– Panie Wacławie, znów pan zaspał! – głos kierowcy autobusu brzmi życzliwie, choć z lekkim wyrzutem….

Poniedziałek, 7:45 rano

Znowu zaspałem. Autobus już rusza z przystanku pod blokiem, biegnę co sił, a kierowca uśmiecha się przez szybę, choć w jego głosie wyczuwam lekkie zniecierpliwienie.

Panie Wacławie, znów pan się spóźnił! rzuca pan Andrzej, kierowca, kiedy już z zadyszką podchodzę do wejścia. To trzeci raz w tym tygodniu, biega pan każdego ranka jakby pan ogień miał za plecami.

Oddycham ciężko, opieram się o poręcz, kurtka ledwo zipie, okulary zsuwają mi się z nosa.

Przepraszam, Andrzeju wyciągam z kieszeni zmiętą dwudziestozłotówkę. Chyba mi zegarek spóźnia. Albo ja już taki jestem

Andrzej, około czterdziestopięciu lat, opalony od lat pracy za kółkiem na trasie Kraków-Nowa Huta, zna wszystkich stałych pasażerów. Ze mną, jak sam przyznaje, jakoś się zżył. Zawsze jestem miły, cichy, punktualny a przynajmniej byłem.

Nie szkodzi, proszę wsiadać. Gdzie dzisiaj, panie Wacławie?

Na cmentarz. Jak co dzień.

Siadam zawsze na tym samym miejscu: trzecim od kierowcy, przy oknie. W ręku niosę wysłużoną, plastikową reklamówkę z paroma narzędziami szczotką, grabką, świeczką.

W autobusie pusto, studentki plotkują, pan w garniturze przegląda telefon. Rutyna dnia codziennego.

Pan codziennie tam jeździ? zagaduje Andrzej przez lusterko. To nie za ciężko, tak że dzień w dzień?

Patrzę przez szybę i odbijam się cicho:

A dokąd mam iść? Żona leży tam już od półtora roku. Obiecałem, że będę przychodził co dzień. I tak chodzę.

Widzę, że Andrzejowi zrobiło się żal. Pewnie myśli o swojej żonie, może nawet nie wyobraża sobie takiej pustki.

Daleko pan ma z domu?

E, autobus pół godziny jedzie, a pieszo to bym ze dwie szedł. Już nie te nogi. Na bilet ledwie starcza z emerytury, ale starcza.

Mijają tygodnie, staję się tak oczywistym elementem poranka, że Andrzej zaczyna czekać, jak zdarzy mi się spóźnić specjalnie przedłuża postój.

Niech pan tak na mnie nie czeka mówiłem mu raz nieco speszony, rozkład obowiązuje.

Nonsens macha ręką. Dwie minuty w tą czy w tamtą nie zbawią świata.

Ale pewnego dnia nie pojawiam się. Potem znów nie. I trzeci dzień z rzędu też mnie brak. Andrzej zwraca się do konduktorki, pani Danuty:

Słuchaj, nie widuję tego starszego pana, co jeździł na cmentarz. Nie choruje, prawda?

A kto go tam wie wzrusza ramionami. Może rodzina wpadła, może coś się stało.

Ale wiem, że Andrzeja coś gryzie. Brakuje mu mojego cichego dziękuję, mojej obecności na trzecim siedzeniu.

Po tygodniu zupełnej ciszy postanawia sam się upewnić. W przerwie obiadowej gna na końcowy przystanek pod cmentarz Rakowicki. Podchodzi do kobiety przy bramce.

Przepraszam, szukałem starszego pana, Wacław się nazywa, siwy, w okularach, zawsze z reklamówką. Zna go pani?

Oj, jasne! Co dzień przychodził, do żony. Ale już go tydzień nie ma odpowiada pani cieć.

Coś się stało?

Kiedyś podał mi adres. Mieszka blisko, ulica Ogrodowa, blok numer piętnaście. Kim pan dla niego?

Kierowcą autobusu jestem. Zawsze go woziłem.

Ogrodowa 15. Trzeci blok na rogu, stare klatki schodowe, wyblakła farba. Andrzej puka, otwiera mężczyzna po pięćdziesiątce.

Kogo pan szuka?

Tego starszego pana, Wacława. Jeździł ze mną co rano

Ach, z dwunastego mieszkania? Jest w szpitalu. Tydzień temu zabrali go z udarem, ledwo co przeżył, na szczęście zaczyna dochodzić do siebie mięknie głos sąsiada.

Andrzej dowiaduje się, w którym szpitalu miejskim na ulicy Kopernika i jeszcze tego samego wieczoru jedzie na oddział. Przedstawia się pielęgniarce.

Pan Wacław? Jest u nas. Pan kim dla niego?

Znajomym trochę się zawstydza, bo nie wie jak wyjaśnić taką znajomość.

Szósta sala, proszę nie męczyć, bo organizm słabiutki.

Leżę przy oknie, blady, zmarnowany, gdy nagle widzę znajomego kierowcę z siatką owoców. Na chwilę go nie poznaję.

Andrzeju? Jak pan mnie znalazł? Po co pan szukał?

Zaniepokoiłem się, tyle. Szukałem, nie wytrzymałem.

Przez takiego starego, nikomu niepotrzebnego człowieka?

Co to znaczy niepotrzebnego? Ma pan ze mnie najlepszego stałego pasażera i już się przyzwyczaiłem, że czekam na pana co rano.

Milczę, wpatruję się w sufit.

Od dziesięciu dni nie byłem na grobie Heleny pierwszy raz, od kiedy odeszła. Nie dotrzymałem słowa.

Żona na pewno zrozumie, choroba to poważna rzecz.

Codziennie jej wszystko opowiadałem, a teraz leżę tutaj i ona tam sama.

Wtedy Andrzej mówi:

Wie pan co? Mogę pójść za pana na grób, przekazać, że pan w szpitalu, że pan tęskni i niedługo przyjdzie sam.

Patrzę z niedowierzaniem i z wielką nadzieją.

Zrobiłby pan to dla mnie? Ot tak?

Nie jestem dla pana obcy, panie Wacławie. Przez półtora roku widujemy się codziennie, niejedna rodzina tak blisko nie bywa.

Nazajutrz, w wolny dzień, Andrzej idzie na cmentarz. Znajduje grób żony na nagrobku widnieje wyblakła, dobra twarz. Helena Wacławowa. 1952-2024.

Czuje się na początku nieswojo, ale w końcu słowa same mu płyną:

Dzień dobry, pani Heleno. Andrzej jestem, kierowca autobusu, pański mąż był moim stałym pasażerem. Teraz leży w szpitalu, ale prosił przekazać, że panią kocha, że niedługo przyjdzie

Mówi jeszcze o mnie, o mojej tęsknocie, o tym jaki jestem wierny. Może wydaje mu się to śmieszne, ale czuje, że robi coś właściwego.

Kilka dni później przynosi mi wieści.

Byłem tam. Przekazałem.

I jak tam wszystko w porządku? pytam, głos mi drży.

Na grobie kwiaty świeże, czysto, zadbane. Helena poczeka, aż pan wróci.

Zamykam powieki, po policzkach spływają mi łzy.

Dziękuję ci, synku Dziękuję

Dwa tygodnie później wracam do domu. Andrzej czeka na mnie pod szpitalem i odwozi pod blok.

Jutro się zobaczymy? pyta na pożegnanie.

Jak co dzień, o ósmej rano odpowiadam.

I rzeczywiście następnego ranka znów jestem na swoim miejscu. Ale coś już się zmieniło. Między mną a Andrzejem jest jakaś inna, cieplejsza więź. Nie tylko kierowca i pasażer.

Po pewnym czasie Andrzej proponuje:

Wie pan co, w weekendy zamiast autobusem, zawiozę pana na cmentarz moim samochodem. Po prostu, po znajomości. Mamy z żoną czas, a i jej to nie przeszkadza.

Ależ po co, panie Andrzeju

Bo już się przywiązaliśmy. A żona mówi: Takim ludziom się pomaga. Tak trzeba.

Tak się utarło. W tygodniu jeżdżę autobusem, w niedzielę Andrzej z żoną podjeżdżają po mnie autem. Poznajemy się lepiej, rozmawiamy, śmiejemy się, czasem nawet wspólnie zapalamy znicz.

Wiesz mówi któregoś wieczoru Andrzej do żony zawsze myślałem, że trasa, rozkład, pasażerowie to tylko praca. Ale każdy człowiek w autobusie to czyjeś życie, czyjaś historia.

Dobrze, że się zatrzymałeś uśmiecha się żona bo nie każdy potrafi zobaczyć człowieka.

A ja, Wacław, powiem im kiedyś:

Po tym, jak odeszła Hela, myślałem, że już mnie dla świata nie ma. Że nie jestem nikomu potrzebny. Ale okazuje się, że jednak są jeszcze dobrzy ludzie. I to daje siłę.

***

Czasami wystarczy zwykły człowiek, który zrobi coś dobrego, by cały świat miał więcej sensu.

Oceń artykuł
TwojaCena
– Panie Wacławie, znów pan zaspał! – głos kierowcy autobusu brzmi życzliwie, choć z lekkim wyrzutem….