Zalotnik zaproponował spacer przy -20°C, bo „w kawiarniach siedzą tylko utrzymanki”. Wtedy nie dałam się zbić z tropu…

Dziennik, piątek wieczór

Mam za sobą wyjątkowo zimną randkę, która, choć trwała tylko kwadrans, okazała się bardzo pouczająca. Wszystko zaczęło się kilka dni temu, gdy zacząłem pisać z Łukaszem. Na zdjęciach prezentował się zwyczajnie: schludny facet około trzydziestu pięciu lat, bez ekstrawagancji. W jego profilu czytałem mądrości o świadomości, rozwoju osobistym i poszukiwaniu autentycznej duszy. Już wtedy powinna mi się zapalić lampka doświadczenie podpowiadało, że ci, którzy najgłośniej mówią o prawdziwej kobiecie, często szukają kogoś, kto nic nie będzie oczekiwał ani ubiegał się o coś więcej.

Rozmowa przebiegała poprawnie, choć Łukasz co jakiś czas wspominał o tym, jak bardzo współczesne kobiety są zdeprawowane przez pieniądze.

Wszystkim chodzi tylko o restauracje, Malediwy i telefony pisał. Nikt nie chce rozmawiać, patrzeć na serce, po prostu spacerować i poznawać siebie nawzajem.

Cierpliwie odpisywałem, przekierowując rozmowę na inne tory. Każdy ma jakieś swoje blizny. Może była żona zostawiła go bez mieszkania albo złudzeń nie sądzę, by warto było oceniać z góry.

Wreszcie padła propozycja spotkania. Problem polegał na tym, że właśnie w Warszawie panowała prawdziwa zima: minus dwadzieścia na termometrze, a przez wiatr odczuwalna temperatura jeszcze niższa. Meteorolodzy alarmowali, aby nie wychodzić bez potrzeby.

Spotkajmy się w parku napisał Łukasz. Pospacerujemy, pooddychamy świeżym powietrzem, poznajmy się bez zbędnego blichtru.

Łukasz, na dworze jest minus dwadzieścia, za dziesięć minut będziemy lodowymi rzeźbami, może po prostu pójdziemy na kawę do kawiarni?

Odpowiedź przyszła natychmiast.

Nie chodzę do kawiarni, tam siedzą tylko utrzymanki, które liczą, że ktoś je nakarmi. Ja chcę partnerki na życie, żeby była ze mną w ogień, wodę i mróz. Jeśli chcesz, żebym wydał na ciebie dwieście złotych, to nie mamy o czym rozmawiać.

Moja ciekawość zwyciężyła. Musiałem zobaczyć tego rycerza czystości relacji, dla którego filiżanka americano była oznaką finansowego zniewolenia.

Dobrze napisałem. Park, 19:00, przy głównym wejściu.

Przygotowania trwały dłuższą chwilę. Wyciągnąłem z szafy termoaktywną bieliznę, ciepły sweter, narzuciłem narciarski kombinezon, na nogi grube buty, wełniane skarpety, na głowę czapkę z nausznikami.

W lustrze widziałem człowieka gotowego na ekspedycję antarktyczną.

No to trzymaj się, Łukasz mruknąłem i wyszedłem w lodowaty mrok.

O dziewiętnastej byłem przy wejściu do parku. Mróz od razu chwycił mnie za policzki jedyne odsłonięte miejsce. Śnieg skrzypiał pod stopami, wokół nie było żywej duszy wszyscy normalni ludzie zostali w cieple.

Przy wejściu stał Łukasz. W jesiennym płaszczu. Przestępował z nogi na nogę, skakał i dmuchał w zmarznięte dłonie. Jego nos miał kolor dojrzałej śliwki, a uszy były czerwone jak mak.

Podszedłem.

Cześć powiedziałem przez szalik.

Spojrzał na mnie, spodziewając się chyba delikatnej księżniczki w rajstopach, która będzie subtelnie marznąć, dając mu szansę do popisów. Zamiast tego zobaczył faceta wyglądającego bardziej na ratownika górskiego.

Cześć zagrzechotał zębami. No, solidnie się przygotowałeś…

Sam mówiłeś: i w ogień, i w wodę, zacząłem od mrozu. No to idziemy, czas poznać duszę…

Kwadrans chwały

Ruszyliśmy alejką. Ten spacer z miejsca przeszedł do rankingu moich najdziwniejszych randek.

Jak ci się podoba pogoda? zagaiłem uprzejmym tonem.

Pobudza, wydukał. Jego twarz już prawie się nie ruszała, tylko usta robiły się coraz bardziej sine. Kocham zimę, sprawdza ludzi.

Zgadzam się skinąłem głową. Skoro o utrzymankach mowa, rozwiń teorię: dlaczego kawa to oznaka sprzedaży?

Mówienie wyraźnie sprawiało mu ból mróz palił gardło ale jego zasady wymagały poświęceń.

Bo… głos drżał relacje powinny być budowane na wzajemnym zainteresowaniu, a nie na portfelu. Jeśli kobieta nie może po prostu pospacerować, a od razu żąda karmienia, znaczy, jest tylko konsumentką.

A jeśli kobieta po prostu nie chce dostać zapalenia płuc? spytałem, poprawiając kaptur.

To wymówki uciął i głośno pociągnął nosem. Kto chce, szuka okazji, trzeba się cieplej ubrać.

No to się ubrałem, rozłożyłem ręce, pokazując swoją obszerną sylwetkę. A ty chyba nie bardzo. Nie jest ci zimno?

Jest okej! odburknął, ale trząsł się tak, że nawet w półmroku było to widoczne.

Minęło dziesięć minut. Na centralnym placu parku stał zamknięty kiosk z kawą. Łukasz spojrzał na niego z tęsknotą godną bohatera tragedii.

Może wrócimy? zaproponował. Wiatr się nasilił.

Ależ proszę! rozpromieniłem się. Dopiero zaczęliśmy. Chciałeś dotrzeć do duszy. Porozmawiajmy o literaturze. Lubisz Jacka Londona? W opowiadaniu Rozpalić ogień bohater umiera z zimna, bo je zlekceważył.

Jego spojrzenie było dalekie od duchowych poszukiwań.

Słuchaj, muszę lecieć powiedział nagle. Mam pilne sprawy.

Jakie sprawy? Przecież planowaliśmy wieczór.

Służbowe. Zapomniałem wysłać raport.

O ósmej wieczorem, w piątek?

Tak! niemal wykrzyknął.

Odwrócił się i niemal biegiem ruszył w stronę wyjścia. Ja podążyłem za nim, rozkoszując się tym momentem mój survivalowiec wytrzymał dokładnie piętnaście minut.

Przy metrze nawet się nie pożegnał, po prostu zniknął w cieple podziemi. Mam nadzieję, że tam ogrzał nie tylko zmarznięte ręce, ale i swoje przekonania. Choć raczej wątpię.

Wracając do domu, zaparzyłem gorącą herbatę i skasowałem rozmowy z Łukaszem. Nie żałuję straconego czasu. Te piętnaście minut dały mi ważną szczepionkę przeciwko poczuciu winy i przypomniały, że troska o siebie to nie żadne oznaka bycia utrzymanką, lecz zwyczajna zdroworozsądkowa dbałość.

Oceń artykuł
TwojaCena
Zalotnik zaproponował spacer przy -20°C, bo „w kawiarniach siedzą tylko utrzymanki”. Wtedy nie dałam się zbić z tropu…