Zawsze będę przy Tobie

Słuchaj, przyjacielu, muszę Ci opowiedzieć tę historię, bo ostatnio bardzo przeżywam, wszystko mi się miesza w głowie…

Klaudia, błagam tylko nie zaczynaj od nowa! Przecież przerabiałyśmy to już setki razy! Po co jeszcze raz wracać do tego tematu? powiedziała wyczerpana Marta, machając ręką i odwracając się do kuchenki.

Ten dzień od początku był do niczego. Zaczął się już o piątej rano, kiedy Staś, jej syn, cichutko przyszedł do sypialni, szarpiąc za ramię:

Mamo! Gardło mnie boli!

Marta jeszcze nie do końca obudzona, przyłożyła usta do czoła syna i od razu jakby sobie przypomniała, że noc właśnie się skończyła.

Masz gorączkę, synku. Chodź tutaj! wzięła go na ręce i wyszła z pokoju, szczelnie zamykając drzwi. Naprawdę nie miała ochoty słuchać potem od Pawła, że znowu nie mógł się wyspać.

Zmierzając synowi temperaturę, podała mu lek przeciwgorączkowy i położyła do łóżka. Sama nawet nie próbowała się już kłaść i tak bez sensu. Lepiej poczekać, aż otworzą przychodnię i zadzwonić po lekarza. Kiedy miała już pewność, że Staś zasnął, poszła do kuchni, zrobiła sobie mocną kawę i stanęła przy oknie.

W tym roku zima była naprawdę zaskakująco śnieżna. Podwórko przed blokiem przykryte było gęstą, białą kołdrą świeży śnieg sypał całą noc. Wyraźnie było widać jedynie ślady tych, którzy od rana w pośpiechu szli do pracy. Marta kątem oka dostrzega ruch i odwraca głowę. Rozbawiona patrzy, jak kot sąsiadki, pani Ani, skacze po śniegu jak dziki, co chwilę znikając z łapami w zaspie, by zaraz pojawić się gdzie indziej. Żywiołowość Kiciusia absolutnie nie zrażała zimowa aura był tak uparty, wolny duch, że nie dał się załatwiać do kuwety, musiał koniecznie wyjść na dwór. Pani Ania, nie mając wyjścia, wypuszczała go za każdym razem, kiedy ten zażądał, a darł się tak głośno, że budził cały klatkę, gdy nie zdążyła na czas otworzyć drzwi. Ale trzeba przyznać, przynajmniej nigdy nie narozrabiał w domu.

Właśnie wczoraj Marta, schodząc po Stasia do przedszkola, widziała jak Kiciuś zadziornie maszeruje do drzwi, mrucząc pod nosem.

Pchaj się, pchaj, rozrabiasz, a potem patrzysz z pretensją! zawołała pani Ania, spojrzała na Martę, zaśmiała się serdecznie: Popatrz na tego łobuza! Jeszcze trochę i będę musiała jemu raportować, nie odwrotnie. Prawdziwy ogoniasz szef! Spóźniłam się po pracy mam, co mam.

Dzień dobry, pani Aniu! Twardziel z pana kota odpowiedziała Marta.

No, pewnie, poszukaj takiego drugiego! Widać taki już mój los, wychowywać same twarde charaktery zaśmiała się starsza pani.

Marta tylko się uśmiechnęła i poszła dalej. Faktycznie, syn pani Ani, Tomek, był taki spokojny, bystry chłopak z ogromnym poczuciem humoru. Rzadko kto to w nim dostrzegał; dla większości był po prostu nieśmiałym, chudym okularnikiem, na którego dziewczyny nie zwracały szczególnej uwagi. Ale Marta przyjaźniła się z nim, odkąd pamięta. Zawsze byli przy sobie. Pamięta do dziś, jak bardzo ją wspierał, kiedy zginęła jej mama.

Mamę Marty, Irenę, potrącił samochód na przejściu dla pieszych. Po prostu szła do pracy, wszystko zgodnie z przepisami, ale to jej nie uratowało. To chyba był w tym wszystkim najtrudniejsze dla Marty zawsze ją uczono, że jak się przestrzega zasad, to jest się bezpiecznym.

Ona i Tomek mieli wtedy po dziesięć lat. Marta nie znała wcześniej takiego bólu i po stracie mamy zamilkła całkowicie. Nic nie mówiła, tylko płakała, nie pozwalała się pocieszać, zamykała się w łazience, chowała po kątach, gdzie zasypiała z wyczerpania. Ojciec zaprowadził ją do psychologa, który uznał, że sprawa robi się poważna, bo stres odbija się na zdrowiu dziewczynki.

Wtedy to Tomek przyszedł z pomocą. On wcześniej stracił ojca, więc chyba lepiej niż ktokolwiek inny wiedział, co Marta czuje. Spędzał z nią całe dnie, bawił się z nią, odrabiali razem lekcje, czytał jej książki na głos, zaprowadzał na zajęcia taneczne i gimnastykę, na które Marta chodziła, bo mama tego chciała. I te drobne rzeczy, to, że był po prostu zawsze, sprawiło, że powoli Marta zaczynała wracać do siebie.

Najlepsze było to, kiedy znaleźli malutkiego kotka, zupełnie ślepego. Zanieśli go pani Ani i wtedy Marta po raz pierwszy od pogrzebu się odezwała: „Pani Aniu, można trochę mleka? Trzeba nakarmić maleństwo.” Pani Ania podała jej butelkę i mruknęła cicho pod nosem: „Chwała Bogu, wraca do świata!”

Kotek został u Tomka, bo ojciec Marty, pan Janusz, miał silną alergię na sierść.

I tak było przez całe dzieciństwo Marta i Tomek mieli siebie. Nie potrzebowali słów, rozumieli się bez nich. Jedno zaczynało zdanie, drugie kończyło. Dorośli się dziwili tej relacji, ale nikt się nie wtrącał. Pomagało im to przetrwać, bo oboje na swój sposób stracili najbliższych.

Prawdziwe problemy zaczęły się dopiero pod koniec liceum. Marta wyrosła na piękną, pewną siebie dziewczynę. Miała wianuszek adoratorów, a Tomek przyglądał się temu z boku i nic nie mówił, bo wiedział, że Marta i tak nie dawała im szans. Przynajmniej tak było, dopóki nie pojawił się Paweł. Poznała go przed wejściem do hali sportowej, gdzie uprawiała gimnastykę, gdy poślizgnęła się na schodach.

Wszystko w porządku? Niech pani da rękę! podniósł ją, dorodny, uśmiechnięty chłopak. Lodowisko na tych schodach! Cała?

Marta spojrzała mu w oczy i poczuła się, jakby ziemia osunęła się jej spod nóg. Zawsze śmiała się z miłości od pierwszego wejrzenia uznawała to za bajki, wymysły poetów. A tutaj sama się o tym przekonała.

Jestem zgubiona, Tomek! Po prostu przepadłam… On jest taki

Jaki? Tomek patrzył z ukosa, ale Marta była wtedy myślami zupełnie gdzie indziej.

Najlepszy na świecie! zakręciła się w miejscu, radosna jak nigdy. Mógłbyś się cieszyć razem ze mną, no!

Jasne, cieszyć się… uśmiechnął się kwaśno Tomek i jak tylko mógł, to się ulotnił, wymówił pracą.

Marta nie zauważyła jego rozgoryczenia, jej myśli były całkiem gdzie indziej. Z Pawłem spotykała się ponad trzy lata, aż w końcu uznali, że są na tyle dorośli, by się pobrać. Rodzicom oznajmili decyzję i zaczęli śmieć ślubne formalności.

Głupota, że panna młoda musi mieć świadkową uparcie komentowała Marta, mierząc suknię ślubną w salonie. Czemu nie można mieć świadka, przyjaciela?

Tomek, który ją tam zawiózł, tylko się uśmiechnął; już nauczył się żyć z byciem w jej cieniu. Krawcowa nawet próbowała go wyprosić, bo przesądy, że pan młody nie powinien wcześniej widzieć sukienki!

On nie jest moim narzeczonym! zaśmiała się Marta. To tylko mój przyjaciel.

Przyjaciel? zamyśliła się krawcowa. W dzisiejszych czasach?

Ludzie nie mogą się po prostu przyjaźnić? Marta, śpiesz się, mamy jeszcze umówić się na tort, a ja muszę wrócić do pracy.

Potem, z perspektywy czasu, sama siebie pytała: Jak to możliwe, że nie widziała w Pawle tych wszystkich rzeczy, które z czasem zaczęły ją irytować, a czasem wręcz złościć? Zawsze miała w głowie ten obraz wiernego rycerza, a okazało się, że w jej bajce wszystko poszło zupełnie inaczej.

Pierwsza rysa? Kiedy poważnie się rozchorowała pół roku po ślubie. Zwykła angina, ale Marta ją zlekceważyła i ledwo chodziła na nogach, usiłując być idealną żoną. Skończyło się poważnymi komplikacjami. Lekarz zalecił kompleksowe, częściowo płatne badania. Paweł się wściekł:

Jeszcze czego! Odkładamy na urlop! Ty młoda jesteś, co ty, emerytka? Żądają kasy, bo mogą!

Marta patrzyła na niego w osłupieniu.

Mówisz poważnie?

No pewnie!

Paweł… Przepraszam, ale czy dla Ciebie ważniejsze są wakacje niż moje zdrowie?

Oczywiście, że masz zdrowie! Skończ dramatyzować. Pojedziemy, wypoczniesz przejdzie Ci.

Na badania pożyczył jej ojciec. Nic nie powiedział Pawłowi, tylko spojrzał wymownie.

Rok zajęło jej dojście do siebie do końca się, niestety, już nie udało. Ze względu na serce lekarze nie pozwolili jej na wszystko. A gdy Marta dowiedziała się, że jest w ciąży i wybrała do poradni, od razu trafiła do grupy ryzyka.

Pani Marto, proszę mnie dobrze zrozumieć, radzę się zastanowić poważnie… Ciąża to ogromny wysiłek dla organizmu.

Nie ma się nad czym zastanawiać. Będę rodziła, koniec kropka.

Lekarze zrobili, co mogli trzy ostatnie miesiące Marta przeleżała w szpitalu. Staś urodził się zdrowy. Ale wiedziała dobrze tylko ona i jej ojciec, a także… Tomek, ile ją to kosztowało. Wtedy dotarło do niej, jak bardzo Paweł żyje swoim życiem, w którym ona i dziecko odgrywają rolę statystów. Gdy dowiedział się, że urodziła, od razu rzucił się w wir świętowania tak bardzo, że nie wracał do domu przez trzy doby, nie odbierając telefonu. Marta wariowała ze strachu, prosiła ojca o pomoc, ten przyjechał i tylko ją przytulił: Cicho, wszystko w porządku, spokojnie. Wtedy już wiedziała ta bajka nie jest jej bajką. Już nie będzie księżniczką w swojej historii. Na rozstanie jednak nie zdecydowała się od razu powstrzymała ją reakcja Pawła na syna.

Do syna miał wyjątkowy stosunek był opiekuńczy, kołysał, przewijał, chodził na spacery. Co prawda, czasem bywało, że miał dość płaczu i wtedy kazał Marcie zając się Stasiem, by potem, godzinę czy dwie później być tatą idealnym. To zachowanie Martę mocno zastanawiało. Ale jeszcze wtedy pozytywy przeważały.

Z Martą samą to wyglądało gorzej właściwie żyli obok siebie. Każde miało swój świat.

Staś, mały, często chorował Marta biegała z nim po lekarzach, nie prosząc Pawła o pomoc, bo nigdy nie wiedziała, w jakim będzie humorze. Mógł być troskliwy i pytać lekarza o wszystko, ale innym razem złościł się na samą prośbę o pomoc. Zdziwiłbyś się, ale naprawdę przez to Marta postanowiła być bardziej samodzielna. Ojciec nauczył ją jeździć autem, sam pilnował wnuka w tym czasie. Potem kupił jej używany, ale sprawny samochód. Dzięki temu nie musiała już liczyć na Pawła.

Ojciec Marty zrozumiał wszystko dawno temu, ale nie wtrącał się, czekał, aż córka sama zdecyduje, co dalej. Raz tylko, kiedy Staś długo gorączkował i Marta była już na totalnym wyczerpaniu, oddała chłopca tacie, sama nawet nie dotarła do kanapy położyła się na podłodze i zasnęła. Ojciec poczekał, aż się przebudzi:

Martuś, nie będę Cię pouczał, nie będę pytał. Chcę, żebyś pamiętała, że nie jesteś sama.

Wiem, tato. Ale jeszcze nie czas, rozumiesz? Ja dalej jestem z Pawłem, nie mogę tego na razie zmienić.

Uściskał ją, nie naciskając.

I przez cały ten czas przy niej był Tomek. Załatwia leki, jak Marta nie mogła wyjść; podwoził do lekarza, jak samochód nawalał; odwiózł auto do mechanika, gdy było trzeba. Pomagał jej bez zająknięcia. Marta miała czasem wyrzuty, że nadużywa tej przyjaźni, ale on naprawdę był jedyną osobą, której ufała bezgranicznie.

Właśnie dzisiaj, stojąc przy oknie i patrząc na zaspy, Marta myślała o Tomku kiedy wraca z delegacji i czy, jeśli trzeba, podwiezie ich do lekarza. Bo jej samochód znowu się popsuł tym razem chyba na dobre. Z kasą też krucho Paweł twierdził, że wszystko inwestuje w firmę, a jej pensja ledwo starczała na podstawowe rzeczy, bo nie mogła pracować pełnego etatu przez ciągłe zwolnienia na dziecko. Dobrze, że mieli własne mieszkanie po rodzicach, bo Paweł większość czasu spędzał na działce, którą urządził sobie po swojemu na obrzeżach miasta.

Spojrzała na zegarek i zadzwoniła do rejestracji w przychodni. Trafiła dobrze lekarka rodzinna właśnie wróciła z urlopu i Marta umówiła wizytę domową.

Odłożyła telefon i zabrała się za śniadanie, gdy do kuchni wszedł zaspany Paweł.

Znowu coś się dzieje? Dlaczego w nocy tyle krzątaniny?

Staś jest chory, krótko odpowiedziała Marta.

I musiałaś pół nocy chodzić po domu? Nieważne, i tak nie spałem. Idę pod prysznic, śniadanie mi szybko przygotuj, zaraz wychodzę, mam urwanie głowy w pracy.

Marta nawet nie odpowiedziała, zaczęła szykować rzeczy, głównie dla Stasia kiedy jest chory, lubi jedzenie dla ozdrowieńców, jak to sama kiedyś nazwała. Specjalnie smażyła mu racuchy, choć wiedziała, że i Paweł jest ich ogromnym fanem.

I co? Rozmawiałaś z ojcem o tej sprawie?

Nie.

I na co Ty czekasz?

Już mówiłam: nie zamierzam prosić ojca, żeby przepisał mieszkanie na nas.

Twoje uparcie powoli mnie wykańcza! Ile można! Ja płacę za to wszystko, a czuję się tu jak na łasce. Ciągle tylko kasa, potrzeby, Ty i Staś ile można znosić!

Paweł jeszcze długo krzyczał, ale Marta już go nie słuchała. W środku coś w niej pękło. Taka cienka, ledwo słyszalna struna, która jeszcze ich łączyła wspólne początki, pierwsze pocałunki, te wszystkie drobiazgi… Wszystko w sekundzie się rozpadło.

Położyła spokojnie łopatkę, zdjęła racuchy z patelni, odwróciła się do męża i powiedziała spokojnie:

Powiem Ci raz, posłuchaj mnie dobrze. Dziś się spakujesz i wyprowadzisz. Rozwodzimy się, Paweł. Tak dalej żyć nie będę i Tobie też widać już dawno wszystko zbrzydło. Nie będziemy się wykłócać, kto co płacił i płaci. Pomyślmy tylko o Stasiu jest naszym synem i dla niego powinniśmy oboje być obecni, nieważne, czy razem czy osobno.

Paweł patrzył na nią ze zdumieniem, próbował się odezwać, ale ucichł, wstał i rzucił widelec na stół.

To tyle? To przemyśl sobie to jeszcze do wieczora. Wrócę, to pogadamy na spokojnie.

Nie, Paweł, ja już zdecydowałam. Znasz mnie, wiesz, co to znaczy.

Tobie to się poprzewracało w głowie. Myślisz, że ktoś cię zechce? A szczególnie z dzieckiem? No, zobaczymy

Jak uważasz. Odwróciła się, ledwo powstrzymując łzy.

Paweł wyszedł z kuchni i po chwili trzasnęły drzwi wejściowe. Marta usiadła na stole i pozwoliła sobie na cichy płacz, zanim jeszcze Staś się obudził.

Usłyszała cichutkie kroki syna.

Najlepszy rekonwalescent świata wstaje! Głodny jesteś?

Szczerze to średnio, mamo. Teraz boli mnie też głowa.

Myślisz, że racuchy mogą pomóc twojej głowie?

Tak! uśmiechnął się łobuzersko. Zwłaszcza z dżemem!

Oczywiście, że tak!

Po wizycie lekarki, która przepisała leki i zostawiła zalecenia, Marta chciała dzwonić po ojca, żeby został ze Stasiem i mogła iść do apteki. Wtedy ktoś zapukał do drzwi. Kto mógł tak pukać? Tylko Tomek! To ich tradycyjny znak, zawsze omijał dzwonek.

Hej!

Hej, jak się trzymacie? Tomek trzymał pudełko z nową zabawką. Marta nie przypominała sobie, kiedy ostatnio Paweł kupił synowi coś od siebie. Wszystkie prezenty dla Stasia Martha załatwiała sama. A Tomek nigdy nie wpadał z pustymi rękami.

Staś znowu chory. Posiedzisz z nim chwilę? Wyskoczę do apteki.

Jasne! Daj listę, zrobię wszystko.

Marta podała mu listę i kiedy Tomek wyszedł, zadzwonił jej telefon.

Marta Januszewska?

Tak.

Szpital Wojewódzki, dzwonimy w sprawie pań ojca.

Co się stało? aż ścisnęło ją w środku.

Zawał serca. Stan poważny, ale ustabilizowany.

Już jadę.

Kręciła się po mieszkaniu, nie wiedząc, za co się złapać. Jej ojciec, zawsze niezawodny, a tu nagle w jednej chwili wszystko się chwieje. Spróbowała zadzwonić do Pawła.

Paweł…

Co? Nagle się rozmyśliłaś? Teraz ja się będę zastanawiał…

Paweł, tata w szpitalu. Zawał.

No i? Czego ode mnie oczekujesz? Przecież się rozwodzimy, dobrze pamiętam?

Marta popatrzyła na telefon i rozłączyła się z niedowierzaniem.

Wrócił Tomek, zobaczył Martę już w kurtce.

Gdzie lecisz?

Tata w szpitalu, zawał.

Nie trzeba było tłumaczyć. Tomek pobiegł po swoją mamę, pani Ania została z Stasiem, a oni razem pojechali do szpitala.

Czekali tam do wieczora na jakiekolwiek informacje. Siedzieli obok siebie, milcząc. W końcu Marta odezwała się cicho:

Dziękuję… Jak dobrze, że Ty jesteś.

Zawsze będę przy Tobie…

Wiem, Tomek. Teraz już wszystko wiem

Godzinę później podszedł do nich lekarz. Marta zasnęła, z głową na ramieniu Tomka. Ten delikatnie ją obudził.

Tata trafił na oddział. Najgorsze minęło, czeka go teraz długa rekonwalescencja. Możecie na dzisiaj wracać do domu, jutro zobaczycie go w wyznaczonych godzinach.

Marta rzuciła się Tomkowi na szyję i wreszcie zapłakała pierwszy raz od dawna, czując jak wraz ze łzami odchodzi cały jej ból, cały ciężar ostatnich lat.

Oceń artykuł
TwojaCena
Zawsze będę przy Tobie