Mam w pracy nową koleżankę. Martyna to kobieta w wieku około 40 lat. Jest bardzo sympatyczna, uśmiechnięta i słodka. Z łatwością znalazła wspólny język z wieloma osobami z biura. Pewnego dnia zadzwoniła do mnie:
– Cześć Ada, słuchaj, macie jakieś plany na sobotę? – jej głos dawał jasno do zrozumienia, że ma już plany dla nas.
– Nie, postanowiliśmy, że cały dzień spędzimy w domu – odpowiedziałam zmieszana.
– Doskonale! Mam świetny pomysł. Niedawno skończyłem remont domku moich rodziców. Myślę więc, że póki pogoda jeszcze się nie pogorszyła, możemy zorganizować tam grilla. Tam jest tak pięknie! Czyste powietrze, drzewa owocowe, śpiew ptaków i zupełny spokój… Co ty na to?
– Świetny pomysł! Czemu nie!” – Naprawdę potrzebowaliśmy wtedy resetu.
– Super! Marynuj mięso i przyjedź do nas do domu. Spotkamy się o godzinie 10 – Zgoda?
– OK.- odpowiedziałam i poszłam do sklepu kupić mięso. Wzięłam 2 kg mięsa, warzywa, zioła, bułki, butelkę mojego ulubionego wina i ciasto na deser. Pomyślałam, że to wystarczy, bo nie jechaliśmy sami, a logiczne było, że gospodarze także przyniosą ze sobą jedzenie. Wieczorem zamarynowałam mięso i zostawiłam je w lodówce na noc.
Rano miałam już spakowane wszystkie rzeczy, więc zaniosłam je do auta, wsiedliśmy do samochodu i pojechaliśmy pod dom Martyny, tak jak się umawiałyśmy. Gdy podjechaliśmy pod jej dom, już z dziećmi czekali na nas przed wejściem. Od razu zauważyłam, że stoją tylko z jedną małą siatką. No cóż, pomyślałam, że pewnie jedzenie mają już w domku. Kiedy dotarliśmy na miejsce, nie mogłam przestać podziwiać malowniczego piękna przyrody. Domek był bardzo przytulny, mały, otoczony sosnami i zielenią. To było dokładnie to, czego potrzebowaliśmy! Rozgościliśmy się, mężczyźni poszli grillować, a Martyna oprowadziła nas po domu i działce.
Dzieci bawiły się, biegały, grały w piłkę. Wszyscy czuliśmy się bardzo szczęśliwi. Później zawołano nas do stołu, bo mięso było już gotowe. To chyba żadna tajemnica, że na świeżym powietrzu chce się jeść więcej niż zwykle. Usiedliśmy więc przy stole bardzo głodni. Podchodzę do stołu i widzę na nim tylko to, co my przywieźliśmy, nic więcej. „No nic” – pomyślałam.
Mięso było soczyste, smaczne i wszyscy je zjedliśmy ze smakiem, ale oczywiście nie byliśmy najedzeni. Potem wypiliśmy kawę z ciastem i zaczęliśmy powoli się zwijać. Żegnając się przy wyjściu, moja koleżanka powiedziała, że wszystko było pyszne, dobrze się bawiła i miło spędziła czas, ale następnym razem powinnyśmy wziąć więcej mięsa.
To sprawiło, że mój nastrój nieodwracalnie się pogorszył. Miałam wrażenie, że zostaliśmy wykorzystani. Owszem, może ktoś pomyśli, że to normalne: oni zapewniają miejscówkę, a my jedzenie. Ale oni mają dostęp do domku za darmo, a ja nie jestem gotowa na takie wydatki za każdym razem. Myślę, że to był pierwszy i chyba ostatni raz, kiedy pojechaliśmy do nich. Wydaje mi się to niesprawiedliwe. Przecież można koszty podzielić na pół.




