Zgubić człowieka

-Czesiu, wychodzę. zachrypiał nagle, zupełnie nie swoim, wyblakłym głosem Andrzej.
-Do garażu idziesz? mruknęła Kazia od niechcenia, rzucając na niego przelotne spojrzenie.
-Nie. Kaziu, ja… ja odchodzę od ciebie. Do innej kobiety…

Nieobrana jeszcze do końca ziemniaczka wypadła jej z rąk i potoczyła się pod stół, radośnie podskakując. Przez chwilę Kazia patrzyła bezwiednie, jak ziemniak odbija się od nogi stołu i znika gdzieś w cieniu, próbując ogarnąć usłyszane słowa. Wreszcie gwałtownie się odwróciła i utkwiła wzrok w mężu. Dopiero teraz ogrom przekazu do niej dotarł. Na pozór niewzruszona, jak klif nad Bałtykiem, w środku staczała walkę z własną lawiną uczuć. Lawiną, która zabrała ze sobą wszystko miłość, radość i niespełnione marzenia…

-A kto to jest? zapytała, siląc się, by nie wrzasnąć i nie rzucić się na niego z pięściami.
-Nie znasz jej, Kazia. Ale ona… ona mnie rozumie bez słowa, wiesz? Mamy ze sobą tyle wspólnego! Naprawdę dużo wspólnego! mówił Andrzej, jakby ze szczerym zachwytem, a Kazia w myślach już świdrowała go obieraczką do warzyw, wyobrażając sobie satysfakcję z widoku, jak kręci się z bólu.

-No cóż, widocznie wreszcie znalazłeś swoje szczęście. Gratuluję ci. wyrzekła chłodno, odwracając się z powrotem do zlewu, by obmyć ręce i obieraczkę. Z kartofli już zrezygnowała. Nie muszę znać szczegółów. Jesteś wolny. Idź. Na kolację cię nie zapraszam, pewnie już tęsknią za tobą dodała przez zaciśnięte zęby.

Andrzej cicho szlochał czy to z ulgi, czy emocji, nie sposób odgadnąć ruszył do sypialni pakować rzeczy. Kazia kurczowo chwyciła się ujścia zlewu, nie chcąc upaść. Liczyła w myślach: tylko żeby nie zemdleć, żeby jak najszybciej sobie poszedł

-No to idę już, dobrze? zajęczał Andrzej, cofając się ku drzwiom. Kazia spojrzała na niego z pozorną równowagą, nawet pogodą ducha. Chciałby pewnie zobaczyć łzy czy choćby pretensje. Dostał tylko ciszę. Wyszedł z kuchni, nieśmiało skrzywiwszy usta.

Dopiero kiedy zatrzasnęły się drzwi, Kazia opadła bezsilnie prosto na podłogę. Zacisnęła zęby na nadgarstku, by nie krzyknąć. Zawyła jak zranione zwierzę, skazane już na powolną śmierć Tylko po trzech godzinach płaczu, z opuchniętą twarzą i zachrypniętym głosem, doczłapała do sypialni, rzucając się na łóżko w ubraniu. Dla niej świat się skończył

Obudziła się długo przed świtem, przygnieciona ciężarem wspomnień. Przypomniała sobie ich pierwsze spotkanie. Była młodą, naiwną dziewczyną, która przyjechała na przydział do małego miasteczka Szczytno. W pierwszy weekend poszła z koleżankami na zabawę do remizy i właśnie tam po raz pierwszy ujrzała Andrzeja, który z grupką kolegów pilnował spokoju w parku.

Wysoki, barczysty, z szerokim uśmiechem Od razu wyróżniał się postawą i męskim spokojem. Kazia, spojrzawszy na niego raz, od razu poczuła, że przepadła. On patrzył na nią lekko drwiąco i z góry widać było, że cenił szczupłą i zagubioną dziewczynę. Też mu się spodobała. Wieczorem sam zaproponował, że ją odprowadzi. I tak już razem zostali.

Widywali się niemal codziennie. Po trzech miesiącach złożyli papiery do USC. Latem wyprawili gwarne, młodzieżowe wesele, jak trzeba w Mazowszu. Na początku gnieździli się w ciasnej kawalerce. Gdy przyszła na świat ich córka, przydzielono im dwupokojowe mieszkanie z kuchnią. Byli wtedy najszczęśliwsi na świecie. I naprawdę się kochali. Z tych, którzy dogadują się bez słów, z oczu i gestów. Nigdy się nie kłócili naprawdę, tacy się zdarzają, jak puzzle, jak plus i minus, albo yin-yang

A tydzień temu minęło trzydzieści sześć lat ich wspólnej drogi. Najstraszniejsze było, że na kolejną rocznicę chyba już nie będą razem Na tę myśl Kazia zapłakała. Cicho i gorzko, jakby żegnając własne szczęście i miłość.

Poranek był szary zupełnie jak nastrój Kazii. Ale nie miała czasu na roztkliwianie się dom duży, gospodarstwo też. Wszystko domagało się jej obecności. Wypiła herbatę z cukrem, na więcej nie miała siły. Zabrała się za porządki: sprzątnęła, nakarmiła kury, wypuściła kozę na wybieg, umyła podłogi, starła wczorajszą zastawę. Robiła to wręcz wściekle, jakby chciała zagłuszyć myśli o stracie. Ale była jeszcze inna rzecz jak przekazać tę wieść dzieciom. Synowi Wojtkowi i córce Bronii. Zebranie się na odwagę zajęło jej do obiadu.

-Mamusiu, czy on zwariował? Jaka inna kobieta? To jakiś żart, mamo Chcesz, przyjedziemy? Od razu? przejęta mówiła córka przez telefon.
-Nie, Bronko, nie przyjeżdżajcie. Co wy sobie wymyśliliście? Jesteś w dziewiątym miesiącu, niepotrzebne ci takie nerwy. Dam radę. W końcu nikt przecież nie umarł.

Syn zareagował gwałtownie długo klął, niemalże plując przez słuchawkę. Kazia musiała go uciszać. Przestań obrażać ojca. Różnie w życiu bywa. Umówili się, że Wojtek pod koniec tygodnia przyjedzie.

Kazia poczuła ulgę po rozmowie z dziećmi. Idąc korytarzem spojrzała w lustro. Patrzyła na siebie korpulentną kobietę w starym, podniszczonym szlafroku. Bez make-upu, z zapuchniętymi oczami i popękanymi ustami.

-No, nic dziwnego, że znalazł sobie młodą. Popatrz tylko, jak wyglądam gruba, bez fryzury, bez paznokci, nawet szminki nie pamiętam. Ona pewnie piękność, a ja, cóż już o sobie zapomniałam. Dzieci, mąż i wnuki, to wszystko. Potem kury i grządki. Ehh powiedziała do siebie, wyobrażając sobie tę młodą kobietę i Andrzeja u jej boku.

Ostatni rok był trudny. Córka ciężko znosiła ciążę, u syna ciągle jakieś zamieszanie, narodziny drugiego wnuka, mnóstwo zamieszania wszystko zawładnęło czasem Kazii, a dla Andrzeja niewiele już zostawało. Często wracał z pracy, sam jadł kolację, w weekendy też zostawał sam, bo ona zajmowała się wnukami. Musiał wtedy znaleźć czas na nowe zauroczenie. Odsunął się, stał się obcy A ona zajęta swoimi sprawami nie widziała tego albo nie chciała widzieć

Dni Kazii zaczęły się dłużyć. Najpierw bolało, potem mniej. Dzieci prosiła, by nie stronili ojca przecież ich nie zostawił, wnuki kochał. To nie ich wina. Trochę pojęczeli, ale obiecali się postarać. Po pół roku Kazia już całkiem doszła do siebie. Obowiązki nie pozwalały jej na rozpacz gospodarstwo, wnuki, dom. Dodatkowo, choć na emeryturze, poszła jeszcze do pracy, schudła, zmieniła fryzurę, zaczęła o siebie dbać. Z czasem powrócił dawny uśmiech. A życie, jak to życie toczy się dalej.

Po pół roku telefon. Obcy numer. Tamten głos już trochę zapomniany, za to nadal bliski.

-Kazio, kochanie Wybacz mi, przyjmij z powrotem No nie potrafię bez ciebie żyć. Pierwsze dwa miesiące jak we mgle chodziłem, a potem cały czas jak zamknę oczy, ty mi się widzisz Wpuścisz mnie? błagalnie prosił Andrzej.
-Nie, nie wpuszczę. Idź sobie do tej swojej młodej. Przecież macie tyle wspólnego. Mi bez ciebie też dobrze! ucięła. I rozłączyła się.

Od tej pory zaczęło się: co wieczór Andrzej dzwonił, błagał, prosił, kusił ciepłym słowem.

-Kazia, my już nie młodzi. Co się tu kłócić na stare lata? Diabeł mnie pokusił, co zrobić Kocham cię, rodzinę naszą kocham. Wojtka, Bronię i wnuki. Chcę z Wami być.
-Kto ci broni, Andrzej? Kochaj dzieci i wnuki, one cię nie odrzuciły. Beze mnie poradzisz sobie. Rozbitej filiżanki nie sklei się, jakbyś się nie starał. ripostowała z chłodnym spokojem.

Dzieci, choć początkowo były pełne urazy, zaczęły bronić ojca.

-Mamo, ojciec rozbity, winny Może spróbuj mu wybaczyć? coraz częściej prosiła Bronia.
-No mamo, nie bądź dzieckiem, przecież wiem, że go kochasz sekundował Wojtek.
-Nie i koniec. Nie próbujcie nawet. Nie dam rady żyć obok kogoś, kto mnie zdradził. Zawsze będę o tym pamiętać.

I tak mijały miesiące Kazia pracowała, dbała o dom, wnuków niańczyła, żyła własnym życiem. Bez Andrzeja.

Andrzej natomiast, rozstał się ze swoją wspólną duszą, wyniósł się do matki, już starowiny. Tęsknił za Kazią, żałował jak nigdy ale co mógł zrobić? Chyba już nic nie da się naprawić

Pewnego dnia wziął się w garść. Postanowił, że choć raz stanie przed domem, padnie Kazi do nóg i poprosi o wybaczenie. Może się zlituje. A jeśli nie? Choćby tylko ją zobaczy.

Ubrał się schludnie, pojechał do rodzinnego domu. Puka nikt nie otwiera. Kazia na noc została w pracy, na dyżurze w przychodni. Poczekał więc na ławce na werandzie, przysnął zmęczony, pierwszy raz od długiego czasu snem kamiennym. Widocznie mury rodzinnego domu jakoś go otuliły

Kazia wróciła nad ranem. Podchodzi do domu a na ławce Andrzej, jakby martwy. Twarz w blasku księżyca wydaje się zupełnie blada. Szturcha go ręką nic. Po ramieniu poklepała zero reakcji. Zaczęła go trząść jak orzech i dalej nic.

-Oj, Jezu O Boże! Andrzejku kochany, na kogoś ty mnie zostawił Za co mnie tak pokarało Jak ja bez ciebie przeżyję zawyła Kazia, rzucając się mu na pierś.

A tu nagle Andrzej ją chwyta w ramiona i obsypuje pocałunkami.

-Patrz, kochasz jednak, skoro taki lament A ja ciebie, Kazieńko! Wybacz mi, kochana żono! Bez ciebie nie umiem żyć, przysięgam ukląkł, twarz w dłoniach ukrywając.

-A ty, łobuzie jeden! Ty szelmo! biła go po plecach Kazia. Przez chwilę myślałam, że ducha wyzionąłeś, przyszedłeś tu umrzeć! Nawywijałeś? To teraz masz

Od tego dnia Kazia i Andrzej pogodzili się. Żyli lepiej niż wcześniej, jeszcze bardziej się kochając. Bo zrozumieli, jak to jest stracić swojego człowieka najbliższego, najdroższego. I że czasem trzeba umieć przebaczyć. Duma nie zawsze jest dobra. Nawet gdy ktoś bardzo cię skrzywdzi, można znaleźć w sobie kawałek serca do przebaczenia. Trzeba cenić to, co się ma a nie płakać za utraconym szczęściem.

Taka to historia. Z dobrym zakończeniem.

Oceń artykuł
TwojaCena
Zgubić człowieka