Rafał chciał wrócić do żony po awanturze, ale konto miał puste — całą gotówkę wpakował w zaliczki dla didżejów, których próbował ściągnąć do swojego małego labelu muzycznego w Gdyni.

Powiem od razu: to ja jestem tym facetem z tej historii. Nie ten sławny, nie miliarder z jachtem — ja, Rafał Kaczmarek, trzydzieści cztery lata, właściciel wytwórni, która mieściła się w wynajętym garażu przy Świętojańskiej. Ludzie później opowiadali tę historię tak, jakby to była bajka o przedsiębiorczości. Dla mnie to było trzy dni czystej paniki i wstydu, które akurat skończyły się dobrze.

Ania miała już dość. Powiedziała mi to wprost, siedząc na brzegu wanny, z ręcznikiem owiniętym wokół włosów, podczas gdy ja stałem w drzwiach łazienki i tłumaczyłem, że przelew do studia nagraniowego w Katowicach musiał pójść dzisiaj, bo inaczej stracimy termin. — Zawsze jest jakiś termin, Rafał — powiedziała. — U ciebie zawsze coś jest ważniejsze.

Nie miałem kontrargumentu. Miałem za to plan, który wymyśliłem w nocy, gapiąc się w sufit: zabiorę ją do Chorwacji. Nie na tani nocleg w Splicie, tylko coś, czego nie zapomni. Problem w tym, że nie miałem na to pieniędzy — dosłownie, konto pokazywało 340 złotych i to głównie dlatego, że akurat nie zapłaciłem czynszu za garaż.

Wiedziałem jedną rzecz: agencje sprzedające ekskluzywne nieruchomości na wyspach dalmatyńskich organizują darmowe oglądanie dla „poważnych kupców". Zadzwoniłem do biura w Splicie i powiedziałem, że reprezentuję niewielką, ale rozwijającą się wytwórnię płytową i szukam miejsca na studio nagraniowe z widokiem na morze. To nawet nie było kłamstwem w stu procentach — wytwórnia istniała, tylko że mieściła się w garażu, a nie w willi z basenem.

— Będzie nam bardzo miło państwa gościć — usłyszałem w słuchawce entuzjastyczny głos agenta.

Trzy dni później staliśmy z Anią na lotnisku w Splicie, a po nas przyjechał kierowca czarnym mercedesem klasy S. Ania patrzyła na mnie kątem oka, jakby czekała, kiedy się wszystko posypie. Nie posypało się — jeszcze nie.

Objechaliśmy w tydzień z agentem, niejakim Ivanem, ze cztery wyspy: Hvar, Vis, jeszcze dwie, których nazw nie pamiętam. Wieczorami wracaliśmy do wynajętej willi, jedliśmy kolację na tarasie z widokiem na zatokę, piliśmy wino, które kosztowało pewnie więcej niż mój miesięczny czynsz za garaż. Ania się śmiała. Pierwszy raz od miesięcy widziałem, jak się śmieje bez tego cienia zmęczenia w oczach.

Piątego dnia zapytałem Ivana, czy nie ma czegoś, czego jeszcze nie widzieliśmy. Miał. Nazywał się Ostrvo Sveti Filip — mała, niezamieszkana wysepka koło Korčuli, otoczona rafą, z dziką roślinnością i jednym wzgórzem porośniętym sosnami. Popłynęliśmy tam łodzią. Wysiedliśmy na plaży z drobnym białym piaskiem, a ja stałem tam z Anią i czułem, że to jest to miejsce, o którym mówią w reklamach czekolady — takie, gdzie życie wygląda inaczej.

— Ile to kosztuje? — zapytałem, chociaż wiedziałem, że nie powinienem pytać.

— Dziewięć milionów kun — odpowiedział Ivan.

To było wtedy około 1,2 miliona euro. Śmiech mnie ogarnął, ale powiedziałem: — Mogę zaproponować sto tysięcy kun.

Ivan zmienił się w kamień. — Cena wynosi dziewięć milionów.

— Sto pięćdziesiąt tysięcy. Ostateczna oferta.

Wieczorem, gdy wróciliśmy do willi, nasze torby stały już spakowane przy drzwiach wejściowych. Ktoś je tam wystawił za nas. Zanim wsiedliśmy do samochodu, zostawiłem na stoliku w holu wizytówkę mojej wytwórni — głupi gest, pomyślałem wtedy, coś w rodzaju "i tak wam pokażę". Ania nie powiedziała ani słowa, tylko wzięła swoją walizkę i poszła do samochodu, który miał nas zawieźć na lotnisko.

Na lotnisku w Splicie okazało się, że nasz lot do Warszawy jest odwołany — awaria techniczna, ludzie z LOT-u rozkładali ręce, a pasażerowie krążyli po terminalu bez celu, sprawdzając telefony, dzwoniąc do rodzin.

Nie mogłem tak po prostu stać. Podszedłem do lady jednej z lokalnych linii czarterowych i zapytałem, ile kosztowałoby wynająć mały samolot do Warszawy. Powiedzieli: około osiem tysięcy złotych. Nie miałem takich pieniędzy — miałem kartę kredytową z limitem, który dawno przekroczyłem, i telefon do kolegi, który czasem pożyczał gotówkę.

Policzyłem, ilu ludzi stało w kolejce do odwołanego lotu — czterdziestu trzech. Podzieliłem koszt czarteru i wyszło mi, że muszę wziąć po sto osiemdziesiąt pięć złotych od osoby. Pożyczyłem od pracownika lotniska kawałek kartonu i flamaster, napisałem: LOT CZARTEROWY DO WARSZAWY — 185 ZŁ OD OSOBY. STAWIAMY SIĘ ZA GODZINĘ.

Trzydzieści osiem osób od razu wyciągnęło portfele.

Ania stała obok mnie z rękami skrzyżowanymi na piersi i patrzyła, jak zbieram pieniądze od obcych ludzi na lotnisku w kraju, gdzie ledwo znałem język. W pewnym momencie podeszła bliżej i zaczęła pomagać — trzymała listę nazwisk, sprawdzała, kto zapłacił. Ktoś z kolejki zrobił zdjęcie kartonowej tabliczki i wrzucił do internetu z podpisem "polski przedsiębiorca w akcji" — nawet nie wiedziałem o tym wtedy.

Samolot wystartował dwie godziny później. Ania trzymała moją rękę przez cały lot i milczała.

Wróciliśmy do Gdyni. Ja wróciłem do garażu, do didżejów, do zaliczek. Ale trzy tygodnie później zadzwonił do mnie Ivan. Powiedział, że ktoś przesłał mu ten wpis z lotniska, poznał moją twarz i moją wizytówkę leżącą wciąż w szufladzie recepcji willi. Dodał, że właściciel wysepki wcale nie jest tak zamożny, jak wyglądało — chce sprzedać, bo potrzebuje gotówki na budowę domu w Zagrzebiu, coś koło dwustu tysięcy euro.

Zaproponowałem sto siedemdziesiąt pięć tysięcy euro. Odmówił.

Wzruszyłem ramionami i wróciłem do pracy — bo co innego mogłem zrobić. Nie miałem tych pieniędzy nawet w połowie, to była gra, którą po prostu prowadziłem dalej, bo nie umiałem inaczej.

Dwa miesiące później zadzwonił znowu. Właściciel się zgodził na sto osiemdziesiąt tysięcy euro. Usiadłem z Anią przy kuchennym stole i przez cały wieczór układaliśmy to z kartki: sześćdziesiąt tysięcy euro kredytu gotówkowego z banku w Gdyni pod zastaw przyszłych wpływów z wytwórni, siedemdziesiąt tysięcy od teścia, który akurat sprzedał działkę pod Kartuzami i zgodził się pożyczyć bez odsetek na dwa lata, i po dwadzieścia pięć tysięcy od dwóch kolegów z branży muzycznej, którzy w zamian wzięli udziały w labelu. Reszta poszła z oszczędności, które Ania trzymała osobno, nie mówiąc mi o nich od miesięcy.

Kupiłem wysepkę. Nie postawiłem tam studia — okazało się, że logistyka przewożenia sprzętu na bezludną wyspę adriatycką to koszmar, o którym nikt mi nie powiedział. Ale postawiłem tam mały domek z tarasem.

Siedzimy tam raz do roku, na deskach jeszcze ciepłych od słońca, a Ania nalewa wino do dwóch szklanek, bo kieliszki ktoś kiedyś stłukł i nigdy nie kupiliśmy nowych. Sosny nad domkiem pachną żywicą, kiedy robi się chłodniej pod wieczór. Ania podaje mi szklankę, siada obok, opiera stopy o poręcz tarasu.

— Wiesz co jest zabawne — mówi, patrząc na wodę — że gdybyś wtedy zapłacił za ten czarter kartą, nic z tego by nie było.

Wytwórnia w garażu przy Świętojańskiej działa do dziś, tyle że teraz to już nie garaż, tylko wynajęte piętro w budynku przy porcie.

Oceń artykuł
TwojaCena
Rafał chciał wrócić do żony po awanturze, ale konto miał puste — całą gotówkę wpakował w zaliczki dla didżejów, których próbował ściągnąć do swojego małego labelu muzycznego w Gdyni.