Noc, kobieta, kot i lodówka
Nie patrz tak na mnie!
Aldona spojrzała na kota tak groźnie, jak tylko potrafiła. Nawet uniosła brew, choć mama zawsze ją za to upominała. Te jej krzaczaste, zrośnięte na nasadzie brwi były w dzieciństwie zbyt surowe dla drobnej twarzyczki Aldony. Brwi miała po tacie, a bardzo chciała mieć po mamie cienkie, wyskubane niteczki, zupełnie niestraszne.
Oczywiście, już dawno zaprowadziła na twarzy taki porządek, że lustro przestało ją zaskakiwać. Miała swoje lata, wyrosła ze wszystkiego. Kot też doskonale o tym wiedział i z jej groźnego spojrzenia nic sobie nie robił. Siedział na parapecie, patrzył na właścicielkę z mieszaniną zdziwienia i lekceważenia. Od czasu do czasu jego zielone, tajemnicze, trochę strachliwe oko połyskiwało w świetle lampki nocnej docierającej z przedpokoju. Uchylone przez Aldonę drzwi do kuchni lekko trzepotały na przeciągu, odmawiając jednak całkowitego zamknięcia się jakby nie chciały pozbawić Aldonę prawa powrotu do rzeczywistości. To czasem ją irytowało. Pragnęła, by drzwi się zatrzasnęły i oddały jej pełnię władzy nad drugimi drzwiami tymi od lodówki.
Aldona poprawiła się na podłodze pod ścianą, gdzie siedziała już ponad godzinę, i znów utkwiła wzrok w białym olbrzymie.
Wiedziała doskonale, co znajduje się na każdej półce, do ostatniej parówki. To ona robiła zakupy dla rodziny i często bywało to powodem żartów.
Aldonka, a po co nam te kapary? Kto w naszej rodzinie to jada? śmiał się mąż, obracając słoiczek w rękach. Po co to kupiłaś?
Dobre są.
No dobrze, wymyśl więc, jak je zjeść, żeby się nie rozchorować.
I Aldona wymyślała. Tworzyła dość dziwne czasem potrawy, bo gotować według receptury nigdy jej nie wychodziło. Nowym wymysłom rodzina przyglądała się podejrzliwie, a potem zmiatali wszystko do okruszka i prosili o dokładkę.
Wszyscy. Poza Aldoną.
Nigdy nie umiała jeść tego, co sama ugotowała. Po prostu nie potrafiła!
Gotowania pochłaniało ją bez reszty, sprawiało prawdziwą radość. A gdy wszystko było gotowe, dopadała ją dziwna staruszka zupełnie sobie obca, która szepcąc pod nosem, sykała przez jedynego zęba i zostawiała po sobie właścicielkę domu, która nie mogła nawet patrzeć na własne danie.
Straszne to było dla Aldony i zajadała te emocje czymś dobrym. Kryterium: nie może to być nic wymagającego przygotowania. Ukochana kiełbaska, żółty ser, bułki, czekoladki, wafle, a czasem nawet podkradane synkowi ciasteczka. W końcu dziecięce są zdrowsze tłumaczyła sobie sumienie wtedy bolało mniej. Przekonywała się, że w ten sposób dba o zdrowie.
A zdrowia, niestety, nie miała za wiele.
Nie była gruba. Przeciwnie, to wszystko paliło się w piecu codzienności przy trójce dzieci, mężu, kocie i domowych obowiązkach miała co robić. O pracy nie wspomnę, bo szanowała ją i czasem nawet lubiła jeśli tylko praca pozwalała jej troszczyć się o bliskich.
Skąd więc pierwsze narzekania na zdrowie? Tego w jej rodzinie się nie robiło, nauczyła się tego od mamy.
Samo przejdzie!
Tak właśnie powtarzała matka za każdym razem, gdy Aldona jęczała na samopoczucie.
Aldonko, nie przesadzaj! Gorączki nie masz! Mierzyłaś? No, dobrze, to napij się herbatki z maliną i kładź się! Przejdzie samo!
Matki słowa towarzyszyły jej przez całe dzieciństwo naiwnie wierzyła, że wszystko przechodzi samo, a wysiłek to strata czasu.
Może dlatego, gdy po urodzeniu pierwszego dziecka działo się coś niepokojącego, machała ręką: Przejdzie. Po drugim synu było trudniej wstawała nocami z trudem. Lecz przed mężem nie skarżyła się co z niej za matka, gdy nie daje rady przy dziecku?
Radek, mąż Aldony, od razu wszystko zrozumiał.
Aldonka, daj, ja się zajmę! przejmował młodszego synka i wysyłał starszego do swojego pokoju. Mężczyźni dadzą sobie radę. Ty śpij! Musisz odpocząć.
Aldona odpływała w nicość, spała godzinami, ale budziła się zgnębiona i wyczerpana. Jadło ją poczucie winy.
Co ze mnie za kobieta, skoro nic ze mnie nie ma?
A mogłoby być inaczej, gdyby kiedyś się zatrzymała i pomyślała, skąd się bierze ta jej wieczna niepewność. Kobieta żyjąca pod hasłem: jesteś trochę nie taka szczęśliwa być nie może
Niestety, mamę i babcię miała surową.
Aldonka, usiądź prosto! Nie garb się jak klucz wiolinowy! Wyprostuj się, dziewczynko! Zośka, powiedz jej coś, bo będzie miała skrzywienie kręgosłupa! martwiła się babcia Lidia, zawsze zadbana i elegancka.
Mamo, myślisz, że nie rozumiem? Ale ona mnie nie słucha! Inne dzieci jak dzieci, a Aldona swoje wie! I je, je, je, jak mysz w spiżarni! Próbowałam wszystkiego, nawet kar, nic nie działa!
Pięcioletnia Aldonka, lżejsza od domowego kota, siadała jak należy, ukradkiem ocierała łzy i bała się spojrzeć w talerz.
Późno zrozumiała, skąd w rodzinie taki kult chudości. Dopiero jako nastolatka, pękata i zakompleksiona, natrafiła na stare albumy. Z fotografii patrzyła na nią mama. A świat Aldony roztrzaskał się w kawałki.
Za co ona mnie tak goni? Przecież sama była taka sama!
I rzeczywiście. Z zdjęć spoglądała pucołowata, pełna życia dziewczyna, tak podobna do Aldony. Nawet piegi miały wspólne.
Dlatego, za co docinki, czemu żal? Odpowiedź przyszła szybko bo życie nie było dla nich łatwe. I czułość była trudna.
Nie widzisz? Popatrz w lustro! Kto cię zechce? Sama zrozumiałam dopiero, gdy wzięłam się za siebie. Mama mi w tym pomogła, całej rodzinie gotować nie pozwalano, żeby się nie kusić. Wszyscy na diecie!
Mamo, a kiedy dziadek się wyprowadził od babci?
Co to za pytania?! To nic wspólnego! Przecież sami nie mogli się dogadać. Tak bywa. Tak samo jak ja z twoim ojcem.
Aldona, przekonana w dzieciństwie, że szczęścia nie dostanie, bo nie taka, znalazła sobie cel być kimś użytecznym, nie piękną. Jeśli ma się wartość, nikt nie patrzy, jak się wygląda.
Mamo, będę lekarką.
Ale po co? Z twoimi wynikami
Przecież umiem się uczyć.
No dobrze Lekarz to dobry zawód.
Została lekarką, i to bardzo dobrą. Bo mało miała osobistego życia i masę czasu na naukę.
Matka tylko wzdychała i już się dużo nie wtrącała, bo babcia Lidia wymagała opieki. Ale całkiem zostawić jej nie mogli.
W pewnym momencie uznano, że Aldona sama męża sobie nie znajdzie postanowiły szukać szczęścia przez swatkę.
Skąd się ta kobieta wzięła, nie wiadomo, ale bardzo prędko znalazła kandydata.
Dziewczyna jak brzoskwinia! Mądra, ładna, złego nie powiem!
Aldonie aż opadła szczęka piękna?! No, spadło trochę kilogramów, buzia się oczyściła, ale nie przesadzajmy
Kandydat na męża drobny, nieporadny, oczy w podłogę. Udawała zainteresowanie, bo szanowała wysiłek rodziny.
Po oficjalnym spotkaniu umówiono pierwszą randkę. I Aldona się spóźniła na uczelni ją zatrzymali, pędziła do kawiarni z duszą na ramieniu. Weszła nie było go. Już miała wychodzić, gdy podszedł kelner.
Proszę, zostawił dla pani karteczkę. Bardzo się denerwował, nawet szklankę zbił. Napisał: Nie szukaj mnie.
Aldona parsknęła śmiechem.
I nie miałam w planie!
Poczuła się lżejsza, jakby ktoś zsunął jej kamień z duszy teraz ma wymówkę wobec matki. Zostawił ją! Szybko, konkretnie jeszcze przed randką. Przecież to dziewczynom wypada się spóźniać, nie? Takiego partnera niańczyć całe życie? Nie!
Kelner, Radek, zdając się rozumieć sytuację, uśmiechnął się.
Co robisz wieczorem?
A ona nie wiedząc dlaczego, odpowiedziała:
A jak masz na imię?
Radek.
Czy ci mnie żal?
Nie. Skąd pomysł? spoważniał.
Spotkajmy się pod starym kasztanem koło Akademii Medycznej.
Wiem, gdzie to! Dzięki!
To spotkanie zapadło jej w pamięć. Jakby znali się od lat, wspólne żarty, podobna muzyka, niechęć do sera białego, marzenia o własnym domu, o karierze, która daje ludziom coś więcej niż pieniądze. Tak, jakby los zdecydował: dosyć wałęsania się po świecie czas się połączyć.
Spotykali się ponad rok.
Matka Aldony łapała się za głowę.
On ci nie pasuje!
Dlaczego?
Bo Bo jest kelnerem!
Przecież studiuje, w kawiarni dorabia. I co w tym złego?
Bo ma chorą matkę i pięcioletnią siostrę na utrzymaniu!
Może to go właśnie najlepiej definiuje? Że jest odpowiedzialny i troskliwy?
Szkoda mi ciebie, Aldonka, musisz o sobie myśleć!
Właśnie się uczę…
Ślub musiał poczekać.
Radek martwił się matką.
A jak jej zabraknie?
Będziemy dbać o Irkę. Dasz radę!
Kiedy stało się jasne, że dni matki Radka są policzone, zgłosili się do urzędu i bez pompy się pobrali z Irką na świadka.
Jesteśmy więc rodziną? spytała poważnie dziewczynka.
Oczywiście.
Ja też?
Ty przede wszystkim.
Dla niej wtedy świat się zmienił. Te kilka miesięcy z teściową były dla Aldony bardzo ważne. Gdy odeszła, została żałoba i wiele nowych obowiązków.
A matka Aldony obraziła się śmiertelnie, że ślub odbył się bez jej wiedzy.
Po to cię wychowałam, żebyś przede mną zataiła własne wesele?
Mamo, sama widzisz, co się działo
Nic mnie nie obchodzi! Jesteś moją jedyną córką, a ja nawet nie byłam!
Relacje stały się odtąd chłodne i oficjalne.
Aż w końcu Aldona nie wytrzymała:
Mamo, czy ty nie masz już innych dzieci?
O co chodzi?
Więc czemu tak starasz się stracić też mnie?
Pierwszy raz zobaczyła mamę płaczącą. Usłyszała Kocham cię, Aldonko… Nie umiem okazywać uczuć. Moja mama mówiła: nie wolno dziecka rozpuszczać. Mówić wszystko, jak jest. Inaczej życie skrzywdzi. Ja próbowałam tak właśnie, a okazało się, że cię straciłam
Aldona poczuła, że jej wychowanie to worek pełen braków i strachu nie chciała pójść tą samą drogą z własnymi dziećmi. I chociaż Irka i chłopcy lgnęli do niej, ufały, zawsze wpadały do mamy, gdy były smutne, ona wciąż czuła się niepewna.
Radek widząc jej smutek, próbował pomagać, ale Aldona walczyła sama z myślami.
Dlatego zdarzało się, że godzinami w nocy siedziała w kuchni, na podłodze pod ścianą, z kotem u boku i białą lodówką naprzeciw.
Rozbierała w myślach swoje życie, relacje z mamą i babcią. Myślała, jak bardzo wiele można zyskać, mówiąc o uczuciach wcześniej. Może lepiej byłoby być gorszą dziewczynką w oczach świata, lecz zbudować wiarę w siebie
Ten wniosek był jednocześnie pocieszeniem, jak i smutkiem ile czasu musiała stracić, by pojąć rzeczy proste?
Nagle drzwi kuchni się otworzyły, Radek wszedł, nie patrząc ani na żonę, ani na kota. Otworzył lodówkę, wyjął ser, pomidory i szczypiorek. Przysiadł obok, objął ją ramieniem i podał kanapkę:
Bierz, jedz!
Kochany, jeszcze tydzień tych nocnych kanapek i nie wejdę w żadną spódnicę!
No to nie. Bierz, co dają! uśmiechnął się i pokazał kawałek kotu.
Kot przysiadł na jej kolanach z kawałkiem sera, lekko mrucząc.
Ale i tak cię kocham spojrzał na nią Radek. Nawet gdybyś ważyła sto kilo, mi to zwisa. Wiesz o tym, Aldona? Co się dzieje?
Wgryzła się w kanapkę, wtuliła w znajome wgłębienie w jego szyi, pogłaskała kota.
Wszystko dobrze wyznała w końcu, sama w to wierząc. Ale sto kilo, Radek, to byłaby przesada. Czterdziesty szósty rozmiar jak na mój wiek to wcale niezły wynik.
I to jeszcze jaki niezły! Najpiękniejsza kobieta pod słońcem
Mów mi to częściej, dobrze?
A wtedy przestaniesz chodzić nocą do lodówki?
Radek!
Co ja mówię? No już, chodź spać, moja pani!
Aldona z uśmiechem poda mu rękę. Pomogą sobie wstać, wyszepczą podziękowania spojrzeniem.
Aluś?
No?
My czekamy jeszcze na malucha?
Skąd wiesz? spojrzy zaskoczona.
Znam cię, kobieto! I noce na podłodze, i spojrzenie Który to tydzień?
Trzeci.
Hura! Radek przytuli ją z całych sił, ona go pacnie lekko w wargi.
Cicho bądź bo obudzisz dzieci!
Kot powędruje za nimi do sypialni, potem wróci do kuchni i jeszcze raz położy się na parapecie. Po cichutku. Bo już niedługo i tu spokój będzie miał rzadko. Aldona zyska nowe troski, a kot przeniesie się do dziecięcego pokoju, pod pachnące mlekiem łóżeczko. I woli to miejsce od poduszki na parapecie.
A ja, prowadząc ten nocny dziennik, zapisałem między wersami tę prostą lekcję: nie czekajmy latami, by mówić, co naprawdę czujemy. Tracimy tylko czas na nocne podjadanie samotności. Warto czasem otworzyć się przed tymi, których kochamy bo wtedy noc nie jest wrogiem, tylko spokojnym początkiem nowego dnia.



