Od zawsze czułem się we śnie jak błądzący wędrowiec, idący przez półprzezroczyste ulice Łodzi. Kiedyś byłem blisko z moją żoną, Zofią przez trzy dekady dzieliliśmy ten ciężki, szeleszczący od wspomnień czas. Teraz jednak, gdy skończyłem 65 lat i przestałem pracować, zrozumiałem, że mój świat nagle rozwarł się w niespodziewanym kierunku.
Zofia, o trzy lata ode mnie młodsza, zamglona obecnością telewizora i gazet, przesiąkała zapachem miasta, podczas gdy ja coraz bardziej marzyłem o zapadłej, niewyraźnej wsi pod Piotrkowem. Kiedy nasz syn, Michał, dorósł i zamieszkał z rodziną w Poznaniu, rozmawialiśmy z Zofią coraz ciszej, coraz bardziej przez mgłę. Czułem, jakby nasza miłość odpływała w żółtych tramwajach o świcie.
W bezsenne noce wyobrażałem sobie nasz domek na wsi wichrowaty, trochę krzywy, ze śliwowymi chmurami nad dachem. Przekonałem Zofię, żebyśmy kupili taki dom za oszczędzone złote, choć ona patrzyła na ten pomysł jak na porzucony walizkę w śniegu. Gdy latem przenieśliśmy się tam, ona chowała się pod kocem z kryminałem Wiesława Myśliwskiego, a kiedy prosiłem: Zosiu, chodź ze mną do ogrodu, pomóż mi przekopać grządki!, mówiła: Jestem taka słaba, nie mam siły, Adamie. Ziemia śniła mi się nocami, przesuwałem rękami po marchwi, której nie było.
Gdy złote liście wirowały pod koniec września, wróciliśmy do Łodzi. Zofia odetchnęła jakby wyszła ze snu, a ja poczułem się jak duch zamknięty w klatce. Po tygodniu wróciłem samotnie na wieś. Tam czas płynął wstecz, ślimaki przemierzały ścieżki mojego spokoju.
Na tej mglistej łące poznałem Jadwigę. Miała 60 lat, zielone oczy kojarzyły mi się z dzieciństwem i pierwszym sianokosem u babci w Sandomierzu. Na początku patrzyła na mnie niewidzącym wzrokiem, jakby mój los był zapisany na zmiętej kartce papieru. Potem jednak jej głos stał się miękki, rytmiczny jak kołysanka.
Chciałbym powiedzieć Zofii, że w moim śnie już jej nie ma, ale wstyd zamyka mi usta. Boję się reakcji Michała, boję się słów wypowiadanych nad barszczem i kluskami śląskimi w Wigilię. Na razie mówię Zofii przez telefon: Zostaję na wsi, trzeba naprawić dach, pogoda nie pozwala wrócić. A tak naprawdę wędruję boso po rosie, słucham starych tang u Jadwigi.
Czasem budzę się zlany potem, nie wiedząc, czy Zofia już wszystko wie, czy też mój sen jeszcze trwa. Co powinienem zrobić? Sam nie odnajduję odpowiedzi te sny jakby prowadziły mnie przez powietrzne labirynty, a serce rozdwajało się pomiędzy dwiema wersjami Polski i dwoma miłościami na granicy jawy i snu.




