Trzy nici. Trzy przeznaczenia

Trzy nici. Trzy losy

Co ona powiedziała? Weroniko, nie dosłyszałem, co tam? Jadwiga Wiktorowna pochyliła się trochę do przodu i w bok, bliżej idącej obok przyjaciółki, Weroniki Pawłowny.

Weronika zaczęła szczegółowo tłumaczyć, czego dotyczyła rozmowa mijającej ich właśnie mamy z około siedmioletnią dziewczynką.

Jakiś łobuz im się trafił w szkole, a ona mu powiedziała

Weronika mówiła tak głośno, że usłyszała ją chyba cała ulica. Jadwiga wsłuchiwała się uważnie, nie przerywała, a potem, oglądając się za siebie, odszukała wzrokiem tamtą dziewczynkę i kiwnęła jej na pożegnanie.

Porządna, schludna dziewczynka. Ale jakaś taka przemądrzała! podsumowała.

Dlaczego? zdziwiła się Jadwiga Wiktorowna, chwyciła przyjaciółkę pod ramię i popchnęła do przodu, bo zielone światło od dawna się świeciło, a auta cierpliwie czekały, aż dwie starsze kobiety przejdą przez ulicę.

Co mówisz? Nie dosłyszę, Jadziu, co? dopytywała zdezorientowana Weronika, tuląc torebkę i drobnymi kroczkami mknąc na drugą stronę, na bezpieczny chodnik.

Pytam, dlaczego przemądrzała? powtórzyła Jadwiga jeszcze głośniej.

A bo tak.

Jadwiga Wiktorowna nieraz nie lubi wyjaśniać swoich myśli nie wiadomo, czy z lenistwa, czy też wydaje się jej, że i tak wszystko jest jasne.

Dziewczynka wzięła na siebie obowiązek naprawienia lenia i urwisa? Upomina, wychowuje go? Nie, moi drodzy, to się tak nie rozwiąże Tak nie można!

Jadwiga pokręciła głową w rytm swoich myśli, a Weronika westchnęła czasami przyjaciółka potrafi być naprawdę nie do wytrzymania ze swoimi tajemniczymi niedopowiedzeniami. Ale bez Jadzi ten świat, i tak już za głośny, schodziłby jej na manowce.

Jadwiga Wiktorowna i Weronika Pawłowna to sąsiadki. I mieszkania mają nietypowe, każde ze swoim własnym wyjściem prosto na ulicę, bez żadnych klatek schodowych czy wind. Mieszkają bowiem w jednym z zabytkowych budynków dawnej podwarszawskiej willi, która najpierw należała do szalonego huzara, potem przekazana została pewnemu wybitnemu człowiekowi kultury. Ten, po konsultacji z żoną, urządził w głównym gmachu gimnazjum, a dobudówki oddał na pracownie artystyczne. Później historia przeorała i wywróciła do góry nogami spokojne życie domostwa. I tak jedno z tych parterowych, półkolistych budynków kiedyś, trudno uwierzyć, stajnia przerobiono na mieszkania. Większość lokatorów już dawno wyjechała do większych i nowocześniejszych mieszkań, a Weronika, Jadwiga oraz jeszcze jedna przyjaciółka, Tatiana, zaciekle bronią swoich kątów i drą na strzępy wszelkie oferty wykupu, zamiany czy przeprowadzki z dopłatą lub bez niej, z obietnicą pomocy i zachowania meldunku.

Firmy, agencje ochrony, właściciele drobnych biznesów wszystkim ten kawałek Warszawy wydawał się łakomym kąskiem, zresztą miejsce nie byle jakie, na samym Powiślu. Niedaleko Kościół na Solcu, a z lewej strony widać nawet wieżę Świątyni Opatrzności. Choć główny budynek zajmuje szkoła artystyczna, pozostają jeszcze oficyny i tak zwane domeczki, których jeszcze nikt nie zagarnął w zaufane ręce.

Jednak te kobiety, drobne, już schorowane, bezradne wobec własnej starości, trwają przy swoich gniazdach do końca. Tu przeszło ich życie, tu je też zakończą.

Wpadniemy do Tosi ruszyła żwawo przodem Weronika, trzymając pudełko z tortem Złożymy życzenia.

Co mówisz? Weroniko, popatrz na mnie, przeczytam z ust! szarpnęła ją za rękaw Jadwiga, zażenowana, przestraszona, że Weronika w końcu nie wytrzyma i wybuchnie.

Ale nie, Weronika zatrzymała się, uklękła wręcz przy twarzy przyjaciółki i starannie, wyraziście poruszyła wargami:

Tak, Tosia nas zapraszała Pamiętam! Weronika skinęła głową, nieporozumienie załatwione, można iść dalej.

U Tatiany Fiodorowny biednej, niechodzącej, ale bardzo życzliwej staruszki dziś święto: urodziny córki. Lidia choć już dawno nie jest młoda, pracuje, ciągle w biegu, więc wpada rzadko. Miały świętować w weekend, ale przełożyły. Tatiana się nie gniewa na córkę.

Sama sobie winna jestem mówiła, gdy goście zasiadali wokół skromnie nakrytego stołu. I nawet nie wznoszę palca, żeby coś złego mówić o mojej dziewczynce! Wszyscy to wiedzą, Lidka zawsze po stronie mamy!

Weronika głaskała nerwową dłoń sąsiadki. Drżała ta sucha, drobniutka rączka, którą kiedyś, jeszcze jako dziewczę, Tosia wyrywała chwasty na małym ogródku przy domu bo po wojnie każda marchewka była na wagę złota. Tym samym delikatnym rączkom powierzała potem życie najpierw sadząc warzywa, potem chroniąc córkę. Trudno było wtedy, oj, bardzo. Głód, zimno, matki pracowały w okolicznych szpitalach, a dziewczynki zostawały same co znalazły, to gotowały, co zdobyły, to dzieliły. Matki przynosiły do domu chleb, czasami nawet jakieś masło, chociaż smakowało dziwnie, jakby trocinami… Ale u nich była działka uda im się przecież wyhodować coś dobrego! Nasiona zdobyły cudem od pana Prokopa, byłego agronoma z sąsiedztwa stary już, zgorzkniały, zawsze jednak serce miał dla dziewcząt z stajni. Dużo w nich było życia. Młodość pomagała im przezwyciężać przygnębienie, a w oczach tliła ciekawość świata.

Podejdź tu, Weronko! zawołał pan Prokop, pokazując brudnym palcem. Macie tu dzieci, te nasiona. Posiejcie, będziecie miały przysmak. A ja popilnuję!

Najpierw dziewczyny nie wierzyły, że cokolwiek wyrośnie, ale Prokop nie okłamał. Wyrosły im dwa kapuściane głowy, ogórki puściły się po ziemi żółtymi kwiatami, pod liśćmi ukryły się pierwsze ogóraski. Pietruszka, co prawda, się nie przyjęła. Wypuściła bledziutkie wąsy, ale potem zwiędła.

Ileż on się wtedy naszarpał! Zarżnęłyście plony, do piachu wszystko! krzyczał.

A potem się uspokajał, przynosił suchara, kazał się nie mazgaić.

Jak się to skończy, wojna przeminie, wasze ojce powrócą zrobimy taki sad, że będzie zazdrościła nam cała Warszawa! obiecał.

Ale sam nie doczekał końca wojny. Dziewczyny patrzyły przerażone, jak wynosili z domu jego ciało. Śmierci było wtedy za dużo, a gdy odchodzi ktoś bliski, robi się naprawdę straszno… Ojców nie doczekały, sad stworzyły same…

…Teraz starzejąca się Tatiana siedzi w wózku, Weronika głaszcze ją po ręce, a Jadwiga rozkłada pieczeń i kroi ogórki. Na stole stały kieliszki. Tatiana lubiła żurawinowy likier, do dziś go ceni. Ugości przyjaciółki, wzniosą toast za zdrowie Lidy, za Tosię i jej nogi, które odmówiły posłuszeństwa już pięć lat temu, za łagodną zimę, co nie kąsa starych kości mrozem.

Ruchliwość Tatiana straciła głupio i niefortunnie. Chciała wyjść zimą na spacer, poślizgnęła się, upadła. I choć niby nie mocno się uderzyła, już rano nogi nie działały. Przerażona, oblała się potem, nie miała sił nawet sięgnąć po telefon ani zadzwonić po córkę. Telefon był za daleko. Może gdyby podczołgała się na rękach… Nie miała już tej siły. Z wiekiem Tatiana zaokrągliła się na biodrach, przestała być zgrabną dziewczyną. Lekarze mówili hormony, przepisali tabletki. Ale ona wiedziała, że to zwykła starość. Nie należy oszukiwać rzeczywistości…

Tatiana słyszała, jak Weronika wychodzi na ulicę, karmi gołębie, potem przemykała się pod oknami. Ich mieszkania były tak nisko, że zimą zimno wdzierało się przez podłogę, więc chodziło się po domu prawie w filcowych butach. Przechodniów można było obserwować jak na dłoni.

Patrzcie, Weronika idzie… Do sklepu. smutno uśmiechnęła się Tatiana. Zaraz i Jadzia się wyłoni. Ona to lubi pospać…

Długo nie miała odwagi zawołać o pomoc, leżała, trzęsła się z zimna, bo październik porywisty wywiał resztę ciepła, wyciągnął je przez otwarte okno w maleńkiej kuchni. Tak bardzo chciała jeść, do łazienki…

Zaniepokoiły się same przyjaciółki. To niemożliwe, żeby Tatiana nie włączyła radia czy odtwarzacza przy śniadaniu! Przespała? Wykluczone! Tatiana zawsze wstaje bez budzika, jakby miała wewnętrzny zegar.

Zaczęły pukać: najpierw Weronika z Jadwigą, potem dołączył dozorca. Kalecząc polszczyznę, dopytywał czy pomoc potrzebna, potem orzekł, że kobiety nalegają, żeby wyłamać drzwi.

Słabe, drewniane drzwi ustąpiły pod silnym męskim ramieniem. Do środka, jak kręgle, wtoczył się dozorca, za nim głuchawa Jadwiga, dalej Weronika.

Tosiu! Gdzie jesteś? No szybciej, co się stało! Jadzia krzyczała ze strachu i przejęcia, aż zupełnie ogłuchła. Mówiła, że w głowie przestało jej się kręcić.

Zobaczywszy Tosię leżącą, od razu wszystko pojęły, wyprosiły dozorcę.

Wstyd! Dziewczyny, nie patrzcie na mnie! Idźcie, nie trzeba… lamentowała Tatiana, a zwinne palce Weroniki już zmieniały jej pościel, myły, przebierały. Weronika była przyzwyczajona, pielęgnowała sparaliżowanego męża, który jako konserwator runął z rusztowania. Męża Weronika pochowała osiem lat temu z mieszanymi uczuciami tęsknoty i ulgi:

Bardzo się męczył mówiła przy grobie. Teraz mu lekko, jest wolny. Tam, u góry, będzie znowu zdrowy.

Nikt z przyjaciółek nie rozumiał, dlaczego ten złośliwy facet, Weroniki mąż, miałby pójść do nieba, ale nie zamierzały jej wyprowadzać z błędu, niech ma radość…

Tatianę zabrano do szpitala, zbadano, orzeczenie nie było pocieszające… Przepłakała noc, złorzecząc na siebie i wyznając towarzyszkom z sali, że to Bóg ją tak pokarał.

Ale za co, kochana?! dziwiły się inne pacjentki.

Za co? Miała powód. W wieku 19 lat Tosia urodziła córkę, ukochaną rudą dziewczynkę. Z wielkiej miłości do chłopaka z równoległej klasy. Spotykali się, chodzili na spacery, razem odrabiali lekcje, a potem… no właśnie Wkrótce po maturze Tatiana odkryła, że jest w ciąży. Matka, wściekła, kazała biec do szpitala, może tam coś wymyślą. A tam? Mówili: rodzić, skoro już tak wyszło. Matka Tosi próbowała łapówek, szukała, kto się odważy na dzieciobójstwo, ale nie zdążyła. Tatiana uciekła na wieś do ciotecznej babki. Tam donosiła, urodziła Lidkę, dwa lata pracowała w PGR-ze. Matka ich odwiedzała, do wnuczki oswajała się powoli.

A ojciec? Wszystkiego się wyrzekł. Jemu życie niszczyć? Zamiast studiów i kariery dyplomatycznej? Tatiana i Lidia absolutnie nie na miejscu dla takiej rodziny! Nie wikłajcie szanowanej rodziny w takie ciąże!

W wieku dwóch i pół roku Lidka wróciła z mamą do stołecznego mieszkania. Weronika i Jadwiga były wspaniałymi nianiami. Lidia przechodziła z jednej klatki do drugiej, pilnowana przez trzy pary czujnych oczu babci, Weroniki i wciąż bystrej Jadwigi.

Śmieszne wydawało się i dziwne, że oto Tatiana była tą samą dziewczyną a już matką, już wie, czego inne nie wiedzą i przez to wydaje się być… wyżej w hierarchii. Z czasem zrozumiały: to wciąż ta sama Tosia, tylko bardzo zmęczona.

Tatiana skończyła zaocznie studia, pracowała, wychowywała córkę. Matkę pochowała, gdy Lidia miała dziewięć lat.

I wtedy do drukarni trafia zagraniczna delegacja. A tam… Przystojny Francuz! I nie zatrzymał go żaden Urząd, ani Tosię, choć wzywali na rozmowy, przestrzegali. Ale miłość… potrafi wszystko!

Weronika i Jadwiga aż otwierały ze zdumienia usta, gdy Pierre przyjeżdżał do Tosi z prezentami suknie, lalki, zastawy… Potem zaprosił ją do siebie.

Ma pod Paryżem willę, wszystko, co potrzeba! I pokój dla mnie, i… opowiadała Tatiana, zachwycona.

A Lidia? spytała wprost Weronika.

Zostanie na razie w Polsce, ułożę sobie życie, potem ją sprowadzę, ja… tłumaczyła się panna młoda, choć w głowie grała już orkiestra, marsz weselny zagłuszał zdrowy rozsądek.

Mamo, a gdzie mój bilet? poważnie zapytała po szkole Lidia. W szkole muszę coś powiedzieć, że…

Ty zostajesz, Lidko. Taka podróż jeszcze dla ciebie za ciężka. Wrócę i po ciebie przyjadę. A na razie zamieszkasz z…

Tatiana zadrżała, gdy roztrzaskał się na podłodze prezentowany przez Pierra wazon. Lidia cisnęła go w podłogę, potem poleciały w ścianę talerze i filiżanka…

Później Lidia przyznała się Weronice, że tego dnia jakby umarła w środku. Ktoś wyciągnął powietrze, ścisnął gardło nie da się złapać oddechu. Ręce chwytają powietrze, a płuca kurczą się, aż robi się czarno przed oczami.

Twoja mama wróci. Zobaczysz, nie będzie mogła bez ciebie. A wtedy to ty zdecydujesz, czy jej wybaczysz powiedziała Weronika, gdy minęły pierwsze łzy. Możesz z nią zrobić, co zechcesz. Nie zamierzam jej tłumaczyć ani potępiać. Po prostu… żyliśmy tak długo, zwyczajnie, że łatwo dać się złapać na obietnicę lepszego jutra. To słabość kobiet…

Weronika sama raz się sparzyła na tej słabości. Kiedyś pewna kobieta zaczepiła ją na placu, obiecując karakułową czapkę. Czemuż nie? Przymierzyła, zapłaciła. Dostała w ręce woreczek, kazała iść do domu. W środku były szmaty. O czapce ani śladu… Cóż, chciało się piękna, nie wyszło…

Tatiana wyjechała. Lidia nie odprowadzała jej na peron, nie odpowiadała na listy. O życiu córki dowiadywała się z lakonicznych wiadomości od przyjaciółek.

Wróciła po pół roku zdecydowanie za długo jak dla nastolatki. Lidia nienawidziła jej, nie chciała widzieć, wszystkie prezenty wyrzuciła na śmieci.

Wyszłaś chociaż za mąż? cicho spytała Jadwiga.

Nie pokręciła głową Tatiana. Rodzina Pierra stwierdziła, że synowa z dzieckiem im nie pasuje, kazali mi się pozbyć dziecka tak to nazwali! Wiesz Tatiana ściszyła głos jak to usłyszałam, jak zobaczyłam, że Pierre im przytakuje, splunęłam na ich wypolerowaną podłogę i wyjechałam. Myślisz, że Lidka mi wybaczy?

Jadwiga wzruszyła ramionami, pomilczała, potem odparła:

Może, gdy będzie starsza. Musi się sparzyć, pokochać. Może wtedy coś zrozumie. Choć ci nie usprawiedliwiam, Taniu. To było naiwne i okrutne, wybacz, że tak mówię.

Weronika i Jadwiga miały już wtedy własnych mężów, synów. Nie wyobrażały sobie wyjechać od rodziny choćby na dzień…

Za ten grzech, uważała Tatiana, Bóg ją ukarał. I za to teraz połowa ciała nie działa.

Lidia wynajęła matce opiekunkę, lecz tamta była oschła, bez serca. Tatiana nie protestowała, bo sama nie mogła się obejść. Któregoś dnia opiekunka zalała ją wrzątkiem zamiast letniej wody. Tatiana zaczęła krzyczeć, płakać. Skóra pokryła się pęcherzami, a kobieta uciekła przerażona. Tatiana leżała naga, poparzona, cierpiała.

Ściany między mieszkaniami cienkie, wszystko słychać. Na jej krzyk wpadła Weronika. Weronika i Jadwiga miały klucze do mieszkania Tatiany. Uratowały ją, wyleczyły. I Weronika została opiekunką Tosi.

Nie, nie mogę! To wstyd! protestowała Tatiana. Przynajmniej ci zapłacę!

Słuchaj! warknęła Weronika. Wydaj te pieniądze lepiej na rozum! Dziwnaś się, Taniu!

Czego się wstydzić? Razem chodziły do łaźni, do kolejki w przychodni, znały się na wylot. Pomagały sobie od dziecka, przetrwały bombardowania. Po takim życiu brać pieniądze od przyjaciółki?…

Rozdział zamknięty. Weronika opiekowała się Tosią, potem prowadziła na spacer Jadwigę. Jadwiga mogłaby iść pod samochód, bo ze słuchem sobie nie radziła. Odkąd go traciła, była jak zagubiona, wyglądała na ulicy jak sowa. Weronika brała ją pod rękę i maszerowały przez Powiśle, czasami na bulwary, czasami na ciche skwerki, patrzyły na dzieci, wspominały jak same były młode, a ich synowie zdzierali spodnie na lipach. Środek miasta pełen był lip. Gdy kwitły, pachniało tak, że kręciło się w głowie. Jadwiga lubiła zaparzać kwiaty lipy, znała na to sposoby. Miały z Weroniką i Tosią nawet własny dzień herbaty lipowej. Spotykały się zawsze u Jadwigi, siadały w mikroskopijnej kuchni przy okrągłym stole, rozkładały cienką porcelanę. Przynosiły coś pysznego i nietuzinkowego. Stosy książek, nowe przepisy, a chłopcy-łobuziaki wszystko psuli i w miejsce wymyślnej potrawy wychodziło polskie proste jedzenie, ale pyszne.

Jadły, piły herbatę, patrząc na ogród pod oknem, na drżące lipy. Kwiaty kręciły się jak baletnice, pachniały cudownie. I toczyły się rozmowy Tosia o Paryżu, Weronika o artystach z muzeum, Jadwiga, pracująca w Zakładach Gumowych, milczała więcej, bo słuch już szwankował i bała się przyjaciółki domyślą się.

Podczas wojny dostała się pod bombardowanie. Pocisk wybuchł tak blisko, że o mało nie doszło do wstrząsu. Uszy bolały długo, jakby głowa była dmuchana od środka i miała pęknąć. Leżała na podłodze, ściskała głowę dwoma rękami. Matki nie było, sama musiała ratować głowę… I tak powoli traciła słuch. Coraz bardziej z wiekiem.

Już na fabryce Jadwiga poznała przyszłego męża, starszego o dwanaście lat.

Po co ci taki facet jak ja? mówił, kryjąc poparzoną twarz. Znajdziesz sobie innego, a ja tego nie przeżyję!

Ożenili się. Jadwiga była bardzo pruderyjna. Pierwszą noc mąż całą noc pilnował, czy nie śni wyczuwał każdy jej oddech, słuchał, jak stukają zegary, jak po dachu bębni deszcz, jak pod deskami skrzeczy mysz.

Jadwiga była jedyną miłością Iwana. Zabrało go niebo wcześnie, miał dopiero 55 lat. Położył się spać i rano już nie wstał. Odszedł cicho. Jadwiga pochylała się nad nim, łzy kapały mu na policzki, a ona je ścierała, bała się, że poparzą, zasolą oczy…

Syn, Egon, sprowadził sąsiadki, odprowadziły Jadwigę, dzieciak został z nimi. Wspólnie opłakiwały, a Lidia była świadkiem tej tragedii i po raz pierwszy poczuła jak bardzo kocha matkę. Zaczęła, powoli, od nowa zbliżać się do Tosi.

… Mąż Weroniki nie przypadł żadnej z przyjaciółek do gustu. Miał, jak mówiła Tatiana, miękkie słowo, twarde serce. Obliczał, liczył, planował, obiecywał, a niewiele robił. Trzeba kupić firanki trzeba, ale później, bo zbieramy na lodówkę. Odbiór lodówki za drogie wniesienie, nie, nie stać nas, marzenia trzeba porzucić.

Weronika czeka, miejsce przygotowane, gniazdko działa Andrzej wraca roztrząśnięty i zły, wali pięścią w stół: Nie pozwolę na to Wiem wszystko Nie zgadzam się!

Po co za niego wyszłaś? spytała cicho Jadwiga, gdy mąż znów coś zabronił.

Bałam się, że nikt inny mnie nie pokocha. Wy z Tatianą jesteście piękne, a ja mysza Dla kogo ja jestem? łkała Weronika, mądra, miła i ujmująca, chociaż bardzo nieśmiała.

Rozwiedź się! radziły jednym głosem przyjaciółki. Ile możesz tak żyć?!

Nie mogę. Mamy syna. Nie wolno burzyć rodziny tylko dlatego, że zawiodłam się na mężczyźnie. Michał lubi ojca, dogadują się! On mnie by nie zrozumiał. Nie Nie, dziewczyny

Jadwiga i Tatiana stukały się w czoło, narzekały i próbowały przemówić Andrzejowi do rozsądku, ale potem Weronika jakby rozkwitła. Uśmiechała się, chodziła po ulicy jakby płynęła łódeczką.

Co się z tobą dzieje? spytała surowo Jadwiga. Jak można się cieszyć z takim mężem?!

Rozpromieniona Weronika machnęła ręką i po chwili przyznała:

Zakochałam się. Dba o mnie jeden bardzo dobry człowiek. Teraz wiem, co to znaczy męskie ramię

Zapłakała, a Jadwiga tylko pokręciła głową. Ze swoimi zasadami Weronika i tak się nie rozwiedzie, będzie cierpieć i jego męczyć…

Ten romans trwał bardzo długo. Skończył się, gdy Michał był już dorosły, a ojciec, Andrzej, dostał udaru. Stało się to w pracy upadł z rusztowań Już nie doszedł do siebie. Weronika została opiekunką, oskarżała się o wszystko, przepraszała, a on tylko mamrotał pod nosem.

Gdy umarł, ten drugi, ukochany Weroniki zaproponował ślub, ale ona odmówiła.

Michał nie zrozumie. To byłoby jak zdrada. Już wystarczająco skrzywdziłam Andrzeja.

Mężczyzna na zawsze wyjechał z Warszawy. Nie podał dokąd. Nie pisał, nie dzwonił. Nie udało mu się wyciągnąć Weroniki z kokonu żalu, a szkoda to był naprawdę dobry człowiek. To on zresztą załatwił Weronice wymarzoną lodówkę, meble, Michałowi zdobył rzeczy przez własne kanały. Nigdy jednak nie został głową rodziny. Szkoda…

Mijały lata, sąsiadki się starzały, dom także, półkoliście otulał dziedziniec z wyniosłymi lipami. W szkole artystycznej dorastały talenty, muzycy i artyści, których pierwsze koncerty oklaskiwały trzy staruszki na widowni.

Tatiana w wózku, pod ciepłym kocem, w aksamitnej sukni z białym koronkowym kołnierzykiem, Weronika prosta, elegancka w brązowej sukni z perełkowym paskiem i lakierkach, a Jadwiga bardziej dla towarzystwa, nie słysząc już prawie nic, ale chłonąc młodość na scenie skromnie: kostium szary lub czarny, buty żegnaj młodości, na ręce poprzecieraną torebkę, a na twarzy wyraz takiej pogody, że uznawano ją za tajemniczą pianistkę.

Wszystkie miały koronkowe rękawiczki ukłon do paryskiej przeszłości Tatiany…

Nie powinieneś się tak obwiniać, Taniu! krojąc tort, powiedziała Weronika. Lidia dawno dorosła, jest matką, żoną. Zna, co to miłość. Pierra może nienawidzi, i słusznie, ale ciebie kocha.

Tak, tak! potakiwała Jadwiga. Młodość jest nieczuła, bezkompromisowa. Ale potem wszystko się zmienia, pojawiają się odcienie i półcienie. Lidia wtedy nie rozumiała, cierpiała. Ale Pierre twój, rzeczywiście…

Postawiły jeszcze samowar. Nie ten z szyszkami, leśnym aromatem, lecz elektryczny, lśniący, pękaty, to swoisty skarb, dziedzictwo trzeci już na tym stole, a bez niego jakoś milej, domowo. Odbijały się w nim już matki, których dzieci teraz same są starsze.

Za oknem deszcz bębnił w zwiędłe liście. Zaraz przyjdą pierwsze przymrozki, zmarzną nagietki przy domu, zawiną się liście jak rulony. Czuć już jesień, choć póki co jeszcze ciepła.

Na dziedziniec, z szumem kół po mokrym asfalcie, wjechało auto. Zamigotały światła, zgasły. Ktoś szybko stukał obcasami po ścieżce, podszedł do drzwi. Tatiana zamarła, nadstawiła ucha.

Zadzwonił dzwonek. Weronika otworzyła i wpuściła Lidkę, pocałowała ją, skinęła w stronę kuchni.

Czeka. Martwi się. Idź, dziecko, idź! Sto lat, kochana!

Lidia niosła mamie ulubione dalie, ciemnofioletowe z żółtymi środkami. Za ogromnym bukietem nie było widać solenizantki, ta płakała. Siedziała, płakała, bo nie wierzy, że już dawno jej wybaczono. Może sama sobie nie wybaczy… ale też się cieszy. Dziś urodziła się jej córeczka, ruda jak lisek, maleństwo w różowym kocyku. To wielkie szczęście!

Jeśli dziś zajrzycie przez okno parterowego, półkolistego domku za głównym budynkiem dawnej willi huzara, ujrzycie trzy urocze staruszki. Śmieją się, popijają herbatę, wspominają dawny czas, czekają, czekają… Na dzieci, wnuki, prawnuki wszystkich, którzy wypełniają ich życie. Zaraz odejdą, rozproszą się w niebycie trzeba jeszcze zdążyć przytulić najbliższych. To jest bezcenne.

Oceń artykuł
TwojaCena
Trzy nici. Trzy przeznaczenia