Kiedy Bartek Struzik miał czterdzieści jeden lat, kupił swoją pierwszą działkę pod Kołobrzegiem i zaczął budować domy letniskowe dla ludzi z Warszawy. Dziesięć lat później miał firmę deweloperską, cztery nieruchomości i jacht "Perła Bałtyku", który trzymał w porcie w Kołobrzegu i którym wypływał w morze niemal co drugi weekend. Poznał Renatę, kiedy miała dwadzieścia dziewięć lat — pracowała jako recepcjonistka w hotelu, w którym negocjował umowę na wynajem apartamentów. Pobrali się rok później.
Pierwsze lata Renata powtarzała, że pieniądze jej nie interesują, że wystarczy jej mąż i spokój. Bartek jej wierzył, bo nie miał powodu nie wierzyć — przynosiła mu kawę do gabinetu, pytała o klientów, śmiała się z jego żartów, nawet tych kiepskich. W piątym roku małżeństwa zapisała się na siłownię przy ulicy Zdrojowej, bo — jak mówiła — chciała "wrócić do formy". Trenerem personalnym był tam Konrad, trzydziestodwuletni facet z tatuażem kotwicy na przedramieniu, który podobno kiedyś startował w zawodach triathlonowych.
Zaczęło się od wspólnych kaw po treningu. Skończyło się na tym, że latem Renata jeździła do Konrada dwa razy w tygodniu, tłumacząc mężowi, że zostaje dłużej "bo grupa ma dodatkowe zajęcia".
— Czemu po prostu się z nim nie rozwiedziesz? — zapytał ją kiedyś Konrad, leżąc na jej kanapie w mieszkaniu, które wynajmowała "na wszelki wypadek", niby dla siostry.
Renata zapaliła papierosa, chociaż rzuciła palenie trzy lata wcześniej.
— Bo przy rozwodzie dostanę ułamek tego, co mam dostać w spadku. A on ma polisę na trzy miliony i firmę wartą drugie tyle.
Wtedy pojawił się plan. Bartek co tydzień wypływał jachtem daleko poza redę, czasem sam, czasem z Renatą. Jeśli coś się stanie na pełnym morzu — nikt nie będzie miał pytań.
Renata przez trzy tygodnie grała żonę idealną. Gotowała bigos, jak lubił, kupiła mu nowy sprzęt do nurkowania na urodziny — chociaż akurat to później okazało się jej największym błędem. W ostatnią sobotę sierpnia zaproponowała wspólny rejs, "tylko we dwoje, jak dawniej". Bartek się ucieszył, spakował termos z herbatą i odbił od nabrzeża o ósmej rano.
Kilkanaście mil od brzegu, kiedy linia lądu zniknęła za mgłą, na pokładzie pojawił się Konrad. Wyszedł z kabiny, w której czekał od świtu.
— A ten co tu robi? — Bartek spojrzał w stronę żony, jeszcze próbując znaleźć jakieś niewinne wytłumaczenie.
Renata nie zdążyła odpowiedzieć. Od tyłu podszedł Waldek, ochroniarz z firmy Bartka, którego Renata przekupiła sumą czterdziestu tysięcy złotych obiecanych z przyszłego spadku. We trójkę obezwładnili go szybko — Bartek był silny, ale nie miał szans z dwoma mężczyznami naraz. Związali mu ręce trytytkami, kazali klęknąć na pokładzie rufowym.
— Renata, dlaczego? — zapytał, kiedy zrozumiał, co się dzieje.
— Bo się zmęczyłam czekaniem — powiedziała, poprawiając pasek od torebki na ramieniu, jakby wybierała się na zwykłe zakupy, a nie patrzyła, jak jej mąż klęczy związany na pokładzie.
Konrad wyniósł z ładowni starą kotwicę żeglarską, którą kupili tydzień wcześniej na złomowisku pod Koszalinem, i kawałek grubego łańcucha. Owinęli łańcuch wokół kostek Bartka. Mewa krążyła nad jachtem i krzyczała, jakby coś przeczuwała — Renata zerknęła na nią z irytacją, jak na coś, co psuje jej dzień.
Podciągnęli Bartka do relingu. Konrad pierwszy wrzucił kotwicę za burtę, a razem z Waldkiem zepchnęli mężczyznę do wody. Renata podeszła do burty i patrzyła, jak przez kilka sekund na powierzchni jeszcze bulgotało, a potem Bałtyk znów był płaski i szary, jakby nic się nie wydarzyło.
Konrad objął ją w pasie.
— Teraz wszystko nasze.
Wyjęli z lodówki butelkę cavy, którą Renata schowała tam jeszcze w piątek, i wypili z plastikowych kubków, bo kieliszki zostały w domu. Śmiali się, stukając się kubkami o reling, nie mając pojęcia, czym się to wszystko skończy.
W porcie Renata zgłosiła na policji, że mąż wypił za dużo wieczorem, wyszedł na pokład i wpadł do wody. Poszukiwania prowadziła Morska Służba Poszukiwania i Ratownictwa przez dwa dni. Ciała nie znaleziono. Na pogrzebie bez trumny, w kościele Mariackim w Kołobrzegu, Renata płakała tak przekonująco, że koleżanki Bartka z pracy pocieszały właśnie ją, podając chusteczki.
Był jednak problem. Adwokat, pan Michalak, wyjaśnił jej po tygodniu, że nie może od razu przejąć majątku — trzeba oficjalnego aktu zgonu, a to oznacza zakończenie śledztwa prowadzonego przez prokuraturę w Koszalinie. Renata zaczęła się niecierpliwić. Dzwoniła do biura co drugi dzień, pytając, kiedy sprawa się skończy.
Dwa dni później pod drzwi jej domu przy ulicy Podczele podjechał nieoznakowany radiowóz. Renata otworzyła w szlafroku, pewna, że to rutynowe pytania uzupełniające. Jeden z detektywów, młody mężczyzna o nazwisku Wróblewski, położył na stole w przedpokoju zdjęcie.
Na zdjęciu był Bartek. Żywy.
Renata poczuła, jak temperatura w przedpokoju spada o kilka stopni, chociaż kaloryfer stał tuż obok. Okazało się, że Bartek od piętnastu lat nurkował rekreacyjnie i zawsze — z przyzwyczajenia po jednym wypadku sprzed lat — trzymał na jachcie mały zestaw awaryjny przypięty pod pokładem rufowym: nóż do lin i zapasowy nurkowy nóż płetwowy. Kiedy wrzucono go do wody, zdążył jedną nogą zahaczyć o metalową konstrukcję śruby napędowej pod kadłubem — to na moment zatrzymało go pod powierzchnią i dało mu te kilka sekund, których potrzebował, żeby przeciąć trytytki i wyswobodzić nogę z pętli łańcucha, zanim kotwica pociągnęła go w dół na dobre.
Wypłynął już daleko za rufą jachtu, na resztkach tlenu, w zimnej wrześniowej wodzie. Zauważyli go dwaj rybacy z Ustronia Morskiego, wracający kutrem z połowu — wyciągnęli go, owinęli w koc termiczny i wezwali pogotowie. Bartek chciał od razu dzwonić na policję, ale prowadzący sprawę prokurator poprosił go, żeby przez kilka dni nikomu nie mówił, że żyje. Potrzebowali dowodów, a Renata sama miała je dostarczyć.
I dostarczyła. Przekonana, że mąż nie żyje, przez ten tydzień pisała z Konradem esemesy o sprzedaży jednego z domów w Mielnie i przelewie z konta firmowego. Śledczy znaleźli też przelew czterdziestu tysięcy złotych na konto Waldka, zrobiony dzień przed rejsem, opisany fałszywie jako "zaliczka za remont".
Ale największym ciosem była kamera. Bartek zamontował ją na maszcie kilka miesięcy wcześniej, po tym jak z jachtu zniknął drogi sprzęt do nurkowania — Renata o niej nie wiedziała. Kamera nagrała wszystko: związywanie, klęczenie, kotwicę, cavę wypitą z plastikowych kubków.
Kiedy prokurator odtworzył jej to nagranie w sali przesłuchań przy ulicy Gdańskiej w Koszalinie, Renata przestała cokolwiek zaprzeczać. Tego samego wieczoru zatrzymano Konrada w jego mieszkaniu przy siłowni i Waldka na przystanku autobusowym, gdzie czekał z walizką, jakby już planował wyjazd.
Bartek nie poszedł na żaden z rozpraw sądowych osobiście przez pierwsze miesiące — zajął się czymś innym. Poszedł z panem Michalakiem, tym samym adwokatem, którego Renata kiedyś zatrudniła do przyspieszenia spadku, i w kancelarii przy Rynku podpisał dokumenty wykluczające ją z testamentu oraz wniosek o rozwód z orzeczeniem o winie. Zamknął też wspólne konto firmowe w PKO, na które Renata miała pełnomocnictwo, i założył nowe, tylko na siebie. Ochroniarza Waldka zwolnił dyscyplinarnie tego samego dnia, kiedy wyszedł ze szpitala — mailem, przez dział kadr, bez żadnej rozmowy.
Na jacht wrócił dopiero wiosną. Kazał zeszlifować i przemalować nazwę na burcie — "Perła Bałtyku" zniknęła, a w jej miejsce warsztat w Kołobrzegu wypisał "Druga Szansa". Kotwicy, tej starej, kupionej na złomowisku pod Koszalinem i zabezpieczonej jako dowód rzeczowy, nigdy nie odebrał z powrotem — zostawił ją prokuraturze, niech się nią zajmą, jak chcą.




