-Czesiu, wychodzę odchrząknął nieco obcym, bezbarwnym głosem Olek.
-Do garażu? mruknęła Zofia odruchowo, rzucając okiem na męża.
-Nie. Zosiu, odchodzę. Do innej kobiety…
Niedoszlifowany ziemniak wypadł jej z rąk i potoczył się zgrabnie pod stół. Przez moment patrzyła w ciszy na jego ucieczkę, próbując przetrawić usłyszane słowa. Potem gwałtownie się odwróciła i utkwiła w mężu przenikliwe spojrzenie. Wreszcie dotarł do niej sens jego zdania. Z boku mogło się wydawać, że jest spokojna jak tatrzańska skała. W środku jednak dokonał się prawdziwy lawinowy zjazd emocji. Jej uczucia runęły i pogrzebały pod sobą wszystko – miłość, radość i niespełnione marzenia…
-I kto to jest? zapytała zaciskając zęby, by nie wybuchnąć i nie rzucić się na niego z pięściami.
-Nie znasz jej, Zosiu. Ale jest… Jest taka inna. Rozumiemy się bez słów, mamy tyle wspólnego. Naprawdę dużo! zachwycał się, a Zofia w myślach już popychała go obieraczką do warzyw, obserwując w wyobraźni, jak wiłby się z bólu…
-No to w końcu znalazłeś szczęście, gratuluję powiedziała zamiast tego, wsadzając dłonie i obieraczkę pod kran. Skończyłam już ziemniaki. Nie muszę znać szczegółów. Jesteś wolny. Idź już. Nie zatrzymuję cię na kolację, pewnie już cię gdzieś czekają…
Olek szlochał czy z ulgi, czy z rozpaczy, nie wiedziała i poszedł spakować się w sypialni. Zofia, by nie upaść, złapała się za krawędź zlewu, obserwując, jak palce jej bieleją. Myślała tylko o dwóch rzeczach by nie zemdleć i żeby on poszedł jak najszybciej…
-No… To… Idę, dobrze? wyszeptał Olek, cofając się w stronę drzwi. Zosia odwróciła się do niego. Jej twarz była spokojna, prawie pogodzona. Był wyraźnie zdziwiony, spodziewał się przynajmniej łez i wyrzutów, a dostał tylko obojętność. Wzruszył ramionami i wyszedł z kuchni.
Usłyszała trzask drzwi, a wtedy opadła bez sił na zimne kafelki. Zacisnęła zęby na nadgarstku, żeby nie wydać z siebie krzyku i zawyła cicho, jak poranione zwierzę, które już nie ma szans… Szans na życie. Dopiero po trzech godzinach, spuchnięta od płaczu, z zachrypniętym głosem, doczołgała się do łóżka i rzuciła się na nie w ubraniu. Jej świat zgasł…
Kiedy obudziła się tej nocy, ogarnęła ją bolesna nostalgia. Przypomniała sobie, jak się poznali. Ona, młoda dziewucha z miasteczka, świeżo po studiach, przyjechała na przydział do Sandomierza. W pierwszy wolny weekend poszła z koleżankami na potańcówkę. I właśnie tam spotkała jego. Olek był z grupą chłopaków, którzy pilnowali porządku w parku.
Wysoki, dobrze zbudowany, jakby wyrzeźbiony z twardego karkowskiego kamienia. Olek od razu się wyróżniał. Zofii wystarczył jeden jego uśmiech i już wiedziała przepadła. On patrzył na nią z lekkim rozbawieniem i łagodną wyższością, ale była dla niego wyjątkowa. Już tamtej nocy zaproponował, że ją odprowadzi. Od tego czasu nie rozstawali się już nigdy…
Widywali się niemal codziennie. Po trzech miesiącach złożyli papiery do Urzędu Stanu Cywilnego. Latem urządzili głośne, młodzieżowe wesele. Najpierw zamieszkali w akademiku, a kiedy urodził się pierwszy syn, dostali swoje upragnione dwa pokoje w bloku. Szczęśliwi po uszy. I naprawdę się kochali. Tak naprawdę gdy człowiek rozumie drugiego bez słowa, po spojrzeniu, po oddechu na karku. Ich sekretem było to, że nigdy się nie kłócili. Prawdziwie! Tak się czasem trafia, gdy ludzie pasują do siebie jak dwa elementy układanki, jak Yin i Yang…
W zeszłym tygodniu minęło trzydzieści sześć lat ich wspólnego życia. I najgorsze było to, że chyba nie dojdzie do trzydziestej siódmej rocznicy… Ze łzami w oczach Zofia cicho płakała, jakby żegnała swoją miłość i szczęście…
Poranek był szary, jak jej nastrój. Ale trzeba było wstać. Dom duży, gospodarka niemała. Wszystko wymagało jej rąk i serca. Wypiła herbatę z łyżeczką cukru, nic więcej nie mogła przełknąć. Zabrała się za porządki. Posprzątała, nakarmiła kurki, wypuściła kozę na wybieg, potem umyła podłogi, zmyła naczynia po wczoraj. Pracowała z takim zacięciem, jakby pragnęła nie zostawić sobie czasu na myśli o tragedii. Ale była jeszcze jedna bolesna sprawa jak powiedzieć o wszystkim dzieciom. Synowi Staszkowi i córce Grażynce. Zdecydowała się dopiero w południe.
-Mamo, czy on zwariował? Jak to do innej kobiety? Jakiej? To jakiś żart? Mamo, chcesz, przyjadę? Zaraz słychać było zatroskaną Grażynkę.
-Nie, Grażynko, nie trzeba! Wy sobie nie myślcie. Ty już na ostatnich tygodniach ciąży jesteś, nie wolno ci się denerwować. Dam sobie radę, nikt przecież nie umarł.
Staszek zareagował gwałtowniej. Rzucał przekleństwami, niemal pluł przez telefon. Zofia musiała go strofować: Przestań tatę obrzucać błotem. Bywa różnie w życiu… Ustalili: Staszek przyjedzie w weekend.
Po rozmowie Zofia złapała głębszy oddech. A mijając lustro w przedpokoju, zauważyła swoje odbicie i zatrzymała się na chwilę. Wyglądała jak obca kobieta: pulchna, w starym szlafroku, bez makijażu, z podpuchniętymi oczami i spierzchniętymi ustami.
-No tak… Nic dziwnego, że znalazł sobie młodszą. Widzisz, jaka się stałam? Nawet paznokci nie maluję, fryzura nieułożona, makijaż to od święta. Tamta to pewnie lalka. Ja dawno o sobie zapomniałam. Dzieci, mąż, wnuki na pierwszym miejscu. A później kury i ogród… Ech… przetarła twarz dłonią i westchnęła ze smutkiem, wyobrażając sobie tę młodą i Olka.
Przypomniała sobie ostatni rok ich życia. Teraz wszystko rozumiała. Rok był ciężki: trudna ciąża córki, narodziny wnuka, niekończące się sprawy domowe. Wszystko było na jej głowie, dla Olka nie starczało już miejsca. On często, wracając z pracy, jadł sam, bo jej nie było. Weekendy też spędzał bez niej, bo ona ciągle zajęta wnukami. Wtedy chyba miał czas na swój romans. Przypomniała sobie, jak stopniowo się oddalał… Ale, zajęta domem, nie zauważyła tego. Albo nie chciała.
Zaczęły się dla Zofii nowe dni już bez niego. Na początku było jej bardzo ciężko. Potem trochę łatwiej. Prosiła dzieci, by nie odsuwali się od ojca. W końcu nie porzucił ich, tylko ją. Był dobrym ojcem, wnuki uwielbiał. To ich nie mogło dotknąć. Staszek i Grażynka narzekali, ale obiecali się zastanowić. To już coś, pocieszyła się Zofia.
Po pół roku się trochę uspokoiła. Tym bardziej, że nie miała czasu na rozpacz. Wszystkie obowiązki domowe na jej głowie, jeszcze wnuki pod opieką. Choć już emerytka, pracę sobie znalazła w bibliotece w miasteczku. Schudła, włosy ścięła po nowemu, zaczęła lepiej wyglądać. Uśmiech powrócił. A cóż zrobić? Życie toczy się dalej.
Aż pewnego dnia zadzwonił telefon z nieznanego numeru. Głos trochę zapomniany, ale jednak bliski.
-Zosieńko, kochanie moje… Przebacz, przyjmij mnie z powrotem. Nie mogę bez ciebie żyć. Przez pierwsze dwa miesiące jak we mgle chodziłem, ale potem… Ledwo zasnę widzę cię przed oczami. Wpuszczysz mnie? szeptał ze łzami Olek.
-Nie. Nie wpuszczę. Idź do swojej młodej. Macie przecież tyle wspólnego. A mnie jest całkiem dobrze bez ciebie ucięła Zofia i odłożyła słuchawkę.
Od tamtej pory Olek dzwonił niemal co wieczór, próbował ją uprosić, łagodnie zagadywał.
-Zosiu, tyle lat razem. Przecież nie ma sensu tego dzielić na starość. W głowie mi się poprzewracało, ale kocham cię, naszą rodzinę, Staszka, Grażynkę, wnuki. Chcę być z wami.
-A kto ci zabrania? Dzieci kochaj, wnuki też. One cię nie odtrąciły. Beze mnie sobie poradzisz. Tyle. Rozbitej filiżanki nie skleisz odpowiadała twardo Zofia.
Dzieci, choć początkowo zagniewane na niego, z czasem zaczęły go bronić.
-Mamo, tata jest nie do życia. Strasznie żałuje. Może byś mu wybaczyła? prosiła często Grażynka.
-Serio, mamo… Przebacz mu już. Wiem, że go kochasz wtórował brat.
-Nie i nie. Nie proście mnie. Nie dam rady z nim żyć po tym. Ciągle bym pamiętała o zdradzie kończyła Zofia.
Jak było, tak było pracowała, zajmowała się domem, pilnowała wnuków, dzieci odwiedzała. Bez niego. Bez Olka.
Olek natomiast rozstał się z tą, z którą miał tyle wspólnego i wrócił na starość do matki. Tęsknił za Zofią. Wspominał dawne lata i potwornie żałował. Ale już za późno. Na zawsze musiał z tym żyć…
Aż pewnego dnia zebrał się na odwagę. Pojechał do Zofii, stanął pod jej domem, klęknął i gotów był błagać ją o przebaczenie. Może się zlituje, może pozwoli wrócić. A jeśli nie, przynajmniej ją zobaczy…
Ubrawszy się jak do kościoła, ruszył spod Krakowa do Zofii. Zajechał, pukał do drzwi, ale nikt nie otwierał. Zofia była na nocnym dyżurze w bibliotece. Pukając chwilę, postanowił poczekać na werandzie. Usiadł na ławce, przymknął oczy i zasnął kamiennym snem. Może to ten dom, może zmęczenie go przytuliło.
Zosia wróciła o świcie z pracy. I zastała niespodziankę. Podchodzi, patrzy, a Olek leży nieruchomo, blady w świetle księżyca. Poruszyła go nic. Postukała w ramię zero. Potrząsnęła nim, jakby chciała strząsnąć śliwki z drzewa bez reakcji.
-O Matko Boska… Jakie nieszczęście! Olku, kochany mój, na kogo mnie zostawiłeś… Jak ja mam teraz żyć, moja miłości… zawyła, rzucając się mu na pierś…
Aż nagle Olek chwycił ją za ramiona i zaczął całować.
-A więc jednak kochasz! Ja też cię kocham, Zosieńko. Wybacz mi, żono moja ukochana! Nie dam rady żyć bez ciebie, słowo daję… klęknął przed nią, zasłaniając twarz dłońmi…
-Ty łobuzie! Ty oszuście! biła go po plecach Zofia. Już myślałam, że umarłeś, że sobie coś zrobiłeś i wróciłeś tu na śmierć! Nasyciłeś się wędrówkami, marcowy kocie? To masz za swoje!
…Od tej chwili pogodzili się Olek i Zofia. I żyli dalej, jeszcze lepiej, mocniej się kochając. Może dlatego, że zrozumieli, jak to jest stracić swojego człowieka najbliższego na świecie. Może zrozumieli także, że czasem warto wybaczyć. Duma nie zawsze jest mądrym doradcą. I nawet jeśli ktoś zawinił czasem w sercu można znaleźć dla niego miejsce. Najważniejsze: dbać trzeba o to, co się ma, a nie rozpamiętywać utracone szczęście.
Taka to historia z dobrym, polskim zakończeniem.




