Zły sąsiad

Istnieje pewien typ człowieka, z którym po prostu nie da się wytrzymać, nawet w snach, które płyną jak Wisła przez Kraków. Mało kto lubi być w towarzystwie tak zwanych ludzi „toksycznych”, których obecność zniekształca logikę snu i codzienności. Śnię więc opowieść, która zastąpiła mi rzeczywistość. To historia oparta na przeżyciach mojej znajomej, nazywa się Lucyna. Ale we śnie jej imię rozbrzmiewało jeszcze dziwniej, jak powiew zimnego wiatru na Plantach.

Mam bliską relację z krewną, Martą. To więź, która raz jest jak grzaniec w listopadowy wieczór, innym razem przypomina głuchą ciszę wieczornego tramwaju na Bronowice. Często się odwiedzamy, szczere rozmowy leją się z nas jak mleko z rozbitej butelki. I tym razem zawędrowałam do Marty zaproponowałam herbatę, a przemierzając senne korytarze kupiłam sernik w spożywczym na rogu. Z przenikliwym szelestem torebki ruszyłam w gości.

Tyle że, jak to bywa we snach, czas nie miał sensu. Akurat wtedy u Marty była już Leokadia, jej sąsiadka. Starsza kobieta, której butelka wódki staje się magiczną lampą. Cała emerytura znika jej na alkohol, a kiedy zanurza się w swoje złudzenia, krąży po klatce schodowej w poszukiwaniu współtowarzyszy do kieliszka. Sen układa ją w roli wiecznie obecnej, zaborczej zjawy, której obecność przypomina lodowy dotyk.

Renata, bo tak się jej śniło w tym śnie, była dla mnie trudna do zniesienia. Mówiła bez ustanku, zdania jak wysypane żetony do kolejek na dworcu. Była wyłączona z empatii, a jej słowa wpadały w uszy jak drobne kamyczki pod podeszwą. Mimo to Marta poprosiła, żebym została. Oparłam się pokusie ucieczki, w końcu zamierzałam zostać tylko jeszcze chwilę czajnik na gazie syczał o nieuchronności następnych minut. Leokadia zaczęła mówić a jej opowieści były jak poplątane wstążki bez końca i początku.

Niewielu potrafi znieść takiego człowieka. Przy niej płacz i śmiech zdają się tym samym. Marta wybiera tę dziwną mieszankę, choć ja sama wolałabym, żeby nie wpuszczała takiej sąsiadki do swojego mieszkania, nawet we śnie.

Postanowiłam wyjść szybciej. Zmęczyło mnie słuchanie jej przedziwnych wynurzeń, które brzmiały jak echo z wielkiej, pustej willi na Prądniku. Później Marta opowiedziała mi, co działo się po moim wyjściu. Przyszła kolejna znajoma, Wanda. Na początku atmosfera była spokojna jak jezioro w Mazurach, lecz potem Leokadia zaczęła „bawić się” ludzkimi emocjami.

Zrobiło się tak gorąco, że Marta i Wanda niemal pobiły się z powodu błahostek. Marta wymruczała do mnie z melancholijnym uśmiechem:

Nie uwierzysz, Leokadia tak nas podjudziła, że o mało się nie pobiłyśmy. Pierwszy raz coś takiego mi się przyśniło…

Teraz już pojęłam istotę „toksyczności”. Leokadia ucieleśnia to słowo, jej obecność wywołuje kłótnie z powietrza, jakby podjudzała je niewidzialnym ogniem. Cały blok ją znał, każdy wolał omijać. Jedynie Marta znosiła jej kaprysy.

Ale ostatnio zaczęła coś pojmować. Marta wyznała mi:

Zobacz, ja i Wanda jesteśmy jak siostry, przez tyle lat nic nas nie rozdzieliło. A Leokadia okazała się mistrzynią siania zamętu między nami. Powiedziałam Wandzie, że czuję się, jakby ktoś nas zaczarował. Takie rzeczy się przecież zdarzają, prawda?

W końcu Marta zrozumiała prawdę. Nie warto rozmawiać ze wszystkimi. Lepiej omijać takie kobiety, nawet w śnie. A ja? W mojej sennoprawdziwej kamienicy wszyscy są w porządku. I to daje spokój jak ciepły koc w zimowy wieczór.

Potem, jak w przewrotnym finale snu, Marta przekazała mi, że Leokadia się wyprowadziła. Jej mieszkanie poszło na sprzedaż za kilka tysięcy złotych, a ona sama zamieszkała u córki. Podobno powodem były rodzinne nieporozumienia. W bloku zapanował błogi spokój. Tak to jest… Jedna osoba może przewrócić życie wielu ludzi na opak, nawet we śnie.

Otoczenie ma ogromne znaczenie. Oby każdemu sen przyniósł spokojnych sąsiadów i normalną rodzinę. Bo nerwów szkoda na dziwne zjawy, choćby nawet przemawiały ciepłym, polskim głosem.

Oceń artykuł
TwojaCena
Zły sąsiad