Trzy nici. Trzy przeznaczenia

Trzy nici. Trzy losy

Co ona powiedziała? Weroniko, nie dosłyszałem, co? Zofia Wiktorowna pochyliła się lekko, zwracając się do swojej przyjaciółki, Weroniki Pawłowny, idącej obok.

Weronika zaczęła tłumaczyć, o czym rozmawiały właśnie mijające je matka i około siedmioletnia dziewczynka.

Coś o jakimś łobuzie w szkole, a ona mu zwróciła uwagę

Weronika mówiła głośno, niemal na całą ulicę. Zofia słuchała jej uważnie, nie przerywała, a potem, oglądając się za siebie, odszukała wzrokiem tamtą dziewczynkę i skinęła jej na pożegnanie głową.

Ładna, schludna dziewczynka. Tylko strasznie przemądrzała! stwierdziła w końcu.

Dlaczego? zdziwiła się Zofia, łapiąc pod ramię przyjaciółkę i pociągając ją do przodu, bo światło na przejściu już dawno się zmieniło, a samochody stały grzecznie w rzędzie, czekając, aż dwie starsze panie przejdą przez ulicę.

Co powiedziałaś? Nie słyszę, Zośka zapytała Weronika, rozglądając się nerwowo, po czym, przytulając do siebie torebkę, drobnymi kroczkami ruszyła na chodnik.

Pytam, czemu przemądrzała? powtórzyła głośno Zofia.

Aaa Bo tak.

Czasem Zofia nie lubi tłumaczyć swoich myśli, trochę jej się nie chce, czasem uważa, że to przecież oczywiste.

Dziewczynka wzięła na siebie powinność poprawiania lenia i łobuza? Poucza go i wychowuje? O, nie Tak się tego nie załatwia. Tak to nie działa!

Zofia kręci głową do własnych myśli, a Weronika wzdycha. Bywa, że przyjaciółka jest po prostu nie do zniesienia w swoim tajemniczym milczeniu, ale bez Zofii ten świat, taki zmieniony, dziwnie hałaśliwy i jaskrawy, byłby nieznośnie trudny.

Zofia Wiktorowna i Weronika Pawłowna to sąsiadki. Każda z nich ma nietypowe mieszkanie z własnym wejściem wprost na dwór bez schodów i windy. Kobiety mieszkają w jednym z budynków dawnej willi, która niegdyś należała do szalonego ułana, potem przeszła w ręce znanego działacza kultury, a on, po konsultacji z żoną, założył w głównym budynku gimnazjum, a oficyny i przybudówki oddał pod pracownie artystyczne. Dalsza historia zmieniała życie spokojnych, dworskich sal, aż w końcu parterowe, półokrągłe domy, dawne stajnie, przerobiono na mieszkania. Większość lokatorów wyjechała do większych, nowocześniejszych bloków, ale Weronika, Zofia i jeszcze jedna ich przyjaciółka, Tatiana, trzymają się swoich ścian, nie dając się skusić oferowanym pieniędzmi, zamianą mieszkań czy pomocą w przeprowadzce.

Różne firmy, agencje, prywatni przedsiębiorcy wszyscy chcieliby ten fragment Warszawy, bo to świetna lokalizacja, na historycznym Śródmieściu. Do kościoła św. Aleksandra rzut beretem, a nawet Pałac Kultury blisko, jego wierzchołek widać z lewej strony! Wprawdzie główny budynek zajmuje szkoła plastyczna, ale są jeszcze oficynki, pawilony, małe domki, ciągle nieprzejęte przez nikogo.

Ale te kobiety, już kruche, bezbronne w swojej starości, trwają przy swoich norkach. Tu przeżyły całe życie, tu chcą je zakończyć.

Zajrzemy do Tani oznajmia zdecydowanie Weronika, niosąc w ręku pudełko z tortem. Trzeba złożyć życzenia.

Co mówiłaś? Nie mogę zrozumieć. Weroniko, popatrz na mnie, przeczytam z ruchu ust! szarpie przyjaciółkę za rękaw Zofia, niepewnie i trochę zawstydzona, bojąc się, że Weronika wreszcie wybuchnie, nakrzyczy i odejdzie. Przecież niedosłuch irytuje każdego, Weronika nie ze stali

Ale Weronika zatrzymuje się spokojnie, pochyla do twarzy Zofii i wyraźnie powtarza słowa, poruszając ustami.

No tak, Tania zapraszała Pamiętam! kiwa głową Zofia. Konflikt załatwiony, można iść dalej.

U Tatiany Fiodorowny, biednej, unieruchomionej staruszki, dziś święto urodziny córki. Lidia już nie taka młoda, haruje gdzieś w firmie, rzadko wpada. Umówiły się na świętowanie w weekend, potem przełożyły. Ale Tania nie ma do córki żalu.

Sama jestem sobie winna mówi, gdy wreszcie goście siadają przy skromnym, odświętnie nakrytym stole. I nie mówcie niczego złego o mojej dziewczynie! podnosi palec, ale nikt by o Lidii złego słowa nie powiedział.

Weronika głaszcze dłoń wzruszonej sąsiadki. Ta drży, chuda i wiotka ręka, którą jako dziecko Tania wyrywała chwasty na ogródku pod koniec wojny. Tą samą ręką dzierżyła wtedy ciężką łopatę, kopała gliniastą ziemię, a potem delikatnie, jakby głaskała pisklę, sypała nasiona w bruzdy. Było wtedy ciężko, głodno, byle jak. Matki trzech dziewczynek pracowały w szpitalach, dzieci siedziały same. Co znalazły, to zjadły. Co zdołały, to ugotowały. Mamy przynosiły z pracy chleb, czasem i margarynę, o smaku dziwnym, trocinowym. Nie narzekały, wiedziały, że tak jest wszędzie, tak musi być Ale miały ogród! Wyhodujemy same coś smacznego powtarzały.

Nasiona zdobyły cudem od starego agronoma, pana Prokopa, który mieszkał w sąsiednim domu. Pan Prokop, dawny ogrodnik z Kresów, mieszkał w zatłoczonej kamienicy, zaciągał strasznie paląc papierosa, ale dziewczynki z „stajni” bardzo lubił. Były takie żywe, szczere. Ich młodość odganiała smutek.

Podejdź no tu, Weroniko kiwnął palcem. To dla was, dziewuszki, nasionka. Posadźcie, będzie smacznie. Ja podpowiem!

Z początku nie wierzyły, że coś wyrośnie, ale pan Prokop nie okłamał. Urosły dwie główki kapusty, ogórki wiły się po ziemi, kwitły żółtymi kwiatkami, pietruszka nie bardzo chciała rosnąć. Wyrosła trochę, potem zwiędła.

Och, jak Prokop się wtedy złościł! „Zniszczyłyście plon, wszystko na marne!”

Potem im wybaczył, przyniósł suchara i kazał wytrzeć nosy.

Skończy się wojna, wrócą wasi tatusiowie, zrobimy taki ogród, że wszyscy będą wam zazdrościć! obiecał.

Sam nie doczekał końca wojny. Weronika, Zofia i Tatiana ze ściśniętym sercem patrzyły, jak go wynoszą, jak wywożą na cmentarz. Wtedy śmierci było blisko zbyt dużo Ale odejście kogoś bliskiego boli strasznie. No i tatusiowie nie wrócili, ogród zakładały same…

Dzisiaj stara Tatiana siedzi na wózku, Weronika głaszcze jej dłoń, a Zofia kroi pieczeń i ogórki. Na stole kieliszki. Tania uwielbia żurawinową nalewkę, to będzie część świętowania wypiją za zdrowie Lidki, za nogi Tani, które odmówiły posłuszeństwa pięć lat temu, za łagodną zimę, co by nie dręczyła starych kości.

Tania straciła sprawność przez przypadek, głupio i boleśnie. Poślizgnęła się zimą pod domem, upadła. Nic nie zapowiadało dramatu plecy bolały ledwie trochę, ale rano nogi nie ruszały się wcale. Tatiana była przerażona, zlana zimnym potem, nie mogła sięgnąć po telefon, by zadzwonić na pogotowie albo do córki. Telefon stał za daleko. Może, gdyby zsunęła się z łóżka i na rękach doczołgała do szafki… Nie dała rady. Z wiekiem Tania rozrosła się w biodrach, osłabła. Lekarze mówili hormony, kazali łykać tabletki. Ona jednak wiedziała, że to po prostu starość. Nie trzeba udawać.

Słyszała, jak Weronika wychodzi na dwór, karmi oswojone gołębie, poi je okruchami. Potem jej sylwetka mignęła za oknem mieszkańcy tych podwórek mieszkają nisko, niemal na gruncie. Podłogi zimą są lodowate, chodzi się po domu w filcowych kapciach. Wszystko pod oknami widać jak w telewizorze.

O, jest Weronika Do sklepu poszła pomyślała ponuro Tania. Niedługo i Zofka wylezie. Ta to lubi późno spać

Tania długo nie wołała pomocy, leżała i marzła, bo październik zabrał całe ciepło z mieszkania, wywiał przez uchyloną kuchenną lufcik. Była głodna i musiała do łazienki

Przyjaciółki same się zaczęły niepokoić. Przecież to dziwne, żeby sąsiadka Tanya rano nie włączyła radia ani płyty do śniadania! Zaspała? Wykluczone! Zawsze budziła się przed budzikiem, u niej w środku jakby zegar tykał!

Zaczęły do niej pukać, najpierw Weronika z Zofią, potem dozorca. Ten jąkał się i pytał, czy nie trzeba pomóc, a potem powiedział, że kobiety nalegają, żeby wyważył drzwi.

Drzwi poddały się mocnym uderzeniom męskiego ramienia. Do mieszkania wpadł dozorca, za nim głuchawa Zofia, dalej Weronika.

Tania! Gdzie jesteś?! Mów, bo się martwimy! wołała Zofia Wiktorowna, cała w nerwach. Od strachu i emocji niczego nie słyszała, w głowie jej się wszystko mąciło.

Zobaczyły Tanię leżącą od razu wszystko zrozumiały, wyprosiły dozorcę.

Wstyd mi! Dziewczyny, nie patrzcie na mnie! Idźcie, nie płakała Tatiana, a sprawne ręce Weroniki zmieniały pościel, myły, ubierały. Weronika była wprawiona kiedyś opiekowała się sparaliżowanym mężem, konserwatorem po upadku z rusztowania. Męża Weronika pochowała osiem lat temu, z mieszanym uczuciem smutku i ulgi.

Bardzo cierpiał mówiła nad jego grobem. Teraz ma spokój. Tam, wskazywała niebo, tam jest znowu zdrowy.

Czemu taki zgryźliwy człowiek, mąż Weroniki, miałby trafić do nieba, nie rozumiały, ale nie chciały odbierać jej pocieszenia

Tatianę zabrano do szpitala. Diagnoza nie dawała nadziei Całą noc płakała, przekonana, że to kara od Boga.

Za co On cię tak ukarał? dziwiły się współlokatorki.

Oj, było za co. W wieku dziewiętnastu lat Tatiana urodziła córkę, rudą, uroczą dziewczynkę. Z wielkiej miłości do chłopaka z równoległej klasy. Chodzili razem, odrabiali lekcje, aż wydarzyło się coś, o czym Tania wstydziła się kiedyś opowiedzieć Weronice i Zofii. Po maturze Tania zrozumiała, że jest w ciąży. Matka zbiła ją ręcznikiem, kazała biec do szpitala, może coś poradzą. Co tam mogli poradzić? Rodzić, jak już tak wyszło. Matka próbowała załatwić fachowca od aborcji, ale nie zdążyła. Tania uciekła na wieś do ciotki. Tam donosiła ciążę, urodziła Lidię, dwa lata żyła i pracowała w PGR-ze. Matka odwiedzała je, powoli przyzwyczajała się do wnuczki.

A ojciec? Po prostu się wycofał. Przecież nie będzie sobie życia rujnował studia, kariera, może ambasada Tania z Lidią były nie na miejscu! Przykro mi, ale nie mieszajcie szanowanej rodziny w ciążowe historie

Gdy Lidia miała dwa i pół roku, matka przywiozła ją z Tanią z powrotem do Warszawy. Weronika i Zofia były świetnymi nianiami. Lidia przechodziła z jednego mieszkania do drugiego, a nad nią czuwały trzy pary oczu babcine, Weronikowe (wtedy bystre) i Zofii, przełagodnej.

Dziwne było, że Tania, co sama kiedyś była zwyczajną dziewczyną, jest teraz matką. Czy to daje jej wyższy status? Ale zaraz zrozumiały nie, Tania pozostała sobą, tylko wiecznie zmęczona.

Tatiana skończyła studia zaoczne, pracowała, wychowywała Lidię. Mamę pochowała, gdy Lidia miała dziewięć lat.

A potem, do ich drukarni przyjechała zagraniczna delegacja. Był tam… przystojny Francuz. Ani Wydział, ani Tania, choć była przesłuchiwana i ostrzegana, nie zatrzymali tej miłości. A miłość to siła ogromna!

Weronika i Zofia robiły wielkie oczy, gdy Pierre przywoził Tani prezenty ciuchy, lalki dla córki, naczynia… Potem zaprosił ją do siebie.

Wyobraźcie sobie, ma willę pod Paryżem! Wszystko tam jest! opowiadała zachłyśnięta Tatiana.

A Lidia? od razu spytała Weronika.

Na razie zostanie w Polsce, ja ją później zabiorę, jak się tam urządzę tłumaczyła się narzeczona. W głowie jej grał marsz weselny, wszystko było ważne, tylko nie to, co mówią przyjaciółki.

Mamo, a gdzie mój bilet? spytała poważnie Lidia po powrocie ze szkoły. Muszę powiedzieć wychowawcy, że…

Zostajesz, Lidko. Teraz to dla ciebie za duży wysiłek. Później po ciebie wrócę…

Tatiana zadrżała od dźwięku tłuczonego wazonu prezent od Pierra. Lidia rzuciła nim o podłogę z całej siły. Potem poleciały talerze i filiżanki

Lidia później mówiła cioci Weronice, że w tym dniu ktoś ją jakby zabił, odebrał powietrze, ścisnął gardło, nie dał oddychać. Ręce chwytały pustkę, a czarne plamy pojawiały się przed oczami.

Twoja mama wróci. Zobaczysz, nie da rady bez ciebie. Wtedy zdecydujesz, czy jej wybaczysz, powiedziała Weronika, kiedy opadły pierwsze łzy. Zrobisz, jak chcesz, nie będę tłumaczyć ani potępiać twojej mamy. My, kobiety, często się łapiemy na obietnicę pięknego życia, takie już mamy słabości

Weronika sama kiedyś się na to złapała. Jakaś kobieta na ulicy obiecała jej sprzedać piękne karakułowe futerko. Przymierzyła, zapłaciła. Wraca do domu, w torbie stare szmaty, a futra nie ma Też chciała mieć coś ładnego, ale nie wyszło…

Tatiana wyjechała. Lidia nie żegnała jej na dworcu, nie odpisywała na listy. O córce Tatiana dowiadywała się od przyjaciółek.

Wróciła po pół roku to wieczność dla nastolatki. Lidia ją znienawidziła, a wszystkie prezenty wyrzuciła do śmieci.

No, ale wyszłaś chociaż za mąż? spytała cicho Zofia.

Nie pokręciła głową Tatiana. Rodzina Pierra uznała, że kobieta z dzieckiem nie pasuje, kazała mi się dziecka pozbyć. Gdy zrozumiałam, że Pierre się z nimi zgadza, splunęłam na ich błyszczącą podłogę i wróciłam. Czy Lidia mi wybaczy?

Zofia wzruszyła ramionami, po chwili odpowiedziała:

Później, gdy dorośnie, może zakocha się, zrozumie. Ja ciebie, Tatiano, nie usprawiedliwiam to było głupie i okrutne. Wybacz szczerość.

Wtedy już Weronika i Zofia były zamężne, miały synów. Nie wyobrażały sobie opuszczenia domu nawet na dzień.

Za ten grzech Tatiana uważała swoją karę. Za to połowa jej ciała nie działała.

Lidia wynajęła matce opiekunkę. Ta jednak była surowa, wszystko robiła „na odwal”. Tania milczała, bo nie dałaby sobie rady bez pomocy. Raz opiekunka oblała ją wrzątkiem zamiast wodą. Tania krzyknęła, zapłakała. Skóra spuchła, paliła jak ogień, a tamta, przerażona, uciekła. Tania została sama w łazience, naga, z poparzoną skórą i bólem.

Ściany między mieszkaniami są cienkie wszystko słychać. Na krzyk pobiegła Weronika. Już wtedy ona z Zofią miały zapasowe klucze. Uratowały, opatrzyły. Weronika została pomocnicą Tani.

Nie mogę, wstyd mi, pozwól, że ci zapłacę! protestowała Tania.

Lepiej te pieniądze wydaj na leczenie głowy! syknęła Weronika. Dziwniejesz na starość!

Czego tu się wstydzić?! Chodziły razem do łaźni, razem stały w kolejkach do przychodni, przecież przez lata znały każdą siebie. Po tym wszystkim mają brać od siebie pieniądze?

Kwestia pieniędzy została zamknięta. Weronika opiekowała się Tatianą, potem prowadzała na spacer Zofię. Ta mogła wpaść pod samochód z utratą słuchu stała się nieuważna, trochę jak sowa. Weronika brała ją pod rękę i razem chodziły na Powiśle, trzymały się centralnych uliczek, chętnie zaglądały w zaciszne podwórka, patrzyły na dzieci bawiące się pod blokami, wspominały, jak kiedyś były młode, a ich synowie szaleli do późna na lipach. Wszędzie tu rosną lipy. Gdy kwitną, zapach oszałamia. Zofia szczególnie lubiła zbierać kwiat lipy, wiedziała jak go przechowywać i parzyć. Miały nawet swój dzień „herbatki lipowej” w małej kuchni, przy okrągłym stole, z cienkimi filiżankami i czymś wyjątkowym do zjedzenia. Testowały przepisy z książek kucharskich, dopóki synowie nie popsuli zamysłu i z włoskiej potrawy robiło się coś swojskiego, ale równie smacznego.

Jadły, piły herbatę, patrząc z okna na ogród, na drżące na wietrze kwiaty lipy. Tania opowiadała o Paryżu, Weronika o artystach z muzeum, gdzie pracowała jako historyk sztuki, a Zofia, zatrudniona w fabryce gumy, była raczej cicha. Już wtedy pogłębiała się utrata słuchu, bała się, że przyjaciółki się domyślą.

Jeszcze podczas wojny omal nie została ogłuszona przez wybuch. Uszy bolały długo, głowa jakby miała eksplodować, dziewczyna leżała na podłodze, ściskając ją rękami, by zapobiec katastrofie. Z czasem słuch zaczął przygasać coraz bardziej.

W pracy poznała przyszłego męża. Starszy od niej o dwanaście lat.

Po co ci taki jak ja? pytał, chowając bliznę na twarzy. Znajdziesz kiedyś młodszego, ładniejszego, a ja nie zniosę rozstania…

Pobrali się, a w pierwszą noc Zofia była bardzo wstydliwa Ivan cały czas sprawdzał, czy jest obok, czy to nie sen, słuchał bicia jej serca, stukotu zegarka, stukotu odgłosów deszczu, jej oddechu. Usnął dopiero rano, gdy Zofia już szykowała śniadanie. Teraz to ona patrzyła na niego nie przeszkadzała jej blizna, siwizna dodała mu tylko powagi, a oczy pozostały wesołe.

Ivan był jej jedyną miłością. Niebo zabrało go wcześnie, miał 55 lat. Wieczorem położył się spać, a rano już nie obudził. Odszedł cicho. Zofia stała nad nim, łzy padały na jego policzek, a ona ciągle je ścierała.

Syn Jerzy zawołał sąsiadki, te wzięły Zofię do siebie, opłakiwały razem stratę, a Lidia, zdruzgotana bliskością prawdziwego nieszczęścia, po raz pierwszy poczuła, jak bardzo kocha matkę. Zaczęła wybaczać, powoli, stopniowo wracała do swojej Tani, niedoszłej paryżanki…

Mąż Weroniki nie podobał się żadnej z przyjaciółek. Był, jak mówiła Tania, gładki w słowie, twardy w czynach kalkulował, obiecywał, niewiele robił. Trzeba by kupić zasłony? Pozbieramy później, teraz zbieramy na lodówkę. Potem, jak przyszło do jej zakupu, narzekał na ceny przewoźników. Uciekał od wydatków.

Weronika już w domu czekała, miejsce na lodówkę przygotowane… Andrzej wracał zły, krzyczał, tupał, powtarzał, że on nie pozwoli, on wie lepiej

Czemu wyszłaś za niego? spytała cicho Zofia, gdy po raz kolejny jej mąż paraliżował jej plany.

Bałam się, że już nikt na mnie nie spojrzy. Wy z Tatianą ładne, a ja myszka Kto mnie zechce? płakała z bezsilności Weronika, ta serdeczna, skromna.

Rozwiedź się! krzyczały przyjaciółki. Ile można znosić?

Nie mogę. Mamy syna. Nie można burzyć rodziny tylko dlatego, że się rozczarowałam mężczyzną. Michał lubi ojca, dobrze się dogadują. Nie zrozumie mnie Nie, nie

A Zofia i Tatiana przewracały oczami, wściekały się na Andrzeja, szukały sposobu… Aż pewnego dnia Weronika jakby odżyła. Rozpromieniona, uśmiechnięta, szła ulicą lekka jak łódka na Wiśle.

Co się dzieje? spytała surowo Zofia. Czemu się uśmiechasz z takim mężem?!

Zarumieniona Weronika początkowo machnęła ręką, potem przyznała cicho:

Zakochałam się. Stara się o mnie bardzo porządny człowiek. Teraz wiem, co znaczy mieć oparcie…

Rozpłakała się, a Zofia tylko pokręciła głową. Ze swoimi zasadami Weronika i tak się nie rozwiedzie, będzie się męczyć sama i męczyć kochanka.

Ten romans trwał długo aż Michał kończył liceum, kiedy Andrzej po udarze stał się osobą leżącą. Dopadło go to w pracy. Nigdy już nie wstał. Weronika została opiekunką, obwiniała się, prosiła o wybaczenie, a on potrafił tylko pomrukiwać.

Kiedy odszedł, kochanek chciał się z nią ożenić, ale ona odmówiła.

Michał tego nie zrozumie. To jak zdrada. I tak się czuję winna wobec Andrzeja.

Tamten mężczyzna wyjechał z Warszawy, nie napisał więcej. Nie udało mu się wyciągnąć Weroniki z jej kokonu winy i żalu. Szkoda był dobry. To on załatwił jej lodówkę, meble i rzeczy dla Michała Ale gospodarzem domu nigdy nie został.

Lata mijały, sąsiadki się starzały, dom także. W szkole plastycznej dorastały nowe talenty, a staruszki chodziły na koncerty uczniów, słuchały młodych muzyków.

Tatiana w wózku, w aksamitnej sukience, z białym koronkowym kołnierzykiem, Weronika wyprostowana, elegancka w czekoladowej sukience z koralikowym pasem, Zofia, raczej dla towarzystwa, mało słysząca, ale podziwiająca rozkwit młodości, ubrana najskromniej: szary kostium, wygodne buty, wysłużona torebka, a na obliczu taki spokój, że brano ją za inkognito znaną pianistkę.

Każda z nich w koronkowych rękawiczkach pamiątka po paryskim epizodzie Tatiany.

… Nie obwiniaj się już, Tania! krojąc tort, powiedziała Weronika. Lidia jest dorosła, od dawna matka i żona. Poznała, czym jest miłość. Pierra może i nienawidzi słusznie! ale ciebie kocha.

Tak! przytakuje Zofia. Młodość jest okrutna, zero kompromisów. Z czasem pojawiają się odcienie. Lidia bardzo przeżywała, nie rozumiała, a potem dorosła i mogła wybaczyć. Pierre jednak był no cóż, oszustem.

Jeszcze raz postawiły samowar. Owszem, elektryczny, bez zapachu szyszek i lasu, ale piękny, pękaty, w kąciku stołu. Przy nim było cieplej, milej. Odbijał twarze matek, które już od dawna nie są młode. On był ich dziedzictwem.

Za oknem znowu szurał po liściach deszcz. Wkrótce pierwsze przymrozki, dalie przy domu poczernieją, liście nagietków zwiną się w ruloniki. Jesienią już pachniało.

Na podwórko wjechał samochód, koła ślizgały się po mokrym bruku. Ktoś stukał obcasami, podszedł do drzwi. Tatiana zamarła.

Rozległ się dzwonek. Weronika otworzyła, wpuściła Lidię, ucałowała ją i wskazała kuchnię.

Czeka na ciebie, martwi się. Idź, kochanie! Wszystkiego najlepszego, kozo moja!

Lidia przyniosła ukochane dalie mamy, ciemnofioletowe z żółtymi środkami. Za tym ogromnym bukietem nie było widać solenizantki płakała. Siedziała i płakała, bo nadal nie mogła uwierzyć, że już dawno jej wybaczono Albo nie mogła wybaczyć sobie A jeszcze się cieszyła dziś urodziła jej się córka, mała, ruda dziewczynka, niczym kociak w różowym kocyku. To szczęście!

Jeśli dziś zajrzycie w okno tego parterowego półokrągłego domku za głównym budynkiem dawnej willi ułana, zobaczycie trzy urocze staruszki. Śmieją się, piją herbatę, wspominają przeszłość i czekają Na dzieci, wnuki, prawnuki wszystkich, którzy nadają ich życiu sens. Niedługo ich zabraknie, roztopią się w niebycie, dlatego trzeba zdążyć być z bliskimi, uścisnąć ich. To bezcenne.

Często myślę, patrząc na swoje życie i losy przyjaciółek, że najważniejsze to być dla siebie nawzajem, nie bać się bliskości ani darować sobie i innym. Bo wszystko, co mamy, to ludzie obok nas; reszta przeminie, jak słowa, których czasem nie dosłyszymy.

Oceń artykuł
TwojaCena
Trzy nici. Trzy przeznaczenia