Zamknięta szkoła w Brzezinach i telefon, który zmienił plan lekcji

We wtorek rano Marta Wojnicka stała w progu Szkoły Podstawowej nr 4 w Brzezinach z kubkiem kawy w ręku i patrzyła, jak woźny Zenon wiesza na drzwiach kartkę: „Zajęcia zawieszone do odwołania". Miała trzydzieści osiem lat, uczyła biologii od dwunastu, i po raz pierwszy w karierze musiała odesłać do domu sto sześćdziesięciu uczniów w środku września.

Zaczęło się w piątek. Trzech chłopców z klasy siódmej nie przyszło na lekcję wuefu, potem zabrakło dwóch nauczycielek, a w poniedziałek pielęgniarka szkolna Halina Dąbek naliczyła dwadzieścia dwa przypadki gorączki i kaszlu na jednym piętrze. Testy antygenowe, które trzymała w szafce razem z plastrami i syropem na ból gardła, dały wynik jednoznaczny — covid, znowu.

— Pani dyrektor, to nie jest przeziębienie sezonowe — powiedziała Halina, kładąc na biurku Marty stosik kartek z wynikami. — To jest ognisko. Trzeba zamykać.

Marta wiedziała, co to oznacza dla rodziców. W jej gminie połowa matek pracowała na zmiany w hurtowni logistycznej pod Łodzią za sto trzydzieści złotych za dniówkę, których nikt im nie odda, jeśli zostaną w domu; druga połowa — w gabinetach stomatologicznych i sklepach, gdzie nikt nie zapłaci za dzień wolny z powodu chorego dziecka. Telefon na sekretariacie dzwonił bez przerwy: kto zajmie się siedmiolatkiem przez tydzień, gdy babcia sama choruje na serce i boi się kontaktu z wnukiem.

Za oknem gabinetu żółkły już liście klonu, a w radiu lokalnym akurat leciała zapowiedź dożynek gminnych, które ktoś teraz musiał przełożyć albo odwołać. Pies sąsiada ze szkolnego osiedla, Rex, ujadał na listonosza dokładnie tak samo jak zawsze — jakby nic się nie stało, chociaż stało się bardzo wiele.

Dyrektorka zadzwoniła do sanepidu w Łodzi. Odebrała inspektor Ewa Kaczmarska.

— Trzeci telefon od rana, pani Marto, a jeszcze nie piłam kawy — powiedziała, i coś w tle zaszumiało, jakby przesuwała słuchawkę z ucha na ucho. — Mówi pani: Brzeziny, Czwórka?

— Tak, dwadzieścia dwa przypadki na jednym piętrze.

— No to niech pani zgadnie, ile mam już dzisiaj takich zgłoszeń. Pabianice, Tomaszów, nawet ta prywatna szkoła językowa w centrum zamknęła dwie grupy wczoraj. — Kaczmarska westchnęła, papiery zaszeleściły. — Jesień, wie pani, jak to jest. Potem będzie druga fala w styczniu, jak zawsze.

— Ewa, rodzice już piszą, że stracą pracę, jeśli będą siedzieć w domu drugi tydzień z rzędu.

— Wiem, wiem. Dziesięć dni kwarantanny placówki, dezynfekcja i wracacie. — Cisza na linii, potem znów szelest. — Szczepionka na ten wariant ma wejść do przychodni od października. Niech pani to gdzieś powiesi na tablicy, dla nauczycieli, dla starszych osób. Muszę kończyć, mam drugą linię.

Marta odłożyła słuchawkę i spojrzała na listę klasową, którą trzymała od rana na biurku. Przy nazwisku Kubusia Ratajczaka, ucznia z astmą, dopisała czerwonym długopisem: „matka prosi o kontakt priorytetowy". To był ten chłopiec, którego ojciec zmarł dwa lata temu na covid, zanim jeszcze szczepionki były powszechne. Jego matka, Agnieszka, dzwoniła do sekretariatu trzy razy dziennie, zawsze o tej samej porze, i za każdym razem pytała o to samo: czy na pewno wszystko zdezynfekowane, czy na pewno nikt chory nie wróci za wcześnie.

W środę do szkoły przyjechała ekipa dezynfekcyjna z firmy zewnętrznej, ludzie w kombinezonach spryskiwali sale roztworem, który pachniał chlorem tak mocno, że Zenon otworzył wszystkie okna mimo chłodu. Rodzice organizowali się na grupie w komunikatorze — jedna matka, informatyczka pracująca zdalnie, zaproponowała, że przez te dziesięć dni popilnuje po południu czwórkę dzieciaków z sąsiedztwa u siebie w mieszkaniu, żeby inni mogli iść do pracy.

Marta spędziła te dni na telefonach — z kuratorium, z burmistrzem, z rodzicami, którzy grozili, że złożą skargę, bo przez zamknięcie ich dziecko przegapi sprawdzian kwalifikacyjny do klasy sportowej. Tłumaczyła to samo dwadzieścia razy: to nie jest decyzja polityczna, to procedura sanepidu, dziesięć dni, potem wracamy do normalnego planu.

W piątek wieczorem, gdy siedziała już sama w pustym sekretariacie i wypełniała raport dla kuratorium, zadzwoniła Halina.

— Kubuś Ratajczak trafił do szpitala. Matka mówi, że gorączka czterdzieści jeden, duszności. Karetka zabrała go do Instytutu Centrum Zdrowia Matki Polki.

Kubek z zimną już kawą wypadł Marcie z ręki i rozbił się o podłogę. Nie posprzątała od razu — usiadła z powrotem przy biurku, wzięła telefon i wybrała numer matki chłopca.

— Pani Agnieszko, jestem przy telefonie, cokolwiek będzie potrzebne, szkoła pomoże.

— Boję się — powiedziała Agnieszka, i urwała, oddychała ciężko, zanim dokończyła. — Boję się tak jak wtedy. Lekarz mówi, zapalenie płuc na tle covidowym. Podłączyli go do tlenu.

Marta wsiadła do swojej starej octavii o wpół do dziesiątej wieczorem i pojechała do szpitala, mimo że nikt jej tego nie kazał. W poczekalni na piątym piętrze usiadła obok Agnieszki, podała jej kubek herbaty z automatu — Agnieszka trzymała go obiema dłońmi, nie piła, tylko ściskała plastik, aż się wgniótł — i czekała razem z nią do drugiej w nocy, aż lekarz dyżurny, doktor Michał Sroka, wyszedł z informacją, że stan chłopca się ustabilizował, że tlen działa, że najgorsze minęło.

W sobotę, zamiast spać, Marta usiadła przy kuchennym stole z kartką i długopisem. Napisała jedno zdanie, przekreśliła, napisała drugie. „Szkoła zwraca się z wnioskiem o rozważenie" — skreśliła, za bardzo urzędowo. Zaczęła od nowa: „Wprowadzamy". W niedzielę zadzwoniła do przychodni przy Piłsudskiego, zanim jeszcze pismo było gotowe.

— Dwa razy w roku, mobilny punkt na terenie szkoły, żeby rodzice nie musieli brać wolnego na kolejkę do lekarza — powiedziała, ściskając słuchawkę tak mocno, że zbielały jej knykcie.

Po drugiej stronie chwila ciszy, potem kobiecy głos, zmęczony, ale bez wahania:

— No dobrze. Dwa razy w roku damy radę.

W poniedziałek, gdy szkoła znów otworzyła drzwi po dezynfekcji, Marta stanęła przy wejściu i osobiście witała każde dziecko, sprawdzając listę obecności z pielęgniarką. Tego samego dnia wysłała do kuratorium gotowe już pismo o obowiązkowym punkcie szczepień mobilnych na terenie placówki.

Kubuś wrócił do klasy trzy tygodnie później, chudszy, w nowych okularach, które nosił od niedawna z powodu problemów ze wzrokiem po długiej gorączce. Usiadł w drugiej ławce, wyjął zeszyt do biologii i podniósł rękę, gdy Marta zapytała, kto pamięta, czym różni się wirus od bakterii. Odpowiedział poprawnie. Marta zapisała mu plusa w dzienniku, tak jak wszystkim innym, i Kubuś, poprawiając nowe okulary na nosie, uśmiechnął się tak, jakby właśnie wygrał coś znacznie większego niż plus z biologii.

Oceń artykuł
TwojaCena
Zamknięta szkoła w Brzezinach i telefon, który zmienił plan lekcji