzie nawet dziecięcym śmiechem nie pachnie! Wy młodzi, żyć trzeba, a u was ani kola, ani dworu, same kredyty i ta praca po godzinach!
Barbara zmrużyła oczy, czując, jak wzbiera w niej głuchy gniew, duszony od miesięcy.
— Uważa pani, że pani syn cierpi? — spytała wprost.
— A nie? — Halina wyprostowała plecy. — W naszej rodzinie jałowych nigdy nie było, kochanieńka. Wszystkie po troje rodziłyśmy, zdrowe, silne. Mój dziadek dziesięcioro wychował. A Mariuszek ostatnio chodzi ponury jak chmura gradowa. Dziecka mu trzeba, a nie twoich raportów i zebrań!
Mariusz poruszył się na krześle, próbował schować telefon do kieszeni marynarki, spudłował i aparat spadł na dywan w kwiaty. Twarz mu się zaczerwieniła.
— Mamo, przestań to obgadywać przy wszystkich! — syknął, schylając się po telefon.
— Będę obgadywać przy własnej rodzinie! — ucięła Halina. Sięgnęła po lakierowaną torebkę stojącą na wolnym krześle, pogrzebała w środku, aż zabrzęczała bilonem, i wyjęła grubą białą kopertę. Położyła ją na stole, dokładnie przed Barbarą.
Wujek Zenon przestał żuć ogórek kiszony. Ciotka Grażyna wyciągnęła szyję.
— Co to jest? — Barbara nawet nie tknęła koperty.
— To, Baśka, pomoc od naszej rodziny — wycedziła Halina ze słodkim, fałszywym współczuciem. — Tu jest przyzwoita suma. Zrzuciliśmy się z rodziną, kto ile mógł. Wystarczy na dobrą prywatną klinikę.
Barbara patrzyła na kopertę, nie wierząc własnym uszom.
— Jaką klinikę? O czym pani w ogóle mówi?
— Profilową! — warknęła teściowa, tracąc resztki słodyczy i przechodząc do ataku. — Żebyś się poszła przebadać od góry do dołu! Dość już rujnowania synowi życia swoją karierą. To ty się leczyć powinnaś, kochanieńka. Mariusz ma idealną genetykę. Mój ojciec w wieku siedemdziesięciu lat…
— Wystarczy.
Słowo padło niegłośno, ale tak twardo, że brzęk sztućców przy ich stole ucichł natychmiast. Barbara przeniosła wzrok na Mariusza. Mąż wtulił się w oparcie krzesła, wpatrzony w talerz, jak przyłapany na kłamstwie uczeń, czekając, aż dwie kobiety same to rozstrzygną.
Ten tchórzliwy gest przesądził sprawę. Barbara zrozumiała, że oszczędzanie cudzych uczuć straciło jakikolwiek sens. Rozpięła zatrzask notesu bez pośpiechu, wyjęła złożoną na pół kartkę z niebieską pieczątką przychodni na Dąbrowskiego, rozprostowała ją palcami. Przesunęła białą kopertę z pieniędzmi z powrotem w stronę teściowej, a na wierzchu położyła zaświadczenie lekarskie.
— Proszę przeczytać, pani Halino.
Teściowa spojrzała na kartkę nieufnie.
— Co to za sztuczki? Znowu jakieś papiery z banku?
— Oficjalne zaświadczenie lekarskie. Proszę przeczytać na głos. Zwłaszcza rozpoznanie na dole, pogrubioną czcionką. Skoro tak pani chciała, żeby cała rodzina znała prawdę o cierpieniu pani syna.
Mariusz gwałtownie podniósł głowę.
— Baśka, nie waż się! — wyrzucił z siebie, chwytając za brzeg stołu.
— A dlaczego? — Barbara zmierzyła męża spojrzeniem pełnym pogardy. — Niech mama poczyta o idealnej genetyce. Niech wujek Zenon usłyszy, na co dokładnie się składali.
Halina zmarszczyła brwi, wpatrując się w drobny druk. Terminy medyczne szły jej z trudem. Wujek Zenon uparcie wpatrywał się w talerz z surówką, udając, że go tu nie ma. Ciotka Grażyna siedziała jak sparaliżowana.
Teściowa mrugnęła raz, drugi. Broszka na jej piersi przestała drżeć. Twarz, minutę wcześniej pełna słusznego oburzenia, spąsowiała, a potem zbladła.
— Mariusz… — wydusiła osłabłym głosem. — Co to znaczy? Czynnik męski… niemożność…
Kartka trzęsła jej się w palcach.
— To znaczy, mamo, że jestem bezpłodny — warknął Mariusz, odwracając się do okna. — Zadowolona? Urządziłaś scenę o nic! Prosiłem, żebyś się nie wtrącała!
Barbara wstała bez słowa, zabrała trencz z oparcia krzesła.
— Milczałam z szacunku dla pani, pani Halino — powiedziała, przekładając płaszcz przez ramię. — Mariusz bardzo prosił, żeby oszczędzić pani serce. Mówił, że pani tego nie zniesie. Nie chciał pani martwić. Ale być kozłem ofiarnym dla pani rodziny, podczas gdy pani wspaniały syn siedzi mi na garnuszku bez pracy i chowa się za pani spódnicę — do tego się nie umawiałam.
Zabrała notes ze stołu. Gruba koperta z pieniędzmi i zaświadczenie lekarskie zostały leżeć przed oniemiałą solenizantką.
— Może pani wydać te pieniądze na coś naprawdę pożytecznego. Niech pani je zatrzyma, Mariuszowi i tak niedługo będzie potrzebna kaucja na wynajem.
Odwróciła się i poszła w stronę wyjścia. Muzyka z głośników grała dalej, kelnerki nosiły talerze między stolikami, a przy stole pani Haliny nie padło już ani jedno słowo.
Do listopada Barbara skończyła malowanie sypialni na kolor musztardowy, jaki wybrała jeszcze przed tamtym wieczorem — teraz wreszcie mogła to zrobić bez pytania nikogo o zdanie. Mariusz przewiózł swoje kartony do matki jeszcze tego samego dnia po powrocie z Zalesia, zabierając też suszarkę do włosów, którą kiedyś dostał w prezencie i uważał za swoją. Sprawę mieszkania załatwili bez awantur — Barbara po prostu zaniosła do banku dokument potwierdzający, że od ośmiu miesięcy spłaca kredyt sama, i złożyła wniosek o przepisanie umowy wyłącznie na siebie. Rzeczoznawca wycenił ich wkład, notariusz przygotował akt zniesienia współwłasności, a Mariuszowi wypłacono jego połowę wpłaconego wkładu własnego — dwadzieścia dwa tysiące złotych, które oddał matce na poczet długu za wesele sprzed lat.
Halina nie zadzwoniła ani razu. Nie napisała nawet SMS-a z życzeniami na Boże Narodzenie, choć wcześniej co roku przysyłała łańcuszek emotikonów o północy. Widocznie trudno było jej spojrzeć w oczy kobiecie, która znała prawdę o ich nieskazitelnej krwi.
Barbara nie żałowała. Zmieniła zamek w drzwiach na nowy, cylindryczny, jeszcze tego samego tygodnia — na wszelki wypadek, gdyby Mariusz zapomniał, że nie ma już tu nic do szukania. Żyć z człowiekiem gotowym rzucić żonę na pożarcie własnej matce dla świętego spokoju — na to się nie pisała.




