Rafa koralowa i cena, której nie miałem

Nazywam się Wojtek Zalewski, mam trzydzieści cztery lata i prowadzę małą wytwórnię płytową w Gdyni – dwa pokoje nad piekarnią przy Świętojańskiej, gdzie zapach chleba wchodzi mi w nagrania i klienci czasem pytają, czy to celowy efekt. Z Agatą byliśmy wtedy razem prawie trzy lata. Chciałem ją gdzieś zabrać, tylko że na koncie firmowym leżało jakieś osiemset złotych, a resztę – całą resztę – wydałem na zaliczki dla dwóch zespołów, które próbowałem ściągnąć z Wrocławia. Miałem plan, tylko nie miałem gotówki. To się zdarza.

Usłyszałem kiedyś od kolegi z branży, że jak dzwonisz do agenta nieruchomości i mówisz, że interesuje cię zakup działki na Mazurach z myślą o ośrodku wypoczynkowym, to możesz dostać darmowy przelot i nocleg – bo agenci wożą "poważnych klientów" za swoje pieniądze, licząc na prowizję. Zadzwoniłem więc do biura obsługującego okolice Giżycka. Powiedziałem, że mam wytwórnię (prawda) i że szukam terenu pod ośrodek z domkami dla muzyków, którzy przyjeżdżają nagrywać (kompletna bzdura). Agent, facet nazwiskiem Sowa, ucieszył się jak dziecko. – Zorganizujemy panu wszystko – powiedział.

Agata nie wiedziała, że nie mam pieniędzy. Myślała, że w końcu poszczęściło mi się z jakimś kontraktem. Nie prostowałem.

Na miejscu czekał na nas kierowca z busem, pensjonat z widokiem na jezioro, śniadania podawane na tarasie. Przez pięć dni oglądaliśmy działki jedna po drugiej – ja robiłem poważną minę i zadawałem pytania o dojazd i przyłącza, Agata robiła zdjęcia łabędziom na wodzie. Wieczorami siedzieliśmy nad jeziorem i piliśmy piwo z butelek owinięte w ręczniki, żeby nie brzękały o pomost. Pamiętam, że przez całą podróż uwierał mnie but, w którym miałem wsuniętą kartkę z numerami do agentów – bałem się, że Agata ją znajdzie, więc chodziłem lekko przekrzywiony.

Kiedy obejrzeliśmy już wszystko, co było w standardowej ofercie, zapytałem Sowę, czy nie ma czegoś specjalnego. Uśmiechnął się i powiedział jedno słowo: Wyspa.

To był mały, porośnięty sosnami kawałek lądu na jeziorze Śniardwy, z własnym pomostem, szuwarami pełnymi kaczek i wzniesieniem, z którego widać było całą zatokę. Stałem na tym brzegu i czułem, że coś we mnie się przestawia – jakby ktoś przekręcił gałkę, której wcześniej nie zauważałem. Agata złapała mnie za rękaw koszuli i powiedziała: – Wojtek, kup to.

Zapytałem o cenę. Trzy miliony złotych. Powiedziałem, że mogę dać sto pięćdziesiąt tysięcy. Nie miałem tych pieniędzy. Sowa nawet nie drgnął – cena wynosi trzy miliony. Podbiłem do dwustu tysięcy, powiedziałem, że to moja ostateczna oferta. Wsiedliśmy w milczeniu do busa, który miał zawieźć nas z powrotem do pensjonatu.

Kiedy dojechaliśmy, nasze torby stały już spakowane przy drzwiach. Sowa nas wyrzucił. Bez awantury, bez podniesionego głosu – po prostu koniec gościnności. Agata była wściekła przez całą drogę na stację, a ja próbowałem żartować, że przynajmniej mamy opaleniznę.

Na stacji w Giżycku okazało się, że nasz pociąg do Warszawy odwołano z powodu awarii trakcji. Ludzie stali w kolejkach do kasy, siadali na walizkach, ktoś kłócił się z dyżurnym przez okienko. Zapytałem, ile kosztowałoby wynajęcie busa do stolicy. Usłyszałem – dwa tysiące złotych. Nie miałem tych pieniędzy, ale policzyłem w głowie ludzi czekających na peronie i wyszło mi, że jeśli policzę po sto złotych od osoby, bus się zwróci, a mnie jeszcze coś zostanie.

Pożyczyłem od kioskarza kawałek kartonu i mazak. Napisałem: BUS DO WARSZAWY – 100 ZŁ OD OSOBY, ODJAZD ZA GODZINĘ. Stanąłem z tą tablicą na peronie. Agata usiadła na ławce obok i zaczęła zapisywać nazwiska na odwrocie biletu, licząc głowy.

Do godziny zebrało się jedenaście osób – akurat tyle, żeby się nie dopłacać. Zadzwoniłem do lokalnej firmy przewozowej, umówiłem kierowcę na wjazd pod stację. Kiedy bus podjechał, ludzie wstawali z walizek bez pytania, jakby czekali właśnie na to. Kierowca policzył głowy, kiwnął, otworzył bagażnik. Agata zbierała pieniądze do reklamówki, licząc je jeszcze raz w drodze, a ja usiadłem z przodu i patrzyłem, jak Giżycko znika za oknem.

Wróciliśmy do Gdyni bez wyspy i bez planu na romantyczny wieczór, za to z historią, którą Agata opowiadała później każdemu, kogo poznawała. Wytwórnię udało się utrzymać, mimo że tamte zaliczki dla zespołów z Wrocławia nigdy się nie zwróciły w takim tempie, jak liczyłem. Trzy miesiące później zadzwonił Sowa i powiedział, że właściciel wyspy potrzebuje gotówki na szybko – bo rozwodzi się z żoną i musi jej wypłacić połowę majątku w gotówce, zanim sąd zatwierdzi podział. Zaproponowałem sto siedemdziesiąt pięć tysięcy, których standardowo nie miałem. Właściciel się nie zgodził.

Miesiąc później zadzwonił znowu: wyspa do kupienia za sto osiemdziesiąt tysięcy, bo termin wypłaty się skończył i drugi kupiec się wycofał. Pożyczyłem, skąd się dało – z banku, od rodziny, od dwóch przyjaciół, którzy mieli w to uwierzyć bardziej niż ja sam.

W dniu podpisania aktu u notariusza w Giżycku Agata przyniosła ze sobą tę samą reklamówkę, w której nosiła pieniądze zebrane na peronie. Postawiła ją na krześle obok, jakby dla równowagi, i podpisała się jako świadek, zanim ja zdążyłem podpisać cokolwiek.

Oceń artykuł
TwojaCena
Rafa koralowa i cena, której nie miałem