Zostałam zaproszona na urodziny przez swoich oszczędnych znajomych z Warszawy – wróciłam do domu gło…

Warszawa, 12 czerwca 2024

Mam kilku dobrych znajomych nazwijmy ich oszczędnymi. Są dość majętni, nie narzekają na brak złotówek, ale mają w sobie ducha skąpstwa; potrafią przyoszczędzić dosłownie na wszystkim jedzeniu, ubraniach Ich styl życia zawsze mnie zadziwiał. Nigdy nie brakuje im pieniędzy na ważne sprawy, ale wydanie na coś zbędnego to już inna historia.

Spotykamy się raczej od święta. Pogadać przez telefon tak, odwiedziny raczej przy okazji. Miesiąc temu dostałem od nich zaproszenie na urodziny Ewy. Zgodziłem się, kupiłem wcześniej prezent, wybrałem coś porządnego i podczas pracy włożyłem go do torby.

Przyjęcie miało być o czwartej. W pracy, na obiad, zadowoliłem się tylko kawą i dwoma kruchymi ciasteczkami, myśląc, że na imprezie zjem coś porządnego. Po południu dotarłem do ich mieszkania w Śródmieściu. Wręczyłem Ewie zapakowany upominek, złożyłem życzenia zaznaczyłem, że jestem bardzo głodny i specjalnie nie jadłem wcześniej. Powiedziałem to żartobliwie, a Tomek, jej mąż, rzucił: Nie martw się, wszystko gotowe, będzie uczta!

W środku przywitało mnie jeszcze sześć osób, wszyscy raczej głodni po całym dniu. W salonie zamiast dużego stołu ujrzałem niewielki stolik i małą kanapę żadnych krzeseł dla gości. Osiem osób na jednej sofie, bufet zamiast typowej polskiej gościny przy stole pomyślałem: No trudno, bywa.

Tyle że bufet był wyjątkowo skromny. Na stole poustawiano kilka małych półmisków, każdy z dokładnie ośmioma plastrami produktów: wędzona kiełbasa (mój faworyt), pieczone mięso, ser, świeży pomidor, ogórek wszystko w najcieńszych możliwych kawałkach, wręcz artystycznie pokrojonych. Dwie niewielkie sałatki w mini-miseczkach. Owoce? Po jednym na głowę! I całość wieńczyła butelka stołowego wina. Jedzcie, pijcie, drodzy goście ale po jednym wszystkiego.

Przeżuwałem cienki plaster kiełbasy z odrobiną sera i już wiedziałem, że zgłodnieję jeszcze bardziej. O piciu nawet nie myślałem, bałem się pić za dużo przy tak małej ilości jedzenia. Tomek mówi: Zaraz będzie coś ciepłego! poczułem nadzieję. Ewa przyniosła gorące danie: na każdym talerzu po jednym pieczonym ziemniaku i jednej małej pałce z kurczaka. Trudno się nie zaśmiać! Na pocieszenie ciasto urodzinowe, przynajmniej w normalnym rozmiarze.

Porozmawialiśmy, trochę się pośmialiśmy, ale po półtorej godzinie wracałem do domu głodny jak wilk. Wstąpiłem do sklepu kupiłem ser, chleb i kabanosy. Zjadłem solidny posiłek już w swoim mieszkaniu.

Zastanawiam się: po co zapraszać ludzi na urodziny, jeśli nie chce się ich godnie ugościć? Prawdziwa polska gościnność polega przecież na dzieleniu się tym, co mamy. Uczę się, że wartościowe spotkania to nie tylko obecność, lecz także troska o innych, nawet przy stole. Kolejnym razem, wybierając się w gości, zjem najpierw solidny obiad i może sam przyniosę ze sobą coś dla wszystkich.

Oceń artykuł
TwojaCena
Zostałam zaproszona na urodziny przez swoich oszczędnych znajomych z Warszawy – wróciłam do domu gło…