Moja szwagierka spędzała wakacje w kurorcie, kiedy my remontowaliśmy dom, a teraz oczekuje komfortow…

Dziś znów wracam myślami do sprawy, która ciągnie się za nami od miesięcy tej nieszczęsnej, wspólnej rodzinnej nieruchomości. Czasami zastanawiam się, jakby to było, gdybyśmy z Igorem nie zdecydowali się remontować starego domu po babci, tylko wzięli kredyt i kupili coś własnego od nowa, bez tego całego bagażu rodzinnych problemów.

Kiedyś, zaraz po ślubie, zaproponowałam Karolinie, mojej szwagierce, żebyśmy wspólnie złożyły się na remont domu. Z miejsca odmówiła nie była zainteresowana, nie chce jej się pakować pieniędzy w ten barak. W tamtym czasie remontowaliśmy z Igorem dach i wzmacnialiśmy fundamenty, robiliśmy to za własne oszczędności i na kredyt w złotówkach. Karolina z Markiem, swoim mężem, nie dokładali się nawet złotówki. W sumie było mi trochę przykro, bo myślałam, że to dobry moment, by wspólnie zadbać o pamiątkę po babci. Rozdział spadku przeszedł bez awantur mama Igora natychmiast zrezygnowała ze swojej części, przyzwyczajona była do wygód mieszkania w Warszawie i nie wyobrażała sobie tej prowincjonalnej rzeczywistości pod Radomiem.

Dom miał dwa oddzielne wejścia, dwie identyczne części, wspólne podwórko. Dla Karoliny ten dom był zawsze tylko letnim azylem od początku mówiła, że zimą nie zamierza nawet tam zaglądać. Ale dla nas był spełnieniem marzeń: własna posiadłość zamiast klaustrofobicznej kawalerki w bloku. Wizja ogródka, osobnego pokoju na pracę zdalną, własnego miejsca na ziemi Koszt remontu był ogromny, ale czułam, że warto.

Cztery lata ciężkiej pracy: nowa instalacja elektryczna, ogrzewanie gazowe, łazienka z prawdziwego zdarzenia, wymienione okna, odmalowane ściany. Każdy grosz z wypłaty i kredytu szedł na postęp. Tymczasem Karolina jeździła po świecie, wrzucała zdjęcia z włoskich plaż i jachtów na Mazurach. Kompletnie nie interesowało jej, co się dzieje z jej połową domu. Aż do czasu, kiedy urodziła syna.

Z dnia na dzień jej urlop macierzyński ograniczył podróże i nagle przypomniała sobie o połowie domu pod Radomiem. Trudno siedzi się z dzieckiem w dwóch pokojach w bloku, rozumiem. Tam maluch mógłby biegać, bawić się w ogrodzie. Tylko, że jej połowa w tym czasie kompletnie zbutwiała nie była ogrzewana, nie była sprzątana, wilgoć zajęła ściany ale jednak się zjawia, z walizką, na miesiąc. Oczywiście, już po tygodniu zaczęła domagać się, by spać w naszym wykończonym mieszkaniu, bo u siebie się nie da.

Dziecko Karoliny głośne, ona cały dzień narzeka, nie liczy się z nikim, robi co jej się podoba. Pracuję zdalnie, więc musiałam się wyprowadzić na tydzień do koleżanki; do tego mama zachorowała i musiałam nią się zaopiekować. Wróciłam po prawie miesiącu, a Karolina urządziła się u nas jak u siebie. Zapominając nawet o elementarnych zasadach uprzejmości.

Kiedy wracasz do siebie? zapytałam, widząc rozrzucone zabawki i bałagan po pokoju.
Ale gdzie mam pójść? Mam dziecko, jest nam tu wygodnie!
Jutro cię odwiozę do miasta odpowiedziałam.
Ja nie chcę wracać do Warszawy.
Nawet nie posprzątałaś przez ten czas. To nie hotel. W końcu nie wytrzymałam.
Jakim prawem mnie wyrzucasz?! Przecież to też mój dom!
Twój dom za ścianą. Tam się możesz rozgościć odpowiadam.

Oczywiście, Karolina próbowała nastawić Marka przeciwko mnie, ale on przyznał mi rację. Miała żal i obrażona opuściła nasz dom. Jeszcze tego samego dnia zadzwoniła teściowa, która od razu stanęła po stronie córki:
Nie miałaś prawa wyprosić siostry, to również jej własność!
Może zostać na swojej połowie, tam jest panią domu odpowiedział spokojnie Igor.
Ale jak żyć tam z dzieckiem? Przecież nie ma nawet ogrzewania, toaleta na dworze. Powinniście się nią zaopiekować!

Igor eksplodował: powiedział matce, jak wiele razy proponowaliśmy wspólny remont. Gdyby się wtedy zgodziła, dziś byłoby taniej i łatwiej dla wszystkich. Teraz wszyscy mają pretensje do nas.

Zaproponowaliśmy Karolinie, że może sprzedać swoją połowę mojej mamie stawia jednak taką cenę, jakby to była willa na Żoliborzu, podczas gdy to nadal stara, zniszczona chata na wsi. Nie przystałam na to, to nierealne.

Od tamtej pory ciągłe kłótnie. Teściowa wiecznie obrażona, Karolina wpada rzadko, ale zawsze robi zamieszanie głośne imprezy, zniszczenia na podwórku, wieczny brud na naszym terenie.

W końcu zdecydowałam: stawiamy płot. Skończyły się kompromisy. Każdy dostaje swoje i niech żyje po swojemu tak chciała Karolina.

Oceń artykuł
TwojaCena
Moja szwagierka spędzała wakacje w kurorcie, kiedy my remontowaliśmy dom, a teraz oczekuje komfortow…