Zimowy gość

Zimowy gość

Wiesz, jak to w polskiej wsi zimą robi się ciemno dużo szybciej niż w mieście, a jak przywali śnieżyca, to już w ogóle po siódmej wieczorem za oknem nie widzisz nic, tylko biały ekran i płaty śniegu, które oblepiają szybę i leniwie spływają w dół.

Siedziałam przy kuchennym stole i poprawiałam rękopis.

Redakcja książki mi się nie paliła termin oddania ustalony był na drugi stycznia ale wiesz, ja nie lubię odkładać rzeczy na ostatnią chwilę. Poza tym, co miałabym robić w Sylwestra sama, siedemdziesiąt kilometrów do najbliższego miasta, telewizora nie mam już od dziesięciu lat, a radio puszczam tylko czasami.

Dom w Jaroszynie kupiliśmy z Michałem dwadzieścia lat temu. Wtedy to miała być nasza letnia przystań, na świeże powietrze i odpoczynek od Warszawy. Potem Michał zginął w wypadku i miasto przygasło. Przeniosłam się już na stałe z laptopem, stertą książek, rękopisami i kotką Balbiną, która dziś akurat chrapała na kaloryferze i nie miała zielonego pojęcia, że za oknem sypie śnieżyca.

Sąsiedzi z początku łapali mnie ze zrozumieniem, potem już tylko przywykli. Że Nadzieja Białkowska, redaktorka, mieszka sobie w domu z niebieskimi okiennicami, do sklepu i po listy wychodzi raz na trzy dni, nikomu w drogę nie wchodzi, niczego od nikogo nie chce. Dobra sąsiadka.

Na stole leżała wydrukowana kupa kartek od góry: nazwisko autora E. Larysz. Osiem miesięcy męczyłam się z tą powieścią. Osiem miesięcy poprawek, wymiany maili z wydawnictwem typu zatwierdzam albo do poprawy, kłótni o akapity. Kto zacz tej E. Larysz, nie wiedziałam nic. Tylko nazwisko, literka i tekst trzysta osiemdziesiąt stron o kimś, kto długo szedł w niewłaściwą stronę, aż w końcu to zrozumiał.

Dobra rzecz, prawdziwa. Redagowałam już wszystko, serio, więc od razu poczujesz, kiedy autor ma swój głos nieudawany, nieprzyklejony na siłę. Albo ktoś taki jest, albo nie i tego się nie nauczysz. Autor to czuł i, mam wrażenie, trochę się tego bał.

Telefon zadzwonił parę minut po wpół do ósmej.

Nadziu, powiedz, kiedy oddasz? dzwoniła Krysia z wydawnictwa. Słyszałam, że się trochę głupio czuje dzwoni wieczorem w Sylwestra, wie.

Oddam drugiego.

No daj spokój, możesz spokojnie po świętach Przecież są wolne.

Drugiego, Krysia.

Pokręciła głową i już wiedziała, że nie przegada.

Ty serio tam znowu sama?

Balbina ze mną.

Nadziu.

Krysia.

Zaśmiała się i się rozłączyła. Wróciłam do tekstu, odnalazłam frazę, która mnie męczyła już trzy dni.

Strona sto siedemnaście, trzeci akapit od góry. Tam była taka fraza, co mi w rytmie nie leżała, chociaż sama w sobie niezła. Za długa, tekst pod nią się zapada. Próbowałam przerabiać już z pięć razy, pięć wykasowałam.

Za szóstym siadło.

Zaznaczyłam, poczytałam raz jeszcze, byłam zadowolona i zamknęłam laptopa. Do stukania zostało jeszcze dwie godziny.

Gościa usłyszałam gdzieś koło wpół do dziesiątej.

Nie w szybę w drzwi.

Na początku pomyślałam, że to wiatr. Ale wiesz dobrze, wiatr wali inaczej dudni, szarpie, a tu ewidentnie ktoś zapukał trzy razy, potem jeszcze dwa.

Balbina uchyliła jedno oko, ziewnęła i wróciła do drzemki.

Podniosłam się, podeszłam do okna, odsunęłam firankę i wychyliłam się, żeby zobaczyć ganku. Stoi człowiek. Bez auta, tylko śnieg wszędzie i on jeden na tym tle w płaszczu, który już dawno przesiąkł na wylot. Stara latarnia przy furtce kiwa się na wietrze i widzę wyraźnie, że to nie złodziej, tylko ofiara pogody przemarznięty i nie wie, co dalej.

Na wsi nie wypada nie otworzyć. Zwłaszcza w takim śniegu.

Zarzu­ciłam polar i poszłam otworzyć.

Dobry wieczór powiedział cicho, trochę zachrypniętym głosem. Przepraszam, że tak późno. Telefon mi padł, auto wjechało do rowu, ale widziałem u pani światło.

Przyjrzałam się dokładniej. Wysoki, prawie dotykał głową górnej framugi. Płaszcz w kratę, mokry na wylot, w jednej ręce okulary, w drugiej pusto bez walizki, bez torby. Soczewki zamglone, to i trzyma ciągle, nie zakłada.

Proszę wejść mówię.

Wszedł powoli, bez nerwów, jak ktoś, kto do cudzych drzwi puka nie z własnej woli i nie chce przeszkadzać bardziej niż to konieczne.

Daleko samochód? zapytałam, gdy zdejmował szalik.

Dwieście metrów w stronę szosy. Kolein nie rozpoznałem, wpadłem w zaspę Zostawiłem ładowarkę w domu, telefon ledwo zipnął.

No to po prostu zima.

On się rozebrał, a ja czajnik postawiłam. Zauważyłam, że okulary wciąż trzyma. Założył je dopiero, gdy ogrzał szkiełka o dłonie.

Można powiesić płaszcz tutaj skinęłam na haczyk przy lustrze.

Dziękuję odwiesił, założył okulary. Eugeniusz.

Nadzieja. Zaprosiłam do kuchni.

Tutaj wszyscy wszystkich znają. Najbliższa wieś Sieraków, sześć kilometrów przez pole. Parę domów zamieszkanych, latem przyjeżdżają działkowicze, zimą prawie pusto. Jaroszyn i Sieraków oddziela pas lasu i jedna marna droga.

Pan z Sierakowa? rzuciłam, gdy siadał.

Tak. Jesienią kupiłem tam dom, pierwszy raz przyjechałem zimą. Uśmiechnął się krótko. Nie pomyślałem, że zimą wszystko jest inne.

Prognozy nie sprawdzał pan?

Sprawdzałem. Miało być umiarkowane opady śniegu.

Umiarkowane na trasie, a w polu to dwie różne bajki.

Już wiem.

Postawiłam mu kubek herbaty gorący, bez zbędnych pytań. Ogrzewał dłonie przez chwilę, zanim w ogóle się napił.

Auto to nie problem, przyjadą z lawetą. Tylko zadzwonić rzucił.

Podładowarkę dam. Kabel leży przy lodówce.

Podłączył starą Nokię taki model, jakiego już dawno nie robią, obitą, używaną. Dwa razy sprawdził, czy kabel łączy, i wrócił do herbaty.

Długo tu pani mieszka? zapytał.

Piąty rok na stałe. Wcześniej tylko na lato.

Nie ciągnie pani do miasta?

Ani trochę.

Nie dopytywał. I to od razu polubiłam.

Telefon ładował się powoli. Wiedziałam, że nie prędko wróci do siebie.

Jadł pan coś?

Rano.

Rano

Myślałem, że tylko na parę godzin jadę.

Wyjęłam z lodówki wczorajszy krupnik. Postawiłam na kuchence. On nie protestował w stylu nie trzeba się kłopotać po prostu czekał. Dobrze wyczuł sytuację.

W kuchni przez dłuższą chwilę siedzieliśmy cicho. Nie z niezręczności po prostu tak. Za oknem śnieg szumiał, Balbina przerywała tylko pomruki na kaloryferze, dom był zalany ciepłym światłem. Pomyślałam nawet, jak dziwne to uczucie obcy człowiek siedzi u ciebie i ta cisza nie przeszkadza, choć zwykle by przeszkadzała.

Drugi czajnik postawiłam po pół godzinie.

Mimo ciepła za oknem ani drgnęło śnieg sypał bez przerwy. Jedliśmy, prawie nie rozmawiając. Nie dlatego, że nie było o czym po prostu nie było potrzeby.

Ale tu cicho powiedział po chwili.

Zawsze cicho. Poza wiatrem.

Nie W środku cicho. Kiwnął na salon. Ani radia, ani telewizora.

Mam małe radio na parapecie. Czasem włączam.

Rozumiem. Zamyślił się. W Warszawie nie umiem już pracować bez słuchawek. I tak wszystko słychać ktoś chodzi, ktoś rozmawia Rozprasza.

Pracować, czyli pisać?

Tak.

Co pan pisze?

Prozę. Uśmiechnął się krótko. Ostatnie dwa lata jedną powieść. Na długo starczyło.

Bywa.

Oddałem we wrześniu. I teraz nie wiem, co dalej robić.

Znajome uczucie, takie powietrze po burzy. Widziałam to u wielu autorów zanim wymyślą, jakie jest dalej. Jedni od razu biorą się za nowy tekst, inni chodzą nieprzytomni przez tydzień, miesiąc, jeszcze inni rzucają pisanie. Każdy ma inaczej.

Przejdzie powiedziałam tylko.

Wiem. Ale jeszcze chwilę nie.

Balbina zlazła z kaloryfera, obwąchała go, machnęła ogonem i wróciła spać.

Dobry znak? spytał półżartem.

Tak sobie. Gdyby została, byłoby lepiej.

Popracuję nad reputacją, rzucił śmiertelnie poważnie.

Roześmiałam się.

Po chwili zapytał nagle:

Mogę zapytać o coś?

Jasne, pytaj pan.

Dlaczego drugiego?

Słucham?

Sama pani wspomniała przez telefon, że odda do drugiego stycznia, a dzisiaj jest przecież Sylwester. Ma pani dwa dni w zapasie, a siedzi nad tekstem w nowy rok. Czemu już teraz?

Pytanie prosto w punkt. Jakby wcale nie przyszedł gość z zamieci, tylko człowiek, który wie więcej niż powinien.

Taki mam nawyk mówię.

Jaki?

Jak coś już prawie skończone, nie zostawiam na potem.

Przyjrzał mi się. Nie uwierzył, ale nie przyłapywał na kłamstwie raczej wiedział, że to nie cała prawda.

Poza tym tutaj nie ma powodu do przeciągania, dodałam. Sylwestra specjalnie nie obchodzę. Lepiej popracować niż się gapić na zegar.

Rozumiem i to była właśnie dobra reakcja.

Siedzieliśmy dalej w tej dziwnej, ale dobrej ciszy. Wiatr poza chałupą tłukł okiennice domu sąsiadów wyjechali pod koniec listopada, wrócą dopiero na Wielkanoc. Zawsze mnie to denerwowało, a teraz chyba mocniej.

Pracowała pani, gdy wszedłem? zagaił Eugeniusz.

Tak.

Nad czym?

Redaguję literaturę piękną mruknęłam.

Ciekawe.

Zwykle tak.

Patrzył na mnie uważniej niż zwykle.

Lubi pani pracować z cudzym tekstem? To nie męczy?

Zastanowiłam się chwilę.

Jak tekst jest słaby dusi. Ale dobry robi się z nim jak przy renowacji malarstwa: ruszasz tylko to, co trzeba, żeby wydobyć to, co siedzi pod spodem.

Kiwnął, zamyślony, chyba bardziej do siebie niż do mnie.

A nie jest pani przykro, kiedy redaktor coś usuwa panu, redaguje? zapytałam.

Tylko jeśli usuwa coś istotnego.

A jak to rozpoznać?

Jak po odjęciu zostaje ból znaczy, było ważne. Jak nie boli znaczy, można się było obejść.

Zabrzmiało to bardzo prawdziwie. Tak mówią tylko ci, którzy naprawdę przeszli przez te wszystkie redakcyjne przepychanki.

Miewał pan kiepską redakcję w przeszłości?

Różną Pierwszą książkę wycięli tak, że niewiele tego, co pisałem, się ostało z historii o rybaku na jeziorze zrobił się menedżer w biurze. Przesadzam, ale wie pani, o co chodzi.

I się pan zgodził?

Miałem wtedy dwadzieścia dziewięć lat, myślałem, że oni wiedzą lepiej.

A potem?

Potem doszło, że wiedzieć a mieć rację to różne rzeczy.

Przytaknęłam. To była prawda. Redaktor może rozumieć warsztat lepiej od autora, ale niekoniecznie słyszeć, o co chodzi w jego głosie. A tu liczy się głównie to.

***

Za oknami noc, śnieżyca jeszcze gęstsza i ta latarnia przed furtką ledwie przebija się przez mgiełkę.

Eugeniusz sączy już drugi kubek herbaty. Balbina jeszcze raz obwąchała mu kostki, ale już na dłużej nie została. Nie wołał jej dobrze zrobił, bo nie przepada, jak ją się namawia.

Mogę? wskazał półkę przy oknie.

Oczywiście.

Odszedł, obszedł wszystko wzrokiem, nie dotykał, tylko czytał grzbiety. Potem wrócił.

Dużo kryminałów pani ma.

Dla relaksu. Tam wszystko zawsze się wyjaśni.

W życiu też?

Rzadziej.

Wziął kubek.

Opowie mi pani o książce, którą redaguje?

Nie zrozumiałam, o co pyta.

No, tej, przy której pani siedziała, jak przyszedłem.

Po co?

Ciekaw jestem. Skoro mówi pani, że redaktor to jak konserwator chcę wiedzieć, jak pani widzi ten proces.

Trochę dziwne, bo zupełnie obcy facet pyta, ale nie z nudów, tylko naprawdę się tym interesuje.

To powieść o człowieku, który długo robił to, co słuszne, a potem zorientował się, że tak naprawdę bał się spróbować czegoś innego. Cała rzecz jest o różnicy między wyborem a przyzwyczajeniem.

Jak się kończy?

Odchodzi. Nie od ludzi od swojego starego ja. Według mnie, najlepsze możliwe zakończenie.

Zamyślił się.

Lubi pani takie finały?

Tak. Choć autor początkowo chciał inne.

Jakie?

Powrót. Żeby bohater wrócił do tego, co porzucił.

Przekonała go pani?

Dałam uwagę. Decyzję podjął sam. Tak jest najlepiej. Redaktor może tylko sugerować, tekst należy do autora.

Opadł lekko na krzesło, zamyślony.

Czemu uważa pani odejście za lepszy finał?

Bo powrót to odpowiedź na pytanie dokąd?. Odejście na pytanie kim?. To moje słowa, pisałam mu to w uwagach.

Długo patrzył w okno.

Ciężko, prawda?

Co?

Czytać cudze teksty, tak naprawdę dla nich, a nie dla siebie.

Pomyślałam chwilę.

Bywa. Kiedy autor się broni, nie rozumie, co robi. Ale ten słyszał.

Ten od powieści?

Tak.

W czym słyszał?

Zadumałam się nad tym, co właściwie mnie w tym tekście złapało.

Jest tam jedna fraza. Poprawiłam ją, autor się zgodził, ale ciągle myślę, czy słusznie.

Jaka?

O śnieżycy. W oryginale było dłużej, rozciągle, aż rytm się rozjeżdżał skróciłam, wyszło zgrabniej, ale coś znikło.

Co?

No właśnie nie wiem. Coś żywego.

Przeczyta pani, jak pan poprawił?

Zgodziłam się, choć trochę mnie to zawstydziło.

Zamieć niczego nie wybiera. Po prostu zostaje, gdy wszystko inne znika.

Eugeniusz zamilkł na dobrych kilka sekund, aż poczułam, że w nim coś się poruszyło. Wpatrywał się w blat, trzymając kubek nieruchomo, a ja zrozumiałam, że on nie analizuje tej frazy on ją rozpoznaje.

Coś nie tak? spytałam.

Napisałem to trochę inaczej. Zamieć nie wybiera drogi ona po prostu wie, że zostaje tylko to, co nie boi się zimna.

Odłożyłam kubek bardzo powoli, bo musiałam poskładać w głowie kilka rzeczy naraz.

Ta fraza była dokładnie w tej redagowanej przeze mnie powieści. Na stronie 117, trzeci akapit od góry. Pamiętałam ją, bo zmagałam się z nią trzy dni, zanim w końcu ją zmieniłam. Nową wersję znałam tylko ja i wydawnictwo. Ale oryginał tylko autor.

Pan to E. Larysz rzuciłam bez pytania.

Eugeniusz Larysz. Tak.

I powiem ci szczerze, nie wiedziałam co powiedzieć. Trochę to było dziwne, a trochę bardzo logiczne, bo chyba gdzieś podskórnie czułam to od samego początku. Dwie godziny przy stole, rozmowy o końcach i pustce, ja poprawiam powieść jego, a on żyje w swoim świecie. Osiem miesięcy pracy razem, a rozmawiamy, jakby nigdy nic.

Poprawiałam pańską powieść. Osiem miesięcy.

Wiem. Wydawnictwo pisało, że poprawkami zajmuje się N. Białkowska. Nie znałem pani imienia, tylko inicjał.

No właśnie Nadzieja Białkowska, to ja.

Znaliśmy się lepiej niż niejeden autor i redaktor, przez wymianę komentarzy na marginesach. Przyjął mój finał, odrzucił moją poprawkę w czwartej części, po tygodniu zgodził się na zmianę w drugiej połowie. Cały czas się przerzucaliśmy uwagami, nigdy się nie zobaczyliśmy.

I wtedy dotarło do mnie, że ja go znam bardzo dobrze nie jako człowieka przy stole, ale jako głos w tekście. Wiem, że jak się denerwuje, pisze dłuższe zdania, jak jest pewny, ucina. Wiem, że potrzebuje czasu, żeby przyjąć cudze poprawki bo nie jest uparty, tylko rozważa. Wiem, że potrafi powiedzieć nie przyjąłem, nie uzasadniając.

A on, o mnie tylko literka na marginesie.

Trochę to niesprawiedliwe.

Ale przyszedł w śnieżycę i zapukał właśnie do mnie.

***

Czemu pan nie powiedział wcześniej? zapytałam.

A skąd miałem wiedzieć, że pani to mój redaktor? Powiedziałem tylko, że piszę.

Ja że redaguję.

Więc mamy remis.

Miał rację. Oboje nie dopowiedzieliśmy, gdzie dokładnie, dla kogo. Tak to bywa z ludźmi, którzy wolą zostawić niedopowiedzenia. I proszę, jaki efekt.

Fraza, którą pan napisał zaczęłam. Zmieniłam ją, bo rytm się gubił.

Wiem. Zgodziłem się.

Ale pańska była lepsza.

Spojrzał na mnie uważnie.

Tak pani uważa?

Tak. Moja trzyma rytm, ale pana oddaje prawdę. Czasem prawda jest ważniejsza.

Pomyślał chwilę.

Można przywrócić oryginał?

Tekst już w wydawnictwie. Ale gdy pan im o tym wspomni, przekażą mi poprawię.

Nie, nie trzeba. Zostawmy jak jest. Ma pani rację, rytm też się liczy.

Nie kłóciłam się. I tak ucieszyłam się, że o to zapytał.

Telefon pociągnął piętnaście procent baterii już można zadzwonić po pomoc. Eugeniusz jednak nigdzie się nie ruszał.

Czytała pani całą powieść?

Trzy razy. Redaktor czyta raz, żeby zrozumieć, drugi żeby poczuć, trzeci żeby pracować.

I co pani poczuła?

Odstawiłam kubek i nie po raz pierwszy tej nocy spojrzałam mu w oczy.

Że ktoś, kto to pisał, długo coś próbował zrozumieć. I w końcu zrozumiał.

Opadł lekko na ramionach.

Mniej więcej powiedział cicho.

To naprawdę dobra rzecz. Rzadko to mówię, serio.

Tylko skinął głową. Wiem, że to dla niego ważne, choć nie umie, albo nie chce o tym mówić.

Siedzieliśmy w tej nowej, domowej ciszy. Nie było to już milczenie, które wypełnia puste miejsca raczej takie, które daje coś do myślenia, zostawia miejsce.

Była pani zawsze sama? rzucił nagle.

Zrozumiałam, że nie o dzisiaj pyta, tylko w ogóle.

Nie. Mąż zginął pięć lat temu.

Przykro mi.

Nie trzeba. Po latach boli inaczej.

Nie rzucał wiem, jak to jest. Ludzie często tak mówią na odczep się. On tylko zamyślił się i zapytał co innego.

Czemu Jaroszyn?

Bo tu jest cicho. I tutaj byliśmy razem, więc tu on jeszcze jest.

Pokiwał głową powoli.

Pan czemu Sieraków?

Dwa lata po rozwodzie. Mieszkanie w Warszawie puste. Kupiłem dom, żeby pustka miała inny wymiar.

Zaśmiałam się. On lepiej niż ja dotknął tej sprawy.

Otóż to, powiedziałam.

Rozumie pani?

Dobrze rozumiem.

Uśmiechnął się tak, że tym razem to naprawdę zobaczyłam.

W czwartej części skreśliła pani monolog wspomniał po dłuższej pauzie.

Skreśliłam.

Czemu?

Bohater mówił to, co czytelnik już wiedział. Było zbędne.

Szkoda mi było.

Napisał pan w uwagach.

A pani mi odpisała: rozumiem, ale jednak nie.

Bo rozumiałam, a mimo wszystko nie. Żal do tekstu to nie argument.

Przez chwilę rozważał.

Miała pani rację. Bez tego kawałka jest lepiej. Po czasie zrozumiałem.

Tak jest zwykle.

Nie przeszkadza pani, że autor dziękuje na końcu, nie od razu?

Przemyślałam.

Nie. Najważniejsze, żeby książka wyszła dobra. Wtedy powiem sobie w głowie przyjęte i wystarczy.

Spojrzał na mnie już nie jak na przygodnego znajomego, tylko trochę bardziej po naszemu.

Myślałem, że redaktorzy są bezosobowi.

Powinni tacy być. Tekst to nie nasza historia.

Ale pani nie jest bezosobowa.

Czasem to problem.

Nie, szepnął. Nie.

***

Za piętnaście północ.

Nowy Rok za kwadrans stwierdził Eugeniusz.

Wiem.

Za oknem zamieć jeszcze przycichła. Lampka przy furtce już się nie bujała. Śnieg padał, ale łagodniej.

Ma pani coś oprócz herbaty?

Mam wino. Jeszcze z Wigilii, otwarte.

Może być.

Wyjęłam kieliszki (a właściwie dwa szklanki); nalałam po troche.

Za co pijemy?

Za Nowy Rok.

Za szeroko.

To za szczerość. Bywa ważniejsza niż poprawność.

Popatrzył na mnie. Pierwszy raz tego wieczoru nie odwróciłam wzroku.

Dobrze odparł.

Kiedy wybiła północ, radio z parapetu burknęło jak co roku obcy noworoczny bal. Zawsze było trochę nie z tego świata. Ale teraz? Zupełnie inaczej.

Kieliszki zderzyły się cicho. Balbina poruszyła się na kaloryferze, ziewnęła i wróciła do swoich spraw. Za oknem śnieg opadał już leniwie.

Telefon zabrzęczał trzydzieści procent.

Eugeniusz rzucił okiem, potem znów w okno, później na mnie.

Laweta w nocy nie przyjedzie.

Nie. Do rana na pewno nie.

Ma pani dla mnie miejsce?

Kanapa w gabinecie. Tam rękopis, ale to sprzątnę.

Nie trzeba. Nie będę przeszkadzał.

Nie będę przeszkadzał. Dobre, polskie słowo.

Dobrze.

Wstałam i postawiłam kolejny czajnik, bo trzeba było czymś zająć ręce.

Nadziejo?

Tak?

Dobrze, że auto wpadło mi do rowu.

Popatrzyłam na niego. Siedział przy stole, dłonie na szklance i mówił bez osłonek, prosto z mostu.

Jeszcze nie wiem, czy dobrze, odpowiedziałam szczerze.

Wiem. To normalne.

Zalałam herbatę dla nas obojga. Postawiłam jego przed nim. Podziękował i wziął do rąk.

A za oknem już ani śladu zamieci.

I nie spytałam, kiedy pójdzie.

Rękopis leżał w drugim pokoju strona sto siedemnaście, trzeci akapit od góry. Tam była jego fraza w mojej wersji, w jego głowie oryginał. Obie o tym, co zostaje, kiedy reszta znika.

Może to właśnie jest prawda.

Siedziałam nad kubkiem, on naprzeciw mnie. Za oknem był tylko lekki śnieg i nowy rok, który się zaczął.

Oceń artykuł
TwojaCena
Zimowy gość