Zdradzony bratanek burmistrza spod Kłodzka

Nazywam się Robert Wilczek, mam trzydzieści dwa lata i do niedawna prowadziłem warsztat samochodowy w Bystrzycy Kłodzkiej, który zostawił mi ojciec. Piszę to, bo w tej historii ludzie zwykle słyszą tylko połowę — tę o kobiecie, która znalazła mnie w lesie. Nikt nie pyta, dlaczego leżałem tam związany, z rozbitą wargą i przetrąconym żebrem. A ja wiem to najlepiej, bo to moje ciało bolało.

Tamtego wieczoru, dwudziestego trzeciego lipca, mój wuj — Zenon Kowalik, wiceburmistrz gminy, człowiek, którego przez całe życie nazywałem "stryjem", choć byliśmy tylko dalej spokrewnieni — kazał mnie wywieźć w Góry Bystrzyckie. Nie osobiście, oczywiście. Od brudnej roboty miał dwóch chłopaków z Kłodzka, którzy pracowali dla niego przy przetargach na remonty dróg. Ja się w te przetargi wtrąciłem, bo znalazłem faktury, które nie miały prawa istnieć — puste zlecenia na naprawę wiaduktu koło Międzylesia, sto osiemdziesiąt tysięcy złotych, które nigdy nie trafiły na żaden wiadukt.

Powiedziałem mu to prosto w oczy, przy kawie, w jego biurze nad piekarnią przy rynku. Powiedziałem, że pójdę do prokuratury w Kłodzku, jeśli nie odda tych pieniędzy do budżetu gminy. Śmiał się. Poczęstował mnie ciastkiem z tej piekarni na dole, tym z makiem, które lubiłem jako dziecko. A trzy godziny później dwóch mężczyzn wepchnęło mnie do bagażnika starego passata pod moim własnym warsztatem.

Bili mnie, żebym powiedział, komu jeszcze pokazywałem te dokumenty. Nie powiedziałem nikomu — bo nikomu jeszcze nie pokazałem, kopię trzymałem tylko w skrytce w warsztacie, pod podłogą kanału. Zostawili mnie związanego między dwiema sosnami niedaleko Spalonej, licząc pewnie, że zamarznę albo że znajdzie mnie ktoś, kto się nie wtrąci. Nie wiedzieli, że akurat tamtego dnia po poziomki wybrała się Halina Bujak.

Halinę we wsi nazywają zielarką, chociaż ona sama tego słowa nie lubi. Ma sześćdziesiąt jeden lat, mieszka sama na skraju Idzikowa, w domu po rodzicach, z kotem, który nie znosi obcych, i z zapachem suszonego dziurawca w każdym kącie. Kiedy otworzyłem oczy i zobaczyłem jej twarz nad sobą, pomyślałem, że umarłem — i że to dobrze, bo przynajmniej przestało boleć. Powiedziałem coś głupiego, coś o bogini, bo usta miałem spuchnięte i nie panowałem nad słowami.

Rozwiązywała mi ręce chyba z dziesięć minut. Pamiętam, że milczała przy tym cały czas, tylko raz mruknęła, że sznur był zawiązany "po fachowo" — jakby to była jakaś zawodowa uwaga, nie skarga. Do wsi szliśmy prawie godzinę, choć to niecałe trzy kilometry, bo nogi odmawiały mi posłuszeństwa, a ona za każdym razem, gdy się potykałem, po prostu stawała i czekała, nie pytając, nie ponaglając. W jej kuchni pachniało suszonymi jabłkami z ubiegłego roku, na parapecie stał transistorowy radioodbiornik nastawiony na Radio Wrocław, a na ścianie wisiał kalendarz z zeszłego roku, którego nikt nie zerwał.

Zostałem u niej cztery dni. Karmiła mnie rosołem i jakąś nalewką z tarniny, która smakowała jak lekarstwo, i nie zadawała pytań, dopóki sam nie zacząłem mówić. A kiedy powiedziałem jej całą prawdę — o wuju, o fakturach, o skrytce pod kanałem w warsztacie — spojrzała na mnie tak, jakby oceniała, ile ta prawda waży.

— To do kogo z tym pójdziemy — zapytała po prostu, mieszając łyżką w garnku.

Piątego dnia, jeszcze z opuchniętym okiem, pojechaliśmy jej starym rowerem trójkołowym do sąsiedniej wsi, gdzie u kuzyna miała komputer z internetem. Wysłałem skan dokumentów do Centralnego Biura Antykorupcyjnego we Wrocławiu i do lokalnej gazety, "Gazety Kłodzkiej" — na wszelki wypadek, gdyby jeden adresat okazał się zbyt wygodny dla wuja. Kopię zostawiłem też u notariusza w Kłodzku, pani mecenas Ilonie Zarembie, z instrukcją, że ma ją ujawnić, jeśli cokolwiek mi się stanie.

Wuj dowiedział się o wszystkim, kiedy jego dwóch ludzi z Kłodzka aresztowano na przejściu granicznym w Kudowie — próbowali wywieźć gotówkę do Czech. Śledczy szybko dotarli do niego. Stał przede mną w moim warsztacie dwa tygodnie później, kiedy przyszedł zabrać rzeczy syna, który u mnie kiedyś praktykował — udawał, że nic się nie stało, że to była pomyłka, że możemy to "załatwić po rodzinnemu".

Powiedziałem mu tylko jedno: że skrytka pod kanałem numer dwa jest teraz pusta, bo dokumenty leżą już w trzech różnych miejscach naraz, i że warsztat, który zapisał na siebie mój ojciec, żeby "ochronić go przed długami wuja" jeszcze piętnaście lat temu — teraz, gdy ojciec nie żyje, wraca w całości do mnie, bez żadnych dodatkowych podpisów, których wuj się dopominał od miesięcy. Pokazałem mu papier z sądu rejonowego w Kłodzku, potwierdzający przepisanie działki i budynku na moje nazwisko — sto dwadzieścia metrów kwadratowych warsztatu przy ulicy Wolności, wolne od wszelkich roszczeń rodzinnych.

Stał w drzwiach, między podnośnikiem a starym oplem, którego akurat naprawiałem, i nie miał już nic do powiedzenia. Zamek do biura zmieniłem tydzień wcześniej.

Halinę odwiedzam co niedzielę. Przywożę jej olej silnikowy do kosiarki i naprawiam jej stary rower, kiedy się psuje. Nigdy nie mówimy o tamtym lesie. Ostatnio tylko spytała, czy kot już się do mnie przyzwyczaił. Powiedziałem, że jeszcze nie do końca, ale że mam czas.

Oceń artykuł
TwojaCena
Zdradzony bratanek burmistrza spod Kłodzka