Nikomu nie oddam. Opowieść.
Ojczym ich nie skrzywdził. Przynajmniej nie wypominał kromki chleba, o naukę nie miał pretensji, tylko kiedy Ludmiła wracała później niż zwykle, potrafił krzyczeć.
Obiecałem twojej matce, że będę się tobą opiekował! wrzeszczał w odpowiedzi na niepewne tłumaczenia Ludmiły, że przecież już jest pełnoletnia. Ja wiem lepiej, co ci wolno, a czego nie! Co z tego, że dorosła? Myślisz, dyplom zdałaś i wolno wszystko? Najpierw zdobądź normalną pracę, a potem udawaj dorosłą!
Potem, ochłonąwszy, mówił już spokojniej:
Ten chłopak cię rzuci, zobaczysz. Widziałem, kto po ciebie przyjeżdża? Auto drogie, buzia słodka, po co mu taka zwyczajna dziewczyna jak ty, Ludmiłko? Będziesz potem płakała, zobaczysz.
Ludmiła nie wierzyła ojczymowi. Aleksander był rzeczywiście przystojny i studiował na trzecim roku uniwersytetu, płatnego cóż, ona też by nie odmówiła studiowania na płatnym, ale z konkursu nie przeszła, a technikum jej nie pasowało, więc rozdawała ulotki, czasem roznosiła gazety i przede wszystkim przygotowywała się do egzaminów w przyszłym roku. Tak właśnie poznała Aleksandra podała mu ulotkę, on wziął jedną, potem drugą, trzecią, i powiedział:
Pani, proponuję tak biorę wszystkie ulotki, a pani idzie z nami do kawiarni?
Nie wiadomo, dlaczego się wtedy zgodziła. Już nauczona doświadczeniem, ulotek w tej dzielnicy nie wyrzucała, wepchnęła do plecaka i w drodze powrotnej wrzuciła do zsypu, wychodząc z kawiarni.
Aleksander przedstawił ją wtedy swoim kolegom, częstował pizzą i lodami. Z siostrą, Kingą, taką rozpustę jadały tylko na urodziny specjalnych pieniędzy nie miały, a ojczym zabraniał ruszać rentę, mówił, że ma leżeć na czarną godzinę, gdyby coś mu się stało.
Bo prawda była taka, że pensję miał wcale niezłą, połowę wydawał na samochód, który bezustannie się psuł, a drugą połówkę przepuszczał gdzieś. Ludmiła nie narzekała i tak dobrze, że ich nie wygonił z mieszkania, które było jego, a za matcine musiały spłacić długi, kiedy zachorowała. Oczywiście chciałoby się czekoladek, pizzy, słodkich napojów, ale jeśli coś takiego się trafiło, Ludmiła oddawała wszystko siostrze. I wtedy w kawiarni zapytała Aleksandra czy może kawałek pizzy zabrać dla Kingi? Spojrzał na nią zdziwiony, a potem kupił całą pizzę na wynos i dużą czekoladę z orzechami.
Ojczym mylił się co do Aleksandra. Był dobry. Przy nim Ludmiła czuła się niepotrzebna i niezaradna, więc postanowiła sumienniej się uczyć, znalazła pracę kasjerki w sklepie płacili dobrze, mogła kupić sobie porządne dżinsy, pójść do fryzjera, żeby Aleksander był z niej dumny.
Gdy zaprosił ją na działkę, od razu wiedziała, po co, ale nie bała się przecież nie była dzieckiem. On ją kochał, ona jego. Najpierw martwiła się, że ojczym jej nie puści, ale ten wracał coraz później albo wcale. Wiedziała, gdzie nocuje u cioci Emilki, pielęgniarki z ich osiedla, dawno się uśmiechał do niej, ale ona nie chciała wiązać się z mężczyzną z dwiema dziewczynkami z pierwszego małżeństwa. Przeszła już przez rozwód, nie chciała więcej cudzych kłopotów, ale w końcu ojczym potrafił ją przekonać.
Ludmile wyszło to na dobre, choć Kinga płakała, kiedy dowiedziała się, że musi sama spać, ale Ludmiła kupiła jej czekoladę, chipsy i oranżadę, i ta się uspokoiła.
To, że jest w ciąży, Ludmiła zrozumiała późno. Z miesiączką miała zawsze kłopoty, nie pilnowała jej, bo nikt nie uczył. To kasjerka, pani Wera Kwiatkowska, pół żartem spytała:
Coś taka promienna, czy przypadkiem nie w ciąży?
Pośmiały się, ale wieczorem Ludmiła kupiła test. Gdy zobaczyła dwie kreski nie, to nie mogło być prawda!
Aleksander nie był zachwycony. Stwierdził, że to nie czas, wręczył jej trochę złotych i poradził pójść do lekarza. Ludmiła przepłakała noc i poszła. Ale było już za późno szesnaście tygodni. Czyli właśnie na działce, wtedy A myślała, że pierwszy raz nie można zajść w ciążę.
Przez chwilę udawało się ukryć przed ojczymem, ale brzuch rósł jak na drożdżach. Musiała się przyznać.
Ależ on krzyczał!
Gdzie twój chłopak? Zamierza się żenić?
Ludmiła spuściła wzrok. Aleksandra nie widziała już ponad miesiąc gdy dowiedział się, że dziecko trzeba zachować, rozpłynął się.
No jasne, mruknął ojczym. Ostrzegałem cię, Ludmiło
Nie powiedział od razu. Pewnie naradził się z ciocią Emilką.
Skoro już tak wyszło urodź, ale musisz zostawić dziecko w szpitalu. Nie potrzebuję dodatkowej gęby. Takie sprawy… Żenię się, Ludmiło. Emilka jest w ciąży. Będziemy mieli bliźnięta. Rozumiesz, troje dzieci pod jednym dachem to za dużo.
Ona będzie z nami mieszkać? zdziwiła się Ludmiła.
A gdzie? Żona będzie, gdzie jej mieszkać, jak nie z mężem?
Brzmiało jak żart. Ale nie żartował. Powtarzał to każdego dnia i groził, że jeśli przyjdzie tu z dzieckiem, wyrzuci ją z Kingą. Ludmiła wiedziała, że to nie jego słowa, tylko powtarza to, co Emilka mu każe. Ale to nic nie zmieniało nie mogła zostawić dziecka.
Nie martw się, powiedziała Emilka. Takiego niemowlaka zaraz adoptują, będą kochali jak własnego.
Ludmiła płakała, dzwoniła do Aleksandra, rozważała, gdzie mogłaby zamieszkać z Kingą i dzieckiem, ale nie znajdowała pomysłu. I wtedy pewnego dnia pani Wera Kwiatkowska powiedziała, wskazując na małżeństwo w czerni:
Tyle lat minęło, a oni wciąż chodzą na czarno. Całe życie w żałobie, nie rozumiem… Mogliby mieć jeszcze jedno dziecko. Albo adoptować.
Tych dwoje Ludmiła widywała często razem, osobno. Byli uprzejmi, z miłymi twarzami, tylko zawsze trochę smutni, i nie wiedziała, co im się przytrafiło.
Córka im zginęła, pamiętasz tę głośną sprawę autobus z dziećmi spadł z drogi? Jechali na wycieczkę, kierowca zasnął, chyba. On zginął, dziewczynka też, żal. Ludzie dobrzy on lekarz, ona uczy angielskiego. Kiedyś mieszkałam niedaleko. Przynosili jej wtedy aniołki. Wyobraź sobie, córka ich kupiła figurkę anioła na wycieczce, trzymała w ręce. Ledwo udało się odzyskać. Nie wiem, kto pierwszy wpadł na pomysł, by ją obdarować aniołkiem, potem wszyscy przynosili. Bałam się, że jej to pogorszy, ale nie, chyba pomagało.
W jakimś filmie Ludmiła widziała, jak dziewczyna oddaje dziecko parze, która nie może mieć dzieci. Wiedziała, że ci mogą, i pewno nie chcą, ale cały czas myślała o nich. Była już w ósmym miesiącu, pracowała dalej, nie chciała stracić pracy, i wtedy ta para stała na jej kasie, a mężczyzna zapytał:
Młoda damo, nie czas już na urlop macierzyński? Jeszcze tu urodzisz przy kasie.
Nie narzekała, ale naprawdę ciężko się jej pracowało bolały plecy, zgaga męczyła, nogi puchły pod koniec dnia. Nikt nie zapytał, jak się czuje, tylko lekarka z przychodni, ale to się nie liczy. Troska tego mężczyzny wzruszyła ją do łez ostatnio w ogóle płakała często.
Parę dni później, gdy wracała ze sklepu z siatką zakupów z wypłaty, wyprzedził ją ten sam mężczyzna i zaoferował pomoc. Zawstydziła się, ale było jej miło. Myślała, że to dobry człowiek.
Aniołka zobaczyła w sklepie na przecenie było lato, niewielu kupowało takie figurki. Ludmiła uległa impulsowi i kupiła go, potem poprosiła panią Werę o adres tej pary.
Już naciskając dzwonek, przestraszyła się czy to nie niestosowne po tylu latach? Nikt im już nie przynosi prezentów.
Drzwi otworzyła kobieta. Chyba ją rozpoznała po oczach. Ludmiła szybko wyciągnęła figurkę, wbijając głowę w ramiona spodziewała się, że ta zatrzaśnie jej drzwi albo nakrzyczy.
Ale nie wydarzyło się nic z tych rzeczy. Kobieta wzięła aniołka, uśmiechnęła się i powiedziała:
Wejdź, napijesz się herbaty?
Przy herbacie spokojnie opowiedziała Ludmile swoją historię, którą ta słyszała już od pani Wery, ale z ust tej kobiety brzmiała boleśniej.
Dlaczego nie urodziła Pani jeszcze raz? prawie szeptem spytała Ludmiła.
Miałam bardzo ciężki poród. Musieli usunąć mi macicę. Nie mogłam już mieć dzieci.
Zrobiło się niezręcznie jak może wtrącać się w cudze życie? Chciała spytać o adopcję, ale zabrakło jej słów.
Myśleliśmy o przyjęciu dziecka, powiedziała kobieta, jakby czytała jej myśli. Przeszliśmy szkołę rodziców adopcyjnych. Ale w ostatniej chwili nie potrafiłam. Prosiłam córkę o znak. Ale nie wydarzyło się nic.
Wtedy w pokoju rozległ się dźwięk, jakby szklanka spadła na podłogę i rozbiła się. Kobieta zatrwożona spojrzała tam, Ludmiła pomyślała, że nikogo nie ma w mieszkaniu.
Obie poszły do salonu. Ludmiła bała się, że to będzie jak kaplica ciemno, świece, zdjęcia wszędzie. Ale nie, jedno zdjęcie, jasny pokój, żadnych świec, tylko figurki aniołków. Jeden leżał rozbity na podłodze. Kobieta długo oglądała kawałki porcelany. Potem dziwnym głosem powiedziała:
To właśnie ta figurka. Jej.
Ludmiła zarumieniła się. Co to, jeśli nie znak?
Córkę urodziła w terminie. Emilka już dawno mieszkała u nich w mieszkaniu i też urodziła, przed czasem. Dzieci były w szpitalu, czekały na wypis, były już łóżeczka dwa białe, piękne, z kokosowymi materacami. Dla jej dziecka nikt nie zamierzał kupować nic, miała je zostawić w szpitalu. Kinga, tylko wieczorami, szeptem pytała:
A może da się ją schować? Żeby nie wiedzieli, że tu jest, twoja córeczka. Ja ci będę pomagać.
Od tych słów chciało się płakać, ale przy siostrze się powstrzymywała.
Treść listu Ludmiła przemyślała wcześniej. Napisała, że nie może zatrzymać dziecka, że jest zdrowa, nie muszą się martwić. Przypomniała o znaku o upadłej figurce. Do koperty włożyła pieniądze całą zgromadzoną rentę. Powinno starczyć, byli przecież dobrymi ludźmi.
Ze szpitala wypisują rano, ale podrzucać dziecko w biały dzień bała się. Siedziała cały dzień w galerii handlowej, choć była wykończona, kręciło jej się w głowie. Liczyła się tylko jej córeczka, dla której szukała kochających rodziców.
Gdy galeria już zamknięta była, godzinę siedziała na ławce, na szczęście lato. Dopiero gdy na miasto spadły zmierzchy, weszła do klatki schodowej, przemknęła, gdy pan z psem wychodził na spacer.
Córeczkę miała w nosidełku, kupiła za swoje pieniądze, poprosiła panią Werę, by przyniosła na wypis. Pani Wera nie zadawała pytań. Teraz, kładąc nosidełko tak, by drzwi go nie zahaczyły, Ludmiła wsunęła pod koc konwencję z listem i pieniędzmi, miała zaraz zadzwonić do drzwi i umknąć ale właśnie się otworzyły. W progu stanął ojciec zmarłej dziewczynki.
Co tu się dzieje?
Ludmiła aż podskoczyła ze strachu.
Zauważył nosidełko.
Co to?
Łzy popłynęły same z siebie. Opowiedziała wszystko o Aleksandrze, który ją zostawił, o ojczymie, który utrzymywał ją i Kingę przez siedem lat, a teraz się ożenił i ma bliźnięta, o cioci Emilce, która wymyśliła, że Ludmiła napisze odmowę w szpitalu.
Słuchał uważnie, potem powiedział:
Galina już śpi, nie będę jej budził. Pogadamy rano. Chodź, pościelę ci w salonie.
Spać w pokoju pełnym aniołków było dziwacznie, ale Ludmiła zasnęła od razu, mocno tuląc do siebie córeczkę.
Obudziła się, gdy poczuła pustkę. Córeczki nie było. W tym momencie zrozumiała, że nie może jej oddać. Nigdy. Chciała biec, szukać, zabrać ją…
Wystrzeliła z łóżka, ale nim zrobiła krok, do pokoju weszła Galina. Trzymała dziewczynkę.
Masz, uśmiechnęła się. Trzeba nakarmić, uśpiłam ją, chciałam dać ci się wyspać, ale wiele nie wytrzymała.
Ludmiła, karmiąc córkę, nie mogła podnieść wzroku na Galinę. Co powiedział jej mąż? Może już postanowili adoptować dziewczynkę? Jak powiedzieć, że zmieniła zdanie?
Ile lat ma twoja siostra? nagle spytała Galina.
Dwanaście, odparła Ludmiła, zdziwiona.
Myślisz, że zgodzi się się do nas przeprowadzić?
To pytanie było dziwne. Ludmiła spojrzała na Galinę.
Co? nie zrozumiała.
Saszka mi wszystko opowiedział. Że nie macie gdzie mieszkać, ojczym cię wyrzuca. Pomyślałam, że jak Kinga zostanie tam, zrobią z niej służącą. Niech też zamieszka u nas.
Co znaczy „też”? wyjąkała Ludmiła.
Galina skinęła na figurkę, pozlepianą, która stała obok zdjęcia wyglądała dziwnie, ale była rozpoznawalna.
Myślę, że to był znak. Że mamy wam pomóc, powiedziała prosto. Tu miejsca dużo, przeprowadzajcie się. Pomogę ci z córeczką. Głupot nie rób. Nie wolno rozdzielać matki i dziecka.
Ludmile zrobiło się tak radośnie, a jednocześnie tak wstyd, że znów się zaczerwieniła.
Więc zgadzasz się?
Ludmiła pokiwała głową, chowając twarz w kołderce, żeby Galina nie zobaczyła łez…




