Zawiłe szczęście

Trudne szczęście

To znaczy… jak to się rozwodzimy? Darek, ty chyba żartujesz?

Bożena wpatrywała się w męża i nie mogła pojąć słów. Rozwód? Byli razem prawie ćwierć wieku! Za dwa tygodnie miała być rocznica… a jednak może już jej nie będzie? Myśli wirowały jak liście na wietrze. Co z przyjęciem, gośćmi? Zaproszenia już rozesłane… wszyscy mieli przyjechać. Rodzina, przyjaciele zasypywali ją telefonami, pytali co kupić w prezencie… A taka Wanda, najlepsza przyjaciółka z dzieciństwa, nawet już swój prezent przysłała. Żal, że nie dotrze. Za daleko, no i jej, w szóstym miesiącu ciąży, nie byłoby lekko w samolocie. Niech siedzi w Poznaniu, zobaczą się innym razem, wtedy znów będzie okazja do świętowania. Przecież to właśnie Wanda poznała Bożenę z Darkiem kolegą z wydziału. A potem podczas ich wesela krzyczała najgłośniej: Gorzko, gorzko! – chowając się za bukiet, który Bożena wręczyła jej od razu, nie rzucała po prostu oddała przyjaciółce.

Nie pojmuję czemu twój Leszek tak zwleka. Wypuści taką dziewczynę!

Gdzie pójdzie? Wanda poprawiała Bożenie fryzurę. Wszystko w swoim czasie, Bożenko. On jeszcze nie dojrzał. I po co mi niedojrzały mąż? Żeby mieć go dosyć po dwóch latach i się rozwieść? Potem majątek, dzieci, rodzina… Wszyscy mnie pokochają! Nie, to nie dla mnie! Poczekam na plony.

Ależ ty masz rozplanowane te dwa lata! Bożena śmiała się, patrząc jak Wanda zamaszyście poprawia makijaż.

Nie potrafię żyć na pół gwizdka. Albo wszystko, albo nic!

A dzieci? Od razu bliźnięta?

O tak! Chcę od razu komplet! Raz się przemęczyć i z głowy. U mnie i u Leszka w rodzinie już były przypadki. Wychować dwoje to łatwiej niż jedno!

Dlaczego? Bożena zawsze słuchała Wandy, bo ta była praktyczna i sprytna. Młode lata upływały im na psotach, ale Wanda potrafiła tak zorganizować zabawy, że sama nigdy nie była winna. Dbała o wszystkich, co, jeśli ktoś próbował być mądrzejszy i działać po swojemu, kończyło się dla niego nie najlepiej.

Bo to zdrowa rywalizacja. Zawsze ktoś do zabawy. A poza tym, miano matki roku za wychowanie dwójki naraz. Mało? Jeszcze wymieniać?

Nie trzeba! Bożena śmiała się, choć była przekonana, że Wanda dostanie, co chce.

I tak się stało tylko, że los miał lepsze poczucie humoru niż Wanda i zamiast bliźniąt, urodziły się trojaczki. Przyszło Wandzie sprawdzić się w trzy razy trudniejszej roli.

Poradziła sobie znakomicie. Rodzina męża faktycznie ją pokochała. Wanda nigdy się nikomu nie kłaniała, rozmawiała spokojnie i rzeczowo, ale gdy trzeba, zawsze była gotowa pomóc. Najczęściej tej pomocy udzielał Leszek, jej mąż. Przyjdzie czas, że i my będziemy potrzebować wsparcia powtarzała mu Wanda. I co wtedy? Pokażą nam dobrze znany gest? Mnie to nie urządza! Chcesz ziemniaczki z grzybami na kolację? To jedź do mamy i napraw ten kredens! Dla ciebie to dwie godziny pracy, a mamie będzie miło. I powiedz, że za tydzień przyjadę umyć jej okna.

Gdy Wanda potrzebowała pomocy przy dzieciach, dwie babcie i dziadek byli w pogotowiu. Wanda, choć dzieci po urodzeniu długo były słabe, wzięła się w garść i… poszła na studia.

Oszalałaś! Kiedy ty chcesz na to wszystko mieć czas? Bożena nie mogła uwierzyć.

Kto odważy się dać trzy z przodu matce trojaczków? Poza tym nie zamieni mi się mózg w pasztet w macierzyńskim, a potem mam papiery i doświadczenie: ekonomistka, prawniczka! Czegóż chcieć więcej?

Wanda skończyła z dobrym dyplomem i szybko znalazła pracę, przekonując szefa, że pensji wystarczy jej akurat na opiekunkę.

Ale Wanda, to przecież ledwo ci starczy?

Na razie babcie i dziadek pomagają, pracodawca nie musi wiedzieć. Potrzebuję doświadczenia, a nie papierka. Parę lat wytrzymam na minimalnej, a potem będę mogła sama wybierać.

Bożena patrzyła na przyjaciółkę i nie pojmowała jak to możliwe, że kobieta daje radę wszystkiemu, bez zmęczenia. Bożenie podejmowanie decyzji przychodziło z trudem od dziecka wybór rajstop do przedszkola urastał do dramatu.

Ale Wanda ją pocieszała: Ty jesteś konserwatorem, Bożeno, ty się dwa razy zastanowisz, zanim zrobisz. To też potrzebna cecha.

Tak, ona była stała… Na tyle, że Darek to docenił! Ale po co on teraz to wszystko niszczy? Przecież było dobrze! Brak dzieci ciążył w ich małżeństwie, ale jakoś się z tym pogodzili. Pracowała Bożena jako wolontariuszka w domu dziecka, chciała adoptować… ale nie potrafiła. Bała się, że nie pokocha. Że to nie będzie ta prawdziwa miłość. Czuła, że potrzeba czegoś głębszego.

Jeszcze nie spotkała pani swojego dziecka. mówiła pani Teresa, dyrektorka domu dziecka, który patronowała jej firma. Przyglądała się jak wolontariusze tańczą z maluchami koło choinki. Bożena stała, patrzyła z rozpaczą na dzieci: A jeśli nie spotkam? spytała, rozkładając prezenty.

To znaczy, że nie dane. Lepiej tak niż narobić biedy potem dwóm osobom pani Tereska wzruszyła ramionami. Widzisz tam Tomka? Oddali go już dwa razy…

Jak to? On ma sześć lat!

Pierwsza rodzina była biologiczna, przyszło własne dziecko zwrócili. Potem para z dwójką swoich, adoptowali jeszcze troje, Tomka nie pokochali.

Ale jak można?

Po prostu siedział w kącie i prosił, żeby go oddać do domu dziecka, bo go nie kochają. Wiesz, Bożeno, lepiej go nie ruszać.

To spotkanie wbiło Bożenę w otchłań smutku. Już chciała Tomka zaadoptować… ale Wanda ją wytrzeźwiła: Jesteś pewna, że starczy ci tej miłości? Nie poganiaj. Dzieci to nie maskotka. I nie rozczula cię po prostu żal? Przemyśl to mocno. Ja mogę ci pożyczyć jednego z moich na próbę!

Bożena odmówiła. Przestała jeździć do domu dziecka, ale o Tomku nie mogła zapomnieć. Był latarnią przypominał jak żyć, aby nie sprawić nikomu bólu.

Przytuliła ramionami swoje barki. Zimno… Czemu? Przecież jest jesień, centralne już chodzi! Może pomóc Darkowi się spakować? Co zabierze na zimę? Tu lato krótkie… Od razu przypomniał się dom rodzinny pod Białymstokiem, gdzie nawet zimą się nie marzło, kurtka była leciutka. Teraz najbardziej chciała pójść do mamy, zniknąć w górach. Tylko, że mamy już dawno nie ma. Ani Darka już nie będzie…

Nie chce jej się tej wolności! Chce męża przy sobie, codziennych rytuałów, kawy na śniadanie… Rozmów do rana, nieplanowanych wyjść do teatru czy nad Wisłę, byle być razem.

Darek dzwonił czasem w środku dnia: Bożenko, co robisz?

Zawalona pracą! Rekrutacja, potem bank!

To chodź, zostaw wszystko. Jedziemy do lasu pochodzić…

Rzucała wszystko i po godzinie szli milcząc, a było… dobrze.

Teraz to dobrze jest tylko wspomnieniem. Jej przeszłością. Będzie o tym pamiętać, on raczej nie, bo czeka na dziecko z nową wybranką. To o to chodzi? Czy o to, że ich małżeństwo zawsze było kłamstwem? Pierwsze chciała jeszcze zrozumieć. Drugiego nie! Bo to by znaczyło, że na nic nie zasłużyła, nie dała nikomu szczęścia…

Stała w kuchni, przytulona kolanami do kaloryfera, niezdolna ruszyć się, słyszała, jak Darek chodzi, szura szufladami, trzaska drzwiami. Trzęsły jej się ręce, z parapetu spadł jedyny kwiatek, przywieziony przez Wandę.

Gdy trzasnęły drzwi wejściowe, opuściła ręce na parapet, zacisnęła palce tak, jakby chciała go przełamać. Wyprostowała się, zepchnęła kwiatek na podłogę i zaczęła krzyczeć.

Nic to nie pomogło. Ciemna ziemia i skorupy przypomniały wszystko jest teraz czarne. Światło zniknęło, zamknęło się za drzwiami. Teraz będzie musiała iść po omacku, bez żadnych znaków orientacyjnych. Poza jednym…

Bożena oderwała się w końcu od kaloryfera, stanęła boso na odłamkach doniczki, nie czując bólu, przeszła do sypialni i chwyciła za telefon.

Waaaandaaa…

To nie był płacz… Tylko zwierzęcy skowyt, głos wyrywający się z wnętrza. Wanda usłyszała wszystko, bez wyjaśnień.

Darek odszedł?

Taaaa…

Dobrze. Jutro jestem u ciebie.

Zwariowałaś! Zostaniesz w domu! Dziecko, ciąża! No proszę cię… Ty wiedziałaś?!

Domyślałam się. Jak byliście ostatnio razem, Darek nie patrzył mi w oczy. Teraz dopiero pojełam. Bożeno, będzie dobrze!

Wanda, jak dobrze? Wszystko straciłam! Cała życie do kotła! Co mam robić?

Kup sobie sukienkę!

Co? Bożena prawie upuściła telefon.

Tak, sukienkę, na którą ci szkoda było pieniędzy. Zaraz wychodź i kup! Mi potem pokażesz! Nie siedź w domu, nie wyj! Nic się nie zmieni przez łkanie. Kup, a potem do mnie przyjedziesz. Do Zakopanego, choć na chwilę w Tatry.

W góry? Przecież rodzisz niedługo!

I co z tego? Nie jestem kaleką. Pospacerujemy po dolinach, zatrzymamy się w hotelu. Proszę cię, nie bądź egoistką mnie to też potrzebne, bo tu już świra dostaję. Przylecicie, co? Podaj tylko numer pociągu.

Po rozmowie Bożena długo patrzyła w lustro. Oto ona. Nie już dziewczyna, jeszcze nie staruszka. Jej młodość daleko, ale po co ma sama siebie grzebać? Jeśli Darek myśli, że teraz zgaśnie całkowicie nie doczeka się. Wanda ma rację!

Przesunęła dłonią po włosach i wyprostowała się. Trzeba działać. Teraz, albo wcale. Wysłała kilka smsów, odwołała co trzeba, zamknęła ustalenia z restauracją.

Zamiotła kuchnię tak, że zapomniała o dwóch odkurzaczach w domu, chwyciła za nowy kwiatek i ruszyła do centrum handlowego. Sukienka była czerwona, zmysłowa, inna niż to, co na co dzień wybierała. Przez lata najmocniejsze kolory zostawiała Wandzie, lubiącej wzbudzać emocje sama wolała być obserwatorem.

Teraz jednak nie chciała się poczuć zauważona. Czemu nie? W lustrze widziała inną siebie zmęczoną, ale nie złamaną. Coś jeszcze zostało. Tylko złość by się przydała, taka wielka ale nie umiała się rozzłościć. Może dlatego, że rozumiała czemu Darek odszedł? Z przyzwyczajenia, z braku emocji… Przecież byli dla siebie już bardziej przyjaciółmi…

Podróż się udała. Połączyły z Wandą tatrzańskie szlaki, rozmawiały, milczały, śmiały się i płakały. Z czasem coraz bardziej uwalniała się od tych krępujących ją więzów.

Po co tam wracasz? Tu dzieci pełno, możesz otworzyć centrum. Tata chory, przecież miałaś go tu zabrać. Teraz będziesz mogła być blisko przekonywała Wanda.

Bożena długo myślała i, w końcu, podjęła decyzję. Tak, tak będzie dobrze.

Rozwód, sprzedaż mieszkania, samochodu, uporządkowanie spraw z firmą, w którą zainwestowała lata. Postanowiła: raz i na zawsze wymazać Darka z życia, wyczyścić wspomnienia jak kontakty w telefonie. Spotkała się tylko tyle razy, ile wymagały formalności.

Białystok powitał ją wiosennym słońcem i kwitnącymi gruszami. Sprowadziła się do mieszkania obok taty, nie u niego, bo wiedziała, że jego nowa towarzyszka pani Jadwiga jest mu bardziej potrzebna. Delikatna starsza pani, którą spotkała w drzwiach, cicho się uśmiechnęła i zrozumiała: lepiej, żeby dom był jeden, a nie dwa. Kochała ojca, więc cieszyła się, widząc jak w ogródku obcina krzewy, a pani Jadwiga szykuje herbatę.

Ale ten twój tata, Bożenko szepnęła pani Jadwiga jest jeszcze niczego, prawda? patrzyła na ojca z czułością. Tak wyglądała ta prawdziwa, wyczekana miłość. Może i Bożenę jeszcze czeka coś takiego?

Minął rok, nawet nie wiedziała kiedy. Dwa centra dla dzieci w nowej dzielnicy kwitły. Ale, choć życie się zmieniło nowy styl, fryzura, pies o imieniu Gucio, na którego latami się czaiła wieczorami przychodził smutek. Przerzucała kubek po stole, myśląc, że oddałaby wszystko, byle tylko Darek zapalił światło w kuchni, dotknął ramienia i zapytał cicho: Coś się dzieje? Może zrobić ci herbaty?

Rozumiała, że powinna odejść do końca, nie zawieszać się w przeszłości. Ale tej cząstki Darka w sobie zniszczyć nie umiała.

Gdy po kilkunastu miesiącach zgłosił się urząd skarbowy, nawet się ucieszyła będzie ruch, coś nowego. Sprawę załatwiła w dzień i został jej wolny dzień do powrotu. Pojechała na Mokotów obejrzeć stare kąty. Jeden z jej centrów już był zamknięty, drugi działał. Uśmiechnęła się do dzieci i nauczyciela, który świetnie bawił maluchy.

W końcu przeszła koło swojego dawnego bloku, potem weszła do parku, gdzie lubili z Darkiem spacerować. Mężczyzna z wózkiem wydawał się nagle znajomy. Bożena stanęła jak wryta Darek. Biały już prawie włos, zgarbiony, patrzył gdzieś w bok, kołysząc wózek, jakby go głaskał.

Przyspieszyła kroku. Nie pozwoli, by się tak skulił…

Darek…

Usłyszał głos i zadrżał. Witaj, Bożeno.

Usiadła obok niego. Jak się masz?

Słabo. Bardzo słabo.

Czemu?

Bo jestem sam. Przegrałem wszystko co dobre. Przez przypadek, przez błąd…

Nieprawda. Masz więcej niż mi zostawiłeś wskazała na wózek. Chłopiec czy dziewczynka?

Dziewczynka. Ewa.

Młoda żona, dziecko… Czego jeszcze trzeba?

Nie ma żony. Mileny już nie ma. Poród był trudny…

Zabrakło Bożenie tchu. Nie miała do niej żalu tylko żal młodej dziewczyny, która chciała poprawić sobie los. Darek nigdy nie pił aż tego wieczoru, na firmowej wigilii, nie wiadomo czemu się napił… I znalazł się w łóżku z Mileną. A wózek z Ewą spał teraz koło nich.

Milczące siedzieli wspólnie. Potem rozmowy, na przemian, przerzucając się słowami, aż dziewczynka się obudziła, rozglądając się po zapadającym zmierzchu, z niemymi znakami gwiazd nad parkiem.

Bożena przytuliła Ewę, patrząc na nią. Słowa pani Teresy wróciły Gdy spotkasz swoje dziecko, wszystko zrozumiesz…

Pół roku później Teresa zaprosiła Bożenę do siebie i zostawiła z ciemnowłosym, zrezygnowanym chłopcem.

Tomek, wiesz po co przyszłam?

Po mnie…

Chciałbyś ze mną zamieszkać?

Nie wiem. Nie wierzę, że pani mnie weźmie.

Patrzył Bożenie w oczy bez cienia emocji. Mała iskierka pojawiła się, zgasła, gdy pokazała zdjęcia.

To pani mąż?

Tak.

A to pani córka?

Nie, Tomku. To nie moja córka…

Ale iskierka została. Bożena powiedziała To nie moje dziecko, ale zostanę mamą dla niej i dla ciebie, jeśli chcesz.

Pani mnie odda…

Czemu?

Wszyscy oddają.

Ja nie. Wiesz czemu?

Nie.

Bo wiem jak to jest wszystko stracić. Wiem jak boli, kiedy nie ma nikogo, kto kocha.

Ja też znam…

Wiesz, kto to mama?

Nie…

Mama to ktoś, kto nie pozwoli swoim dzieciom tak cierpieć.

Pani mi współczuje?

Bożena spojrzała mu w oczy i pokręciła głową:

Nie chcę ci współczuć. Chcę cię kochać. I chcę, żeby Ewa miała starszego brata, silnego, odważnego. Pomożesz mi?

Tomek kiwnął powoli głową. Bożena odetchnęła.

Po kilku latach po górskim szlaku szła cała ich nowa rodzina. Ciemnowłosy chudy Tomek pilnował, by zwinna, rozgadana Ewa nie uciekła do lasu.

Ewcia, za lasem są wilki!

Nie!

Tak! I niedźwiedzie wielkie, głodne.

Bo mamy nie karmiły?

Nie umiały gotować kaszy.

Nasza umie!

To niech im da swoją!

Mamo! Ewa wdrapała się na Bożenę Oni nie lubią z grudkami!

Zobaczymy, ja też lubię kaszę z miodem i glutkami. Co powiesz Tomku, ugotujemy dla nich?

Jeszcze nie chcę wracać… Może niech chodzą głodni, bo Ewcia zaraz zacznie je dokarmiać, a nie będziemy mogli wyjść z pokoju!

Bożena śmiała się, obejrzała za siebie.

Ewciu, potem ich nakarmimy, tak? Najpierw nauczę się gotować idealną kaszę.

Okej! zawołała dziewczynka z radością. Bożena i Tomek wymienili spojrzenia.

Echo ich śmiechu niosło się wysoko po zboczach, znikało wśród traw i chmur, a nowy dzień nad Tatrami dopiero się zaczynał.

Oceń artykuł
TwojaCena
Zawiłe szczęście