Kiedy Ludmiła skończyła trzydzieści lat, nagle zdała sobie sprawę, że jej życie przypomina długą przerwę między reklamami.
Dzień spędzała w małej firmie informatycznej w Warszawie, poprawiając teksty na stronie, poprawiając cudze przecinki i wymyślając krótkie napisy przy przyciskach. Wieczorem wracała do wynajętego kawalerki na siódmym piętrze w kamienicy przy Mokotowie, z okna której widać było jedynie szarą ścianę sąsiedniego bloku i wąską smugę nieba. Miał ją chłopak Andrzej, programista z tego samego biura ale ich związek od roku kręcił się w miejscu między jesteśmy razem a czymś bardziej konkretnym.
Spotykali się dwatrzy razy w tygodniu. Czasem Andrzej zostawał u niej, czasem ona u niego, w jego schludnym, niemal bezosobowym mieszkaniu z białymi ścianami i telewizorem na podłodze. Rozmowy coraz częściej dotyczyły projektów, seriali i tego, gdzie taniej kupić zakupy. Gdy padał temat przyszłości, Andrzej żartował albo mówił, że teraz nie ma pośpiechu.
Ludmiła przytaknęła, choć w środku za każdym razem coś się ściskało. Nie potrafiła nawet dokładnie określić, czego chce. Z jednej strony przerażała ją myśl o małżeństwie i dzieciach, o konieczności rezygnacji z czegoś. Z drugiej ta ciągła niepewność wyczerpywała ją coraz bardziej.
Na początku kwietnia zadzwoniła mama i powiedziała, że trzeba przejrzeć stare rzeczy w domu babci. Mieszkanie miało zostać wynajęte, a część mebli i naczyń sprzedana. Babcia zmarła jesienią i od tamtej pory nikt nie zaglądał do jej szafy i antresoli.
Jesteś u nas najporządkowsza rzekła mama. Ja będę w pracy do wieczora, ciocia Nina przyjedzie pomóc, ale nie ma siły dźwigać kartony. Jedź, zobacz, co da się wyrzucić.
Ludmiła zgodziła się bez entuzjazmu. Babcię kochała, ale w ostatnich latach żyła w własnym świecie, mieszała imiona, zapominała, kto przyszedł wczoraj. Wspomnienia o niej wiązały się raczej z zapachem konfitury i szelestem starych gazet niż z rozmowami.
W sobotę rano pojechała do mieszkania babci. Dom znajdował się w sąsiedniej dzielnicy, w dziewięciopiętrowej kamienicy; w klatce pachniało kurzem i czymś starym. Drzwi otworzyły się z charakterystycznym skrzypnięciem. Wewnątrz było tak, jak jesienią: wyblakły dywan, szara kanapa przykryta kocem, kredensy ze szkleniem.
Ciocia Nina już tam stała. Niska, pulchna, w ciemnoniebieskim szlafroku, trzymała w ręku ściereczkę i rozkazywała, gdzie odkładać książki i naczynia.
Nie wyrzucaj albumów ze zdjęciami od razu dodała. Mama je chroniła.
Ludmiła skinęła i sięgnęła po dolną półkę kredensu, gdzie w głębi leżały stare teczki i kartony. Kurz drażnił nos, a szkło lekko drżało, gdy wyciągała stosy żółknących kopert.
Pośród zeszytów i pocztówek znalazła małą drewnianą ramkę ze zdjęciem. Szkło było lekko zamglone, ale twarze były wyraźne. Babcia, około trzydziestoletnia, stała w parku w jasnej sukience z drobnym wzorem. Obok niej mężczyzna w mundurze, bez hełmu, z krótkimi ciemnymi włosami, patrzył w stronę fotografującego, a babcia na niego. W jej spojrzeniu było coś, czego Ludmiła nigdy nie widziała na innych fotografiach.
Odwróciła ramkę. Na odwrocie wyblakłymi tuszami napisano: Lidia i Kola. 1947. Niżej nieczytelne litery, jakby ktoś zaczął pisać, a potem się wycofał.
Ciociu Nino, a kto to? zapytała, pokazując ramkę.
Ciocia Nina zerknęła, potem na chwilę zamarła, jakby złapała oddech.
O, to stare odparła szybko i odwróciła się. Połóż z innymi.
Ale babcia i ten Kola. Nie słyszałam o nim.
Kto jej na zdjęciach się fotografuje, nie wiadomo odrzuciła Nina. Później rozgryziemy. Najpierw sprawdź albumy, nie mieszaj z gazetami.
Ton był zbyt pośpieszny. Ludmiła poczuła rosnącą ciekawość. Raz jeszcze przyjrzała się twarzy mężczyzny nie rozpoznała go, ale spojrzenie babci przyciągało uwagę.
Resztę popołudnia spędziły z ciocią, przeglądając rzeczy. Wieczorem Ludmiła wzięła do domu karton ze zdjęciami i listami, mówiąc, że wszystko poukłada w folderach. Ciocia tylko machnęła ręką.
Rób, jak chcesz. Nie potrzebuję tych papierków.
Wróciwszy do kawalerki, postawiła karton na stole i patrzyła na niego. Andrzej napisał, że nie przyjedzie ma pilny deadline. Odpisała ok i wyciszyła powiadomienia.
Pokój wypełnił szelest papieru, gdy przeglądała fotografie. Babcia nastolatką w szkolnym mundurku, mama mała w ręcznie robionym czapeczce, nieznany stół w ogrodzie z obcymi ludźmi. Fotka z mężczyzną w mundurze leżała nieco na uboczu, opierając ramkę o ścianę.
Ludmiła przyłapała się na tym, że ciągle na nie patrzy. W końcu wzięła ramkę i postawiła przed sobą.
Lidia i Kola. 1947.
Rodzina zawsze mówiła, że babcia Lidia wyszła za męża Władysława pod koniec czterdziestych. O wojnie słyszano mało, tylko ogólne frazy. Władysław zmarł, gdy mamie było pięć lat. Innych opowieści o innych mężczyznach w życiu babci nie słyszała.
Zrobiła kilka zdjęć telefonem, żeby pokazać mamie, i odłożyła ramkę bokiem. W nocy nie mogła zasnąć, w głowie kręciły się pytania, których wcześniej nie było.
Następnego dnia pojechała do mamy, która mieszkała dwie przystanki od stacji metra, w dwupokojowym mieszkaniu z balkonem pełnym donic z kwiatami.
No co, przeglądłaś? zapytała, podając herbatę i ciastka. Nina nie narzekała?
Narzekała, ale było w porządku odpowiedziała Ludmiła i wyciągnęła z torby zdjęcie. Mamo, wiesz, kto to jest?
Mama wzięła ramkę, zmrużyła oczy, twarz lekko się zmieniła, ale szybko wróciła do normalności.
To twoja babcia. Nie rozpoznajesz?
A mężczyzna?
Jaki mężczyzna? Mama udawała, że przygląda się tłu. Ach, ten. Nie pamiętam. Pewnie jakiś znajomy. Wtedy wszyscy się fotografowali.
Tutaj jest podpis. Lidia i Kola. Nigdy o nim nie słyszałaś.
Mama położyła ramkę na stole i wzięła kubek.
No cóż, każdy ma swoją młodość, swoje przyjaźnie. Co teraz?
Ale dlaczego go nie znałaś? On w mundurze, 1947 rok. Może frontowy towarzysz?
Po co ci to? głos mamy stał się ostry. Człowieka już nie ma, a babci już nie ma. Nie wорошайте przeszłość.
Ludmiła poczuła rosnącą upartość.
Po prostu ciekawość. Zrozumiałam, jak mało wiem o babci. Prawie nic nie opowiadała.
Nie chciała odparła mama. Niektóre rzeczy lepiej zostawić w spokoju.
Zanim poszła do kuchni na kolejny herbata, rozmowa zakończyła się. Ludmiła patrzyła na zdjęcie. To nie tyle brak odpowiedzi, co ostra obrona. Gdyby to był zwykły znajomy, mama nie zareagowałaby tak emocjonalnie.
W drodze do domu otworzyła w telefonie zdjęcie tyłu fotografii i powiększyła napis. Pod Lidia i Kola. 1947 w samym dole wyłaniały się ledwo widoczne litery i cyfry, przypominające datę. czerwiec. Nie dało się wyczytać więcej.
W kolejnych dniach praca toczyła się jak zwykle, ale myśli wciąż wracały do mężczyzny w mundurze. W przerwach od poprawiania tekstów łapała się na tym, że przegląda jego twarz na ekranie telefonu, próbując odgadnąć charakter.
Andrzej kilka razy proponował spotkanie, ale zawsze miał jakiś wymówkę trening, spotkanie z kumplami, nagła poprawka kodu. Ludmiła zgadzała się przełożyć, a z każdym razem czuła rosnącą zmęczenie.
Pewnego wieczoru, siedząc przy kartonie z listami babci, wpadła na pomysł. W jednym z albumów była fotografia, na której babcia z przyjaciółkami stała przy budynku z napisem Dom kultury kolejowców. Podpis: Kalinów, 1949. Czyli po wojnie babcia trochę mieszkała w Kalinowie.
Uruchomiła laptopa i zaczęła szukać informacji o mieście, które wtedy nosiło inną nazwę. Natrafiła na forum pasjonatów historii, gdzie dyskutowano o latynoradzieckich latach. Wśród wątków pojawiały się listy poleconych poległych i zaginionych żołnierzy. Pomyślała, że gdyby Kola był żołnierzem, jego nazwisko mogło być w takiej liście.
Nazwisko nie znała.
W weekend zadzwoniła do cioci Niny.
Ciociu Nino, babcia po wojnie mieszkała w Kalinowie?
Tak, na jakiś czas. Wywozili ich tam, tam zostali, aż wrócili. Co?
A wiesz coś o Kolcie, co jest na zdjęciu?
W słuchawce zapadła cisza.
Cały ten Kola westchnęła ciocia. Słuchaj, zostaw to. Wojna, głód, ludzie przyходzą i odchodzą.
Ale ty coś wiesz.
Wiem, ale nie chcę mówić. Nie dlatego, że to jakaś tajemnica, a dlatego, że boli. Mamusia nie chciałaby, żebyśmy rozkopywały jej przeszłość.
Nie chcę nikogo osądzać powiedziała cicho Ludmiła. Po prostu chcę zrozumieć, jaka była babcia, nie tylko staruszka, którego pamiętam.
Po chwili ciocia Nina znowu odezwała się:
Dobrze, przyjedź w niedzielę, sama, bez mamy. Pogadamy.
Cały tydzień przed niedzielą Ludmiła chodziła na rozdrożu. W pracy mechanicznie poprawiała teksty, a wieczorami przeszukiwała listy, szukając choć jednego wzmiankowania Kolę. W kopertach były głównie pocztówki od przyjaciółek i rzadkie listy od Władysława.
W czwartek Andrzej zaproponował wyjazd nad morze latem.
Możemy wziąć last minute, dwutygodniowy pakiet mówił przez telefon. Planujesz urlop.
Planuję odpowiedziała. A potem?
Co?
No, jedziemy, odpoczywamy. A potem?
On się zamyślił.
Potem będzie jesień, projekty, praca. Życie.
Ludmiła poczuła znany dreszcz irytacji.
Dobra, pogadamy później odłączyła, tłumacząc się zajęciami.
W niedzielę pojechała do cioci Niny. Ta mieszkała w starej ceglanej kamienicy blisko parku. W mieszkaniu pachniało smażoną cebulą i wypranym praniem. Na ścianach wisiały dywany z reniferami i zdjęcia dzieci i wnuków.
Wchodź przywitała, poprawiając okulary. Herbatka?
Proszę podziękowała.
Usiadły przy kuchennym stole. Ciocia nalała herbatę i usiadła naprzeciw, dłonie splecione.
Więc chcesz wiedzieć o Kolcie zaczęła bez ceregieli. Tylko potem mamo powiedz ostrożniej. Ona to wszystko przeżyła po swojemu.
Ludmiła skinęła, czując, jak sucha w ustach.
Twoja mama urodziła się w Warszawie, a przed tym ona i Lidia mieszkały w Kalinowie. Lidia trafiła tam w czasie wojny, w ewakuacji. Tam poznała Kolę. Był porucznikiem, ranny, leżał w szpitalu polowym. Potem zostawiono go przy jednostce, coś w rodzaju komendanta.
Ciocia wzięła łyk herbaty i zamruczała.
Kochały się, wyszeptała. Ja byłam mała, ale pamiętam. Przynosił czekoladę, której wtedy nie dało się kupić. Lidia z nim się śmiała. Nigdy nie widziałam jej tak szczęśliwej.
Dlaczego nie został moim dziadkiem? zapytała Ludmiła, czując ciężar w piersi.
Bo go zabrało odparła ciocia, patrząc w okno. W czterdziestym siódmym odbyły się kontrole, filtry. Kto gdzie był, co robił. Powiedzieli, że jego brat był jenkiem. To było brzemię. Zabrali go. Lidia biegała po urzędach, pisała wnioski. Mówiły: przeniesiono go tutaj, potem tam. A w końcu przestały odpowiadać.
Ludmiła ściskała filiżankę.
Aresztowano go?
Najprawdopodobniej. Wtedy wielu wyciągano. Zwłaszcza tych, co wrócili z frontu i mieli kreLudmiła zamknęła ramkę, uśmiechnęła się i ruszyła w poszukiwaniu własnego, nieco ironicznego, ale szczęśliwego zakończenia.




