Ziemię wyrównał, Marcinie kwiatowe rabaty zrobił, altanę postawił. W domu od razu czuć było silną, m…

Ziemia wokół domu falowała jak aksamitny dywan to Wiktor wyrównał ją swoimi silnymi dłońmi. Marcie wyczarował rabaty pełne maków i chabrów, altankę z jasnych bali, a wnętrza też nosiły ślady męskiego gospodarowania. Pomyślała Marta przez zamglone okno: dobrze wybrałaś męża, bardzo dobrze. Wiktor, nie dość, że pracowity, to jeszcze zarabiał przyzwoite pieniądze, ciągle próbował ją zachwycić prezentami.

Przecież mnie nie kochałaś szeptał trochę szklistymi oczami. Bez miłości za mnie wyszłaś Teraz mnie zostawisz, jak zachorowałem
Nigdy cię nie zostawię! objęła go Marta, miękko wplatając palce w jego włosy. Najlepszy z ciebie mąż, nie zostawię cię za nic

Nie mógł w to uwierzyć, świat Wiktora falował jak woda w Stawie Czerniakowskim czuł się dziwnie, było mu źle.

Marta była mężatką ćwierć wieku i przez te wszystkie lata wciąż podobała się mężczyznom. Już jako nastolatka była najbardziej poszukiwana na osiedlu.

A nawet w podstawówce wszyscy chłopcy biegali za Martą, choć nigdy nie była typową pięknością.

Nie rozwiodła się ze swoim pierwszym mężem, choć był osobą trudną do zdefiniowania.

Marta wytrwała przy Zbyszku aż do jego odejścia. Dorosła córka, Paulina, wyszła za mąż i razem z mężem wyjechali do Londynu. Przesyłali piękne fotografie i kusili, by odwiedziła ich na Wyspach. Nigdy nie zebrali się z Zbyszkiem, by tam pojechać Może Marta się wybierze, lecz Zbyszek już nie.

Śmierć męża była nagła i dziwaczna, jakby wyjęta z sennej logiki samochód Zbyszka owinął się wokół drzewa na drodze pod Łodzią, a Marta dowiedziała się później, że zapewne zasłabł za kierownicą serce mu stanęło, nie zdążył nic zrobić.

Może po prostu stracił przytomność? szepnęła Marta do przyjaciółki.

Tego się już nie dowiemy westchnęła Ola-lekarka. Przyczyna: wielonarządowe obrażenia, nie do pogodzenia z życiem.

Marta była w tamtym czasie jak topielec w spokojnej wodzie. Ola pomogła załatwić wszystko.

To ona zdobyła szczegółowe informacje swoimi kanałami. Zbyszka pochowano, a Marta została sama w wielkim domu, który budowali razem latami.

Dla dwojga dom wydawał się akurat, a gdy przyjeżdżali goście, był wręcz przytulny. Dla jednej kobiety jednak to była już forteca ciężar i przestrzeń.

Dach to dach zawsze wymaga męskiej ręki.

Paulina przyleciała na pogrzeb ojca. Rozpoczęła z Martą rozmowę o sprzedaży domu, kupnie mieszkania, i perspektywie przeprowadzki matki do nich do Londynu.

Wolne żarty! zawołała Marta. Przecież nie po to go budowałam, by teraz go sprzedać. A w waszą Anglię? Ja już tam byłam, wszystko widziałam…

Mamo!

Oj ty ciemna, Paulinko! zażartowała przez łzy Marta. Żartuję to przecież.

Jeśli żartujesz, to nie jest źle, mamo.

Wszystko było takie niejednoznaczne, jak sam zmarły. Z jednej strony Zbyszek troskliwy, z drugiej humorzasty, potrafił wyczerpać Martę psychicznie, po czym przepraszał, a ona, lekka duchem, nie skupiała się na urazach. Przeżyli razem 25 lat! Można oszaleć

Paulina pobyła krótko i wróciła do własnego ogniska. Marta została sama.

Ale znała siebie samotność nie potrwa długo.

Tak też było. Minęło pół roku w smutku, potem Marta otrząsnęła się i odkryła, że wokół niej już kręci się wianuszek adoratorów.

Nawet jej mama, śp. Antonina, zawsze się dziwiła tej popularności córki.

Czego oni w tobie szukają? Padają warstwami! Przecież nie jesteś typową pięknością czy czegoś nie rozumiem?

Dobra jesteś, mamo Marta radośnie poprawiała usta szminką. Uroda nic nie znaczy, ważne by kobieta miała czar i to coś.

Idź już, baw się, kobito, śmiała się mama. Bo kawaler ci się znudzi i pójdzie.

Inny przyjdzie Marta wzruszała ramionami.

Minęło prawie trzy dekady od tamtej rozmowy, a nic się nie zmieniło. Koleżanki jęczały, że po czterdziestce nie ma kogo poślubić Marta tego nie rozumiała. Miała 46 lat i dwóch narzeczonych, obu całkiem niezłych.

Serce ciągnęło Martę do Michała. Był inteligentny i ujmujący, rozmowa z nim była ucztą, a w towarzystwie nie wstyd go pokazać.

Był jednak mistrzem tylko w mówieniu. Marta go polubiła „na uszy”, lecz doświadczenie podpowiadało, że ten człowiek nie jest do prowadzenia domu.

Drugi kandydat, Wiktor, był prostym facetem. Sprytny, silny, dusza złota, zwłaszcza kiedy trafiła się okazja, by coś naprawić lub zbudować. Poza tym był spokojny, lecz miał charakter.

Dla żony był potulny, lecz gdy trzeba, przewracałby dla niej góry. Jakkolwiek dziwnie, mniej podobał się Marcie ślepa logika kobiet.

Nie miał w sobie magii słów trzeźwy był raczej małomówny. Dopiero po kilku kieliszkach potrafił rozkręcić imprezę, opowiadać anegdoty, rozruszać gości.

Pić faktycznie mógł dużo, lecz następnego dnia już wracał do pracy, wylał na siebie kubeł zimnej wody i działał dalej. Wybrała Wiktora.

Michał się obraził i zniknął.

Marta wyszła za Wiktora. Szczęście aż mu z uszu parowało, na weselu wypił za dużo, śpiewał i tańczył do upadłego.

No patrz, ledwo rok minął od śmierci Zbyszka, a już zamężna! śmiała się Ola. Kobiety narzekają, że faceta od latarniami szukać, a ty tylko wyjdziesz z domu i już!

Nie mów tylko: Co oni w tobie widzą? Przecież nie jesteś pięknością!

No dobra, nie mówię. Ale faktem jest, że zawsze byłaś podejrzanie rozchwytywana.

Sama nie wiem, Olo. Zapytaj lepiej mojej mamy.

Marta porwała Wiktora do tańca. W tańcu odpędzała ostatnie wątpliwości.

No i co, że Wiktor prosty? Silny, złote ręce, wygląd też w porządku, a że większość czasu cichy może to i dobrze.

Gdyby wybrała Michała, co by z tego miała? Z samych słów nie ma zupy.

Wiktor w ciągu kilku miesięcy zamienił ogród Marty w sen o rajskim ogrodzie. Wyciął stare drzewa.

Ziemię rozprostował, zrobił Marcie rabaty kwiatowe, zbudował altanę. W domu też wszystko niosło ślad męskich rąk.

Marta porównywała swoje nowe, krótkie małżeństwo z ćwierćwieczem pierwszego związku i autentycznie żałowała, że nie spotkała Wiktora wcześniej. Złoty chłop!

Latem wieczorami grillowali na altanie, gdzie Wiktor postawił nowy, lakierowany stół i ławki.

Marta syta szaszłykiem, leniwie mrużyła oczy do słońca, Wiktor patrzył na nią z radością.

Co się śmiejesz, Wiktorze?

Cieszę się.

Jego pierwsza żona była, według niego, koszmarną nudziarą. Nie wierzył, że jeszcze spotka dobrą kobietę.

Ich szczęście trwało cztery lata, potem Wiktor zaczął słabnąć.

Coraz szybciej się męczył, chudł. Po paru kieliszkach a czasem lubił sobie wypić czuł się jeszcze gorzej.

Wiktorze, idź do lekarza! powtarzała Marta. Na co czekasz? Coś jest nie tak!

Przesadzasz, Martusiu, minie.

Co za ciemnogród?! Może nie minie? Boisz się lekarzy jak większość facetów?

Nie.

Nie chciał wyznać Marcie, czego się boi. Bał się tylko tego, że jeśli rzeczywiście jest ciężko chory, Marta go zostawi. Sądził, że wyszła za niego z rozsądku, a nie dla miłości. Ale on ją kochał, wbrew wszystkiemu.

Zakochał się od pierwszego wejrzenia, gdy zobaczył ją roztrzęsioną w sklepie, szukającą portfela w torebce. Ta niezdarność była wstrząsająco wzruszająca.

Chciał ją chronić. Jego matka, Lucyna, powiedziała mu tylko zagadkowo:

Życie cię czeka, synu, ale co ty widzisz w tej kobiecie, nie mam pojęcia. Nie jest już młoda, nie jest piękna, a za tobą by każda dwudziestolatka poszła!

Nikogo nie potrzebował, tylko Martę. A jeśli zachoruje? Czy Marta kogoś takiego będzie chciała?

Nie udało się jej przekonać go do wizyty u lekarza. Była sobota, odwiedzili ich Ola z mężem, Jurkiem. Wiktor z Jurkiem popijali piwo i grillowali kiełbaski. Ola, tnąc pomidory w kuchni, spytała Martę:

Wiktor chory?

Sama już nie wiem! westchnęła Marta. Błagam go o lekarza. Ty jesteś lekarzem patrzysz na niego, wygląda źle?

No, wygląda słabiej. Zchudł, a skóra, wydaje mi się, ma taki żółty odcień.

O Boże! Ola, błagam, namów go do lekarza! Może ciebie posłucha, ciebie się boi!

Ola spojrzała badawczo.

Marto kochasz go? Pamiętam twoje wahania

Marta zagryzła wargę i nic nie odpowiedziała.

Ale Ola nie zdążyła Wiktor zasłabł podczas kolacji. Wezwano karetkę, Marta pojechała z nim. Trzymała go za dłoń, szeptała modlitwy.

Od razu trafił na stół operacyjny.

Guz wątroby.

Rak?! przeraziła się Marta.

Czekamy na ostateczne wyniki.

Guz okazał się łagodny, ale był już spory, gdy operowano Wiktora.

Lekarze zabrali mu niemal wszystko, zabronili prawie wszystkiego nie wiadomo, czy wróci do pełni sił. Wiktor się załamał. W szpitalu odwiedziła go matka.

Marta była wtedy w pracy. Lucyna przyniosła delikatne jedzenie: parowane klopsiki.

Synu, nie poznaję cię! Przeżyłeś, nie masz raka, a ty leżysz jak zgnieciony pomidor. Jedz klopsiki.

Nie chcę.

Ale musisz! Co się dzieje? Marta przychodzi?

Przychodzi na razie sapnął Wiktor.

Boisz się, że cię zostawi? Przecież głupia by była.

Ja już po wszystkim! Nic nie mogę, nawet pracować, czuję się jak inwalida. Kto potrzebuje kaleki?

A co tu się dzieje? weszła Marta. Krzyczycie na pół oddziału. Dzień dobry, pani Lucyno!

Pójdę już chyba. Cześć, Marto. I na razie.

Co się stało?

Matka Wiktora wzruszyła ramionami i wyszła. Marta siadła obok chorego.

Teraz taki rozżalony, inwalida? Wszystko ci odrosło, ręce, nogi na miejscu. Wiesz co, wątroba to taki organ, co się sam regeneruje! Gdy zostaje 51%, odrośnie cała. Ty masz 60% swojej. Daj jej czas. Jeszcze będzie dobrze!

Ale czy mam ten czas?

Co?

Czas, Marto.

Wiktorze, coś mi ukrywasz? Kazałeś lekarzom coś przemilczeć?

Nie o to chodzi

Wiktora wypisali, zaczęła się jego najtrudniejsza droga. Przy lekkim wysiłku męczył się jak po maratonie, a zbliżały się jego pięćdziesiąte urodziny myśl o tym przygnębiała go: żadnych trunków, żadnej cytrynówki, tylko letnia herbata.

Marta udawała, że nie widzi, jak szybko się męczy, zjadali razem dietetyczne dania.

Martusiu w końcu się zebrał w sobie. Co teraz z nami będzie?

W sensie? spytała.

Ja chyba już nie wrócę do formy. Opuścisz mnie?

Dlaczego miałabym? Z tobą mi najlepiej.

Bo to było wtedy, gdy mogłem wszystko robić, a teraz już ledwie żyję.

Oj głuptasie. Ogarnij się!

Staram się! Ale dwa ruchy młotkiem i jestem jak pies po biegu.

Marta objęła go od tyłu, przytuliła policzek do karku.

Kocham cię. Nie zostawię cię nigdy. Nie śpiesz się z powrotem do pełni sił. Niech płynie jak chce.

Na serio kochasz?

Naprawdę.

Marta nie zostawia Wiktora. Powoli, lecz konsekwentnie zdrowieje.

Urodziny zorganizowała mu bez wódki, by nie cierpiał, że nie może się napić.

Było kilku przyjaciół, siedzieli w altanie, grali w Eurobiznes.

Szczęściarz z ciebie, Wiktorze żegnali go przyjaciele.

Pewnie zaraz za moim zdrowiem się napijecie! żartował.

Pośmiali się, rozeszli. Wieczorem Marta z Wiktorem siedzieli na ganku i patrzyli na śniące się gwiazdy. Byli szczęśliwi. Tamtej nocy po raz pierwszy od miesięcy Wiktor naprawdę poczuł się lepiej.

Uwierzył, że wraca do sił. Że żona go kocha i nie zostawi. Przytulił ją mocniej.

Co się dzieje, Wiktorze?

Wszystko dobrze! odpowiedział.

No, nareszcie Marta uśmiechnęła się i pocałowała go w policzek.

Byli szczęśliwi.

Oceń artykuł
TwojaCena
Ziemię wyrównał, Marcinie kwiatowe rabaty zrobił, altanę postawił. W domu od razu czuć było silną, m…