Anna usiadła na tylnym siedzeniu i z niedowierzaniem zauważyła, że jej syn nie zmieści się w tym miejscu.
Mój mąż Marek, nasze dwa chłopaki Kacper i Jacek oraz ja wybraliśmy się na wakacje za granicę. Pewnego dnia przydarzyła nam się sytuacja, której nie da się po prostu przypisać do kaprysów.
Zarezerwowaliśmy wycieczkę po malowniczych zakątkach Czech, które nie da się zwiedzić pieszo. Postanowiliśmy poświęcić temu jedną dzień naszego wypoczynku.
Kupiliśmy cztery bilety, po 150 zł każdy, aby każdy miał własne miejsce. Po nas do autobusu wsiadła pełna figura kobieta z małym chłopcem na rękach. Obaj mieli podobną sylwetkę i ledwo zmieścili się między rzędami. Pani usiadła na tylnym siedzeniu, po czym stwierdziła, że jej syn nie zmieści się w tym fotelu. Wstała więc i rozejrzała się w poszukiwaniu wolnego miejsca dla dziecka.
Spojrzała na naszych chudych chłopców i postanowiła usadzić swojego synka obok nich.
Marek postanowił jej sprzeciwić się przypomniał, że my zapłaciliśmy za te miejsca i nie ma powodu, by zmuszać nasze dzieci do przesiadki. Pani nie odpuszczała, zaczęła nawet spierać się z przewodnikiem wycieczki.
Twierdziła, że mamy obowiązek zrobić miejsce dla innych, a nawet proponowała, byśmy anulowali całą wycieczkę i zwrócili bilety. Inni turyści podkręcili atmosferę, zaczynając robić nam selfie i zachęcając do dzielenia się miejscami.
Dzieci w końcu wstały, żeby ruszyć dalej, a kierowca czekał, aż spór się uspokoi. Nastrój już jednak był poparzony.
Zastanawiam się: czy mamy rację? Po co mielibyśmy zmuszać nasze dzieci do jazdy w ciasnym miejscu, skoro już zapłaciliśmy za bilety? Co o tym myślicie?




