Właściwa Osoba w Twoim Życiu

Hej, kochana! Słuchaj, muszę Ci opowiedzieć, co się ostatnio działo z wujem i małym Szymonkiem.

Dziadek, już! szarpał za rękę szczupłego, w długim, za duży płaszczu wciągniętego chłopca Marek, który wciąż kręcił się w miejscu, palcami dotykając ust.

Jan Trofimowicz spojrzał na wnuczka z lekkim zmrużeniem, ciągnąc jeszcze mocniej szalik w kratę czerwony z czarnym długi, wełniany, z frędzlami.

Te frędzle zawsze wplątywały się w twarz małego Szymona, kiedy dziadek pochylał się i coś mu paplał. Teraz nitki wełny nieprzyjemnie zahaczyły o różowawy od mrozu policzek.

Szymon zmarszczył brwi, pocierał policzki palcami i znowu spojrzał na Jana jakby szukał litości.

No! wyjął wreszcie dziadek. Co? Ej, mówisz? Powiedz JEST. Powiedz, jak trzeba, rozumiesz? i wpatrzył się w oczy wnuczka swoimi czerwonymi, rozczochranymi spojrzeniami.

Mieli oczy jak dwa lustrzane odbicia jedno miniaturą drugiego. Ale oczy Jana widziały więcej, niż chciały widzieć, nigdy nie łzawiły, płonęły surową niezgodą. Oczy małego Szymona widziały mało dom i przedszkolisko, czasem dziadek zabierał go do piwiarni u kolegów, jak sam mówił. Te oczy płakały cicho, tak, żeby nikt nie skarżył się.

Ej szepnął chłopiec.

JEST! ryknął dziadek.

Ej, ej

Patrzyli na siebie, podczas gdy śnieg sypał się nieustannie, otulając białą kołdrą tych dwóch bliskich, lecz nie do końca rozumiejących się ludzi. Gdyby nie pojawiła się obok nich pani, Łucja Wróblewska, kucharka z kantyny Wszyscy na swój koszt, rozświetlona lampkami girland po prawym boku.

Janek, to ty? wykrzyknęła Łucja, kaszląc głośno. Patrz, jaki piękny szalik, mój drogi! Czerwony, a co to za Mikołaj!

To ja. Ten szalik mam od dawna, nie wiesz, po co się wciągać? burknął Jan, podciągając nos w stronę bujnej piersi Łucji.

No dobra, nie zadzieraj się. Co, znów podsunął ci jakiś chłopiec? Żona nie wraca już do domu? skinęła Łucja w stronę Szymona.

Ania wyjechała na delegację, wyjaśnił Jan, wypluwając wargi. Tylko w tym miesiącu, jak zwykle, zostawiła mną kłódę. A ojciec? dopytała Łucja, zrywając śnieg z czapki Szymona dużą ręką w rękawicy.

Pamiętam pierwszą noc w domu, odparł Jan, marudząc. Długo nie był. Teraz ciężko mu z niepełnosprawnym kołysać się. Potrzebuje normalnego dziecka. Czy rozumiesz, Szymonie? mrugnął nieco złośliwie.

Szymon wzruszył ramionami. Nie rozumiem. Może i nie muszę

Czy to, co robicie, ma sens? wciągnęła Łucja rękę w jego twarz, pachnąc zupą, kotletami i czymś słodkim. Chłopiec nie pamiętał, co to, ale w brzuchu znów zamruczało.

Wiesz, w ogrodzie nie ma jedzenia, a ta młoda pani, Galia, mówi, że odwraca się, i tak dalej. On kręci się w kółko, a ja mówię: Jedz bułkę, a nie szproty. Niech nauczy się mówić JEST, a kupię mu bułkę. To moje ostatnie słowo! dodał Jan, marszcząc brwi.

Łucja patrzyła na niego chwilę, przyciskając dłonie do bioder i przygryzając wargę, po czym lekko popchnęła dłonią słabego Jana w plecy, aż prawie upadł.

A oto moje ostatnie słowo. Nie dam głodnemu dziecku głodu. Nie jest niepełnosprawny, sam to mówił. Ma opóźnienie, ale nadrobimy. Złapiesz, Szymonie? skinęła.

Chłopiec przyglądał się jej oczom i czuł, jak w brzuchu coś się kurczy.

No to chodźmy do kantyny. Dziś mam wolne, Łucja za mnie. Nie będziemy się sprzeczać, przy garach każdy znajdzie miejsce! Za mną, biedacy! rozkazała z taką pewnością, jakby prowadziła oddział żołnierzy.

Nie mamy czasu. Do domu! odparł Jan, odchodząc.

Chciał iść spokojnie do domu, wjechać z Szymonkiem na ósmym piętrze, a w windzie przyciskać przyciski dla wnuczka, liczyć. Szymon ciągle wyciągał rękę, a Jan grzmiał, że nie chce, żeby wnuczek został idiotą.

Szymon ucichł, potem znów wyszeptał ej, jakby był bez słów.

I poszli. Łucja patrzyła za nimi ze smutkiem. Chciała się troszczyć o kogo? Nie o Jana, bo nie jest w jej guście. O Szymona, tego płochliwego chłopca

Zima nie dawała za wygraną, Ania przeskakiwała z delegacji na delegację, dziadek wciąż zawoził Szymona do przedszkola, krzycząc i jęcząc, szorując zimny płaszczyk. I znowu szli, z czerwonym szalikiem jak latarnia w zamieci, a Łucja obserwowała ich ruchy.

Pewnego naprawdę ciężkiego czasu Łucja nie wytrzymała i wciągnęła ich do kantyny.

Mówię, że nie pójdziemy! Do domu, Szymonie! ryknął Jan, podając wujkowi rękę.

Ale i on czuł, że dotarli do granicy. Dalej byłby mrok i rozpacz. Szymon czasem szukał matki, wąchał jej płaszczyk w przedpokoju, chował się w nosie. Dziadek go bał.

Czasem Szymon płakał we śnie, szukając kogoś, a dziadek podsuwał mu rękę, ale chłopiec odpychał.

To twoja głupia miłość! narzekał Jan. Matka ci nie potrzebna! Jest w restauracji z kieliszkiem w ręku, a ty tu się potykasz

Wtedy Jan zgodził się wpaść do Łucji w miejscu pracy.

No i super, Janek! Co u was? Mam szarlotkę! Chodźmy!

Kantyna Wszyscy na swój koszt była przepełniona. Tanie jedzenie, sycące, jak w domu: rosół, gulasz, kasza gryczana, sałatka, kompot. Czasem podawano plik. Łucja nauczyła się tego od jednego z kochanków, gotowała nie w garnku, ale zawsze smakowało wah-wah. Słodka marchewka, drobno posiekana cebulka, ryż w oddzielnych ziarnach, bez grudek, maślany, błyszczący, mięso w pełni.

Smaczcie, chłopaki! wołała Łucja, kiedy podziękowano jej.

Tak to było. Gotowała, jakby karmiła dużą rodzinę z pulchnymi dziećmi i zapracowanym mężem. Niech on wypija wódkę z soloną śledzią, gada o polityce i śpiewa piosenki. Dla Łucji liczyło się, że są. Chciała trójki dzieci nie ważna płeć, ważne było ciepłe brzuszki przy jej piersi. Niestety, nie wyszło

Dlaczego Łucja była sama? Nikt nie słyszał jej historii. Żyła, i tyle. Mało kto zna takie kobiety na naszej ziemi…

W kantynie ludzie spojrzeli na wchodzących: dziadka, wnuczka i kucharkę. Ktoś z stałych bywalców skinął głową i ukląkł.

Łucja otworzyła drzwi do zaplecza małego pomieszczenia z dwoma stołami, łóżkiem i szafą. No co, zamgliliście? Zmarzło? A już podamy zupę! Szymonie, usiądź. Tu krzesło, jak dla małego niedźwiadka. A dla dziadka…

Jan niechętnie się rozebrał, drżał. Od kilku dni go dreszczyło, kości waliły, chciał leżeć w domu, pić herbatę z konfiturą, jeść bułkę i spać. A tu Szymonek…

Co z tym chłopcem? zapytała Łucja po telefonie z Anią, matką Szymona, tuż po wypisaniu ze szpitala.

Upadł? zmarszczył brwi Jan. Nie widałaś?

Nie chciała wyjść. Lepiej, żeby nie rodziła, bo teraz muszę z nim walczyć westchnęła Ania.

Daj spokój! Wszystko się ułoży, Szymonku! zawołał mężczyzna przy łóżku, trąbiąc na maleństwo.

Mijały tygodnie, a Jan nadal nosił Szymona do przedszkola, gotował jajka na patelni, mył, czesał. Jedli w ciszy, stukając łyżkami. Jan wypijał kieliszek wódek, a w nim budził się nauczyciel.

Po myciu naczyń siadali razem na małym krześle, oglądali serial Młodość. Szymonowi nudziły się obrazy, a Jan wskazywał małym paluszkiem, prosząc powtórzyć słowa.

Szymon próbował. Najpierw patrzył na usta dziadka, dotykał ich, potem własne, i wydychał coś, co przypominało słowo. Mylił się, Jan się złościł, notatnik spadał, a chłopiec zasypiał.

Kochał Jan Szymona? Sam nie wiedział. Może kochał, a może po prostu nie rozumiał. Nie wiedział, jak pomóc.

Dobra, chłopaki, bierzcie łyżkę! wpadła Łucja z tacą pełną talerzy, stawiając ją na stole.

Szymon odwrócił wzrok i od razu zaczął płakać.

W ogrodzie, tam gdzie Galia trzymała jego wargi, próbowała wsypać mu łyżkę zupy. Chłopiec się wykręcał, a Galia się wściekała.

Łucja usiadła obok, podniosła stołek i z westchnieniem zaczęła jeść. Jan poczuł ciepło w rękach, które przeszło od zimnego warsztatowego parkingu, w którym pracował. Było pachnące liśćmi laurowymi i solonymi ogórkami.

Znamy się już trzydzieści lat, co? zaczęła Łucja, patrząc na Szymona. Czy to naprawdę tak? A my się kłóciliśmy, godziliśmy, a ja w końcu go poślubiłam? skinęła, wlewając mu kolejną łyżkę zupy. Smaczne? Widzisz, zawsze trzeba jeść smacznie, Szymonie. A nie smacznie? Trzeba żyć w radości.

Skąd weźmiesz radość, kiedy jest sam, bez mamy i nie umiesz sobie poradzić? zapytał chłopiec. Może ktoś mu ma podać lekarstwo, ale Ania nie chce diagnozy. To niszczy mu życie! warknął Jan.

Radość jest wszędzie. Bez niej jest źle odpowiedziała Łucja. Musisz się uśmiechać i żyć.

Szymon otworzył usta jak ptaszek i sięgnął po łyżkę, potem pogłaskał Łucję po ramieniu.

Przepraszam, że się rozproszyłam powiedziała, wlewając mu większą porcję.

Zupa zniknęła szybko, potem przyszła kotlet, a potem puree, które Łucja malowała zabawnymi buźkami i rozsmarowywała po talerzu.

Na koniec podano herbatę i szarlotkę, którą Łucja przyniosła, jak obiecywała. Jan kochał jej ciasta. Żona nie piekła, ale chętnie przyjmowała wypieki Łucji i nie zazdrościła jej przyjaźni z Janem.

Jan uwielbiał też, kiedy Łucja śpiewała. Niski głos płynął z jej piersi, wypełniając pokój i sprawiając, że wszyscy się rozluźniali. Jan mruczał razem z Szymonkiem, a potem chłopiec powtórzył ostatnią linijkę piosenki o koniu, który biegł po polu maku.

Ten koń był jak Szymon młody, niezdarny, próbuje i potyka się, ale wciąż biegnie.

Po chwili Łucja wstała, położyła rękę na ramieniu Jana i rzekła:

Janek, dzwoń, jak czegoś potrzebujesz. Pomogę.

Jan skinął głową.

Kilka dni później Jan poczuł się gorzej. Po pięciu dniach wstał rano, nie mógł wstać. Trzeba było budzić Szymona, karmić go, wyprowadzać do przedszkola, a sam nie miał siły. Kaszel go trzymał pod kołdrą, potem zawroty głowy, noc i ciemność.

Szymon siedział na krawędzi łóżka, zaciągając się w skarpetki i bluzkę.

No tak, ubierz się wyszeptał Jan, uśmiechając się. Szymonie, kocham cię, słyszysz? Naprawdę cię kocham!

Pierwszy raz powiedział to głośno. Potem podszedł i przytulił go mocno.

Jan stał się dla Szymona wszystkim matką, ojcem, opiekunem. Szymon w końcu zrozumiał.

Wtedy Łucja przybijała do drzwi, namawiając Szymona, by otworzył. Drzwi w końcu się otworzyły, a w korytarNagle w progu pojawił się Antek z nową paczką ciepłych bułek, a wszyscy razem poczuli, że zimowy chłód w końcu się rozstąpił.

Oceń artykuł
TwojaCena
Właściwa Osoba w Twoim Życiu