Ostatni Promień

OSTATNI PROMIEŃ

Na ordynator oddziału internistycznego, panią Dinę Iwanownę Bereżną, wszyscy zwracali uwagę mężczyźni z zaciekawieniem, kobiety z nieukrywaną zazdrością. Smukła, czarnooka, wyglądała wyjątkowo dobrze w białym fartuchu. Włosy zawsze miała upięte w kok, a wykrochmalony czepek dodawał jej wzrostu. Może to odpowiedni obcas, a może miękki krok sprawiał, że stukanie jej butów nie drażniło nikogo. Wyglądała na czterdzieści pięć lat, ale żaden z pracowników szpitala nie wiedział dokładnie, ile ma lat. Surowej i bezkompromisowej Diny Iwanownej bali się zarówno pracownicy, jak i pacjenci.

Mężczyźni zarówno leczeni, jak i koledzy próbowali ją podrywać, zapraszali na randki, przynosili czekoladki i kwiaty. Lecz kiedy napotykali jej stanowczy wzrok, milkli i stawali jak wmurowani. Krążyło o niej wiele plotek. Podobno przeżyła nieszczęśliwą miłość, mąż zginął albo w wojsku, albo na morzu. Dziecko straciła… Nikt naprawdę nie wiedział, ile w tym prawdy, a ile złośliwości.

Jedno było pewne mieszkała sama. Nikogo do siebie nie dopuszczała, z nikim się nie przyjaźniła. Trudno ją jednak było nazwać złą czy wredną.

Jeszcze na studiach straciła głowę dla swojego kolegi z roku, przystojnego Igora Bereżnego. Nie mogła bez niego oddychać. Jego natomiast zaczęła męczyć jej oddana, ofiarna miłość odszedł do innej. Od tego czasu Dina nie wpuszczała nikogo do serca. Może wciąż kochała Igora, a może bała się kolejnej zdrady.

Przystanęła przy punkcie pielęgniarskim.

Weronika, proszę mi podać kartę Tolskiego z piątej sali. Przygotuję wypis na jutro rzekła, przyciskając kartę do piersi i wróciła do swojego gabinetu.

„Facet w końcu wyzdrowiał. Od teraz wszystko zależy tylko od jego determinacji i organizmu, jak szybko znów tu wróci,” pomyślała, uzupełniając w komputerze formularz z wynikami badań, zleceniami, laboratoriami…

Do końca pracy zostało jej pół godziny.

Dina zamknęła pokój i zamarła. Na końcu korytarza stała kobieta i rozmawiała przez telefon, odwrócona do okna. Usłyszała przez przypadek kilka niepokojących słów:

Nie, nie umarł. Ma się świetnie. Nie denerwuj się. Powiedziałam mu… No jak…? Myślisz, że się nie domyślał? Dobrze, wieczorem porozmawiamy. Kobieta schowała telefon i ruszyła schodami, nawet nie patrząc wokół.

Dina weszła do piątej sali. Zwykle, widząc puste łóżka, upominałaby pewnie za szkodliwość palenia, ale zauważyła spięte plecy mężczyzny, odwróconego do okna, więc zamilkła.

Panie Iwanie, jutro… zaczęła, ale gdy on odwrócił głowę z bólem w oczach, zacięła się.

Co się stało? Dina przysiadła na brzegu łóżka, by na niego nie górować. Źle się pan czuje? Coś boli?

Czy mogę zostać? Ja… Nie mam dokąd pójść… wydukał.

Miejsce już zajęte. Żona innego przyprowadziła. Powiedziała wprost: Finito, jestem już z kimś innym, jemu będę wierna. I starego Sanchego wykopała, wybaczcie dosadność odezwał się siwowłosy mężczyzna z rogu sali.

To prawda? cicho spytała Dina.

„To o kim mówiła ta kobieta przy oknie przez telefon… Czekała na śmierć męża, nie doczekała się i już ogłosiła, że jego miejsce zajmuje nowy,” domyśliła się.

Iwan, mężczyzna dobrze po pięćdziesiątce, z krótkimi siwymi włosami i smutnym spojrzeniem, leżał, wpatrzony w okno.

Dina spojrzała również za szybę. Kończył się kwiecień. Na gałęziach przyparku szpitalnego pęczniały pąki, gotowe puścić młode listki, ale z szarego, zimnego nieba można było się spodziewać śniegu. Słońca dziś nie było.

Naprawdę nie ma pan dokąd iść? Żadnych znajomych, rodziny? zatroskała się.

Dzieci mają własne rodziny. Na dwa dni można iść, ale i tak wstyd, człowiek w moim wieku nie powinien tułać się po kątach. Wiedziałem, że ona chodzi do innego. Myślałem, że jej przejdzie…

Panie Iwanie, kilka dni niczego nie zmieni, a łóżka musimy zwalniać innym zawahała się Dina. Wie pan co? Mam dom na wsi, osiemdziesiąt kilometrów stąd. Dojazd dobry, dom solidny, choć wymaga trochę pracy. Od dawna nikt tam nie mieszkał. Jutro przyniosę panu klucze i wszystko wyjaśnię, jak trafić powiedziała, po czym szybko wyszła, nie dając mu okazji, by odmówił.

Ale z niej człowiek! Surowa, ale jednak człowiek… Nie odmawiaj, Iwan. Ta twoja rozwydrzona kotka nie warta jej paznokcia powiedział sąsiad z kąta.

Przeminęła wiosenna czeremcha, chłodny wiatr ustąpił miejsca słońcu. W niedzielny poranek Dina wsiadła w swoją hondę i ruszyła na wieś, by odwiedzić Iwana.

Ku jej zaskoczeniu, dom odżył. Okiennice świeciły niebieską farbą, dach był naprawiony, a na ganku pojawił się nowy stopień. Zaparkowała na podwórzu. Na ganku stał Iwan w koszulce, dżinsach i boso. Nie zostało nic z bladego, przygnębionego mężczyzny. Wyprostowany, opalony, z zarysowanymi mięśniami na ramionach wyglądał na wypoczętego.

Dzień dobry, przyjechałam sprawdzić, jak pan sobie radzi. Nikt tu panu nie dokucza? spytała, opierając się o drzwi samochodu.

Kto miałby? Trzy starsze panie tylko się cieszą, że ktoś nowy zamieszkał. A letnicy mają swoje sprawy odpowiedział, wciąż lekko skrępowany.

Zdrowe wiejskie powietrze panu służy. A z pracą?

Co tu dużo mówić… Po wojsku okazało się, że nic innego nie potrafię, tylko żołnierzy do szeregu ustawiać. Pracowałem jako ochroniarz. Ale nie mam czego żałować, emeryturę mam niezłą.

No to pochwal się, jak się urządziłeś powiedziała, wreszcie zamykając samochód i podchodząc do ganku.

Ale ze mnie głupiec walnął się w czoło Iwan. Przepraszam za zamieszanie, proszę, wchodź.

Dina zatrzymała się w drzwiach pokoju. Na wypastowanym podłodze leżały ręcznie tkane chodniki, na których tańczył wzór światła i cienia przez firankę. W oknach dwa doniczki z pelargonią. Stare zegary przyjemnie cykały.

Te kwiatki to od Pauliny spod lasu. Są przytulniejsze, nieprawdaż? zapytał nieśmiało Iwan, widząc jej spojrzenie.

A czym tu tak pachnie? zapytała Dina.

Kapuśniak gotowałem na piecu, i ziemniaki. Może się pani poczęstuje? zaproponował, a na jego widok Dina po raz pierwszy się uśmiechnęła. Z gotowaniem raz lepiej, raz gorzej. Na wsi nie mieszkałem nigdy, więc uczyłem się od sąsiadek. Na początku albo surowe, albo przypalone…

Dina miała ochotę przeciągnąć się i zakręcić w tych domowych wspomnieniach. Zalała ją fala dzieciństwa u babci… Nie była tu od śmierci mamy. Nie mogła. I nie mogła też sprzedać domu, pełnego wspomnień po dziadkach, po lecie z mamą, po powrocie do miasta z słoikami ogórków, powideł, grzybów… Jak bardzo to już odległe.

Proszę powiedzieć, jak długo mogę tu… mieszkać? przerwał jej rozmyślania głos Iwana. Proszę się nie krępować.

Nie spieszy mi się z powrotem, a dom stał niezamieszkany dziesięć lat. Proszę być tu, ile pan zechce. Przyjadę jeszcze zobaczyć, jak się pan trzyma. Na razie klimat jak u mamy ciepło i przytulnie. Ja nie potrafię i nie chcę zajmować się domem czy ziemią spuściła wzrok, a Iwan milczał taktownie.

Przywiozłam panu trochę produktów. Zupełnie zapomniałam! wybiegła.

Iwan odetchnął. Po raz pierwszy zobaczył ją bez fartucha i czepka. W lekkiej sukience wyglądała młodo, kilka kosmyków wymknęło się ze spinki. Zdawała się prostsza, bliższa. Spojrzał na własne dłonie poryte otarciami od wiejskiej pracy i poczuł swój wiek.

Dina odjechała, gdy zapadał już zmierzch, zostawiając po sobie ledwie wyczuwalny zapach perfum. Cokolwiek wziął do rąk, wszystko pachniało Diną. To niepokoiło i poruszało jego serce, które już dawno nie czuło czegoś takiego. Nigdy by się o tym nie dowiedział, gdyby… Dzisiaj dziękował losowi za zdradę żony. Noc spędził bezsennie, odganiając rozbuchaną wyobraźnię.

Dina przyjechała po dwóch miesiącach znowu. Przywiozła produkty, nową wędkę. On naprawił płot, z dumą opowiadając, że nawet z sąsiedniej wsi przychodzą do niego stare kobiety i proszą o pomoc odwdzięczają się mlekiem, śmietaną, jajkami…

Dumna chałupa jakby wypinała pierś z pomalowanymi okiennicami, pokazując, że ma wreszcie gospodarza.

Zimą nakarmię panią własnymi ogórkami chwalił się Iwan, a Dina zauważyła z przyjemnością, że przytył, a brzuch zniknął. Czuła się zakłopotana pod jego spojrzeniami.

Słońce chyliło się ku linii lasu, zanurzając wszystko w pomarańczowym świetle.

Zaraz wracam Iwan wyskoczył i wybiegł z chaty.

Dina przeszła się po domu. Czuła już inne zapachy, zauważyła obce rzeczy. Zorientowała się, że Iwana nie ma już dłuższą chwilę. Wyszła na podwórko, spojrzała na ulicę, przeszła do ogrodu i znalazła go siedzącego pod płotem.

Iwan! podbiegła i padła na kolana.

Sprawdziła tętno, pobiegła po apteczkę do auta, przypomniała sobie o wodzie, wróciła do domu, potem znowu do ogrodu, włożyła mu tabletkę pod język, podała wodę.

Po kwadransie Iwan podniósł się, Dina pomogła mu wejść do środka i usiadła obok niego na łóżku.

Przegrzałem się na słońcu. Chciałem zebrać ogórki w drogę… Zostań poprosił cicho, przechodząc na ty.

Dina przez chwilę milczała. Iwan oparł głowę o jej brzuch i jęknął.

Szczęście jest dziwne. Czeka się, woła, szuka, sprawdza a może się zgubiło, a może źle skręciło. Człowiek uczy się żyć samemu, bez zdrad i lęków przed stratą. I nagle drogi się przecinają. Idzie się dalej już razem.

A miłość? Bywa różna. W młodości jest gorąca, zawzięta, zazdrosna. Z latami staje się spokojna, domowa, cicha jak ostatni promień słońca…

Oceń artykuł
TwojaCena
Ostatni Promień