Pracuję w tej Biedronce na Złotej cztery lata. Widziałam różne rzeczy — kradzieże, awantury o grosz, pijanych o ósmej rano. Ale tamtego czwartku nie zapomnę do końca życia.
Było po piętnastej, słońce lało się przez szyby jak roztopione masło. Kończyłam zmianę za dwadzieścia minut i liczyłam w myślach, czy zdążę na autobus 167, żeby odebrać Kubę ze świetlicy. Mój syn ma osiem lat i jak spóźnię się choćby kwadrans, pani Marta z portierni patrzy na mnie tak, jakbym oddała dziecko do domu dziecka.
Kolejka jak zawsze przed weekendem — wszyscy kupują grilla i piwo. Pani Bożena stała trzecia. Zauważyłam ją, bo miała ładną apaszkę w błękitne kwiaty i mocno spierzchnięte ręce. Trzymała koszyk kurczowo, jakby od tego zależało całe jej życie. I zrobiła się biała jak ta kasza na promocji z tyłu sklepu.
Zanim zdążyłam pomyśleć, już biegłam. Złapałam ją pod ramię — była lekka jak ptak. Kości pod moimi palcami, cienka skóra, zapach krochmalu i czegoś ziołowego, może melisy.
— Proszę się oprzeć, pani usiądzie — powiedziałam głośniej, niż trzeba, bo sama byłam przerażona.
Magda z drugiej kasy rzuciła mi klucz do zaplecza. Posadziłam ją na składanym krześle, tym z przechylonym oparciem. Podałam wodę w kubku po kawie, bo czystych już nie było. Zadzwoniłam po karetkę, ręce mi się trzęsły jak przy pierwszej zmianie.
Pani Bożena patrzyła na mnie i oddychała płytko. Jej oczy zaszły jakby mgłą, patrzyła nie na mnie, tylko gdzieś poza mnie. Wzięłam ją za rękę. Chciałam, żeby poczuła, że nie jest sama. Sama nie wiem, skąd to wiedziałam, ale czułam, że ona nikogo przy sobie nie ma. Takie rzeczy wyczuwa się po tym, jak ktoś trzyma głowę.
— Jak pani ma na imię?
— Bożena.
— Bożeno, karetka jedzie. Proszę oddychać wolno. Jest pani bezpieczna.
Słowo „bezpieczna" zrobiło coś dziwnego. Po jej policzku popłynęła łza, jedna. Nie otarła jej. Po prostu siedziała i płakała, a ja trzymałam ją za rękę i udawałam, że nie widzę. Bo czasem lepiej nie widzieć.
Ratownicy przyjechali po dwudziestu minutach — miasto stało w korkach, wiadomo. Ciśnienie sto siedemdziesiąt na sto. Zapakowali ją na nosze. Przy drzwiach zaplecza powiedziałam, że pracuję do osiemnastej, i wcisnęłam jej karteczkę z paragonu z moim numerem. Sama nie wiem, po co. Może dlatego, że przypomniała mi moją babcię Jadzię, która zawsze mówiła, że rosół leczy wszystko, a ja nie zdążyłam się z nią pożegnać.
W szpitalu Lindleya spędziłam potem godzinę. Nie musiałam tam jechać. Ale jakoś nie mogłam wrócić do domu, nie wiedząc, czy ją wypuszczą. Siedziałam na korytarzu obok automatu z kawą — kawa po pięć złotych, mleko w proszku, smakuje jak kreda — i czekałam. Lekarz powiedział coś o nadciśnieniu i stresie. Odbierając receptę, usłyszałam, jak pani Bożena do kogoś dzwoni. Mówiła cicho, ale korytarz był pusty.
— Agnieszko, zasłabłam w sklepie, jestem w szpitalu.
Przerwa. Potem: „Dobrze, oddzwonisz, tak, rozumiem". Odłożyła telefon i oparła głowę o ścianę. Ja udawałam, że bardzo uważnie czytam etykietę na butelce z wodą. Na etykiecie był napis „mineralna, niegazowana" i nic więcej, ale wymyśliłam sobie, że studiuję skład.
Wyszła chwiejnym krokiem. Zapytałam, czy wezwać jej taksówkę. Pokręciła głową. Pojechałyśmy razem autobusem 167. Ja wysiadłam pierwsza, pod świetlicą, bo Kuba. Podała mi numer mieszkania, ot tak, i powiedziała: „Gdybyś kiedyś chciała wpaść na herbatę". Wysiadłam i patrzyłam, jak autobus rusza w stronę jej przystanku.
Następnego dnia po pracy ugotowałam rosół i przelałam do termosu. Ten miedziany termos po babci Jadzi, z wgniecioną pokrywką, z numerem mieszkania wygrawerowanym od spodu paznokciem — babcia bała się, że jej ukradną na działkach. Miałam go oddać do naprawy, pokrywka przeciekała, ale jakoś nigdy nie było czasu.
Stanęłam pod jej blokiem na Woli. Czteropiętrowa kamienica z odrapaną klatką, na schodach zapach gotowanej kapusty i pasty do podłóg. Domofon zepsuty, drzwi otwarte. Weszłam na trzecie, zapukałam. Otworzyła. Bez apaszki, we flanelowej koszuli, włosy spięte byle jak. Wyglądała starzej niż w sklepie.
— Rosół — powiedziałam. — Babcia mówiła, że leczy wszystko.
Siedziałyśmy potem w jej kuchni. Miała czyściutko, ale pusto — tak pusto, że jeżyłam się od tej czystości. Wypiłam herbatę, zjadła rosół. Rozmawiałyśmy o mojej mamie, o zaocznej pedagogice, o tym, że za czesne płacę z pół etatu i jeszcze dokładam z nocnych zmian w weekendy. O Kubie. O tym, że nie mam męża, bo wyjechał do Norwegii i przysyła alimenty, kiedy pamięta.
Ona opowiadała o Andrzeju. Pięć lat po jego śmierci, a ona wciąż mówi o nim „my". „My zawsze jeździliśmy w Bieszczady". „My nie lubiliśmy upałów". Po piątym „my" zrozumiałam, że ona nigdy nie wstąpiła do żadnego „ja". Że całe to mieszkanie to jedno wielkie „my", tylko Andrzeja w nim brak.
Zaczęłam do niej wpadać. Po nocnej zmianie, z rogalikami z piekarni na Dworcu Zachodnim, bo tam najlepsze. W niedzielę z sernikiem. Pomagałam jej przesadzić pelargonie na balkonie — miała balkon od podwórka, z widokiem na skwerek, gdzie miejscowi piją piwo i karmią gołębie. Posadziłyśmy lawendę, wiem, że obniża ciśnienie, sama sprawdzałam w internecie.
Agnieszka, jej córka, pojawiała się dopiero w telefonie. Pani Bożena milkła po każdej rozmowie z nią, a potem długo gładziła obrus, jakby chciała wygładzić coś, co nie dawało się wygładzić. Któregoś razu nie wytrzymała.
— Agnieszka mówi, że obca dziewczyna nie robi nic za darmo — powtórzyła, a potem urwała, zmieszała się i dodała cicho: — Przepraszam, Natalio. Chciałam powiedzieć „Agnieszka", a wyszło mi twoje imię. Ostatnio mi się to zdarza.
Zaśmiała się sama z siebie, nerwowo, ale ja poczułam, jak mi się gardło ściska. Bo to nie była pomyłka języka. To było tak, jakby we mnie próbowała umieścić to miejsce, które jej córka zostawiła puste.
— Może ma rację — odparłam, żeby coś powiedzieć, żeby przerwać tę ciszę, która nagle zrobiła się za gęsta. — Robię to z egoizmu. Za darmo pani dostaje rosół, ja dostaję babcię.
Pani Bożena roześmiała się wtedy naprawdę, pierwszy raz od naszego poznania. Śmiała się jak dziewczynka — zamykając oczy i zasłaniając usta wierzchem dłoni.
Wtedy właśnie postanowiłam, że zrobię coś, co powinnam zrobić dawno temu.
Był piątek, po mojej zmianie. Pojechałam do Piaseczna. Adres miała z koperty, która leżała na kuchennym stole — zaproszenie na chrzciny syna koleżanki z pracy, odesłane z adnotacją zwrotną. Nie jestem z tego dumna, ale przeczytałam.
Siedziałam w kawiarni naprzeciwko biurowca, w którym pracowała Agnieszka. Zamówiłam herbatę, której nie wypiłam. Czekałam cztery godziny, bo nie wiedziałam, o której kończy.
Wyszła o osiemnastej czterdzieści. Kobieta w drogim płaszczu, z torebką, którą poznałam z okładek — musiała kosztować tyle, ile ja zarabiam przez trzy miesiące. Zatrzymałam ją na chodniku.
— Jestem Natalia — powiedziałam. — Ta z Biedronki.
Spojrzała na mnie, jakby ktoś jej wyciągnął rachunek sprzed roku. Potem zrozumiała: chodzi o matkę.
— Czego pani chce? — zapytała, zerkając na zegarek.
— Niczego. Chcę tylko powiedzieć… — zaczęłam i zabrakło mi słów, więc zaczęłam od nowa. — Chcę powiedzieć, jak wyglądało zasłabnięcie pani mamy. Bo ona pani nie powie, jeśli pani w ogóle nie spyta. Siedziała na zapleczu między kartonami. I płakała. Nie z bólu. Płakała, bo powiedziałam jej, że jest bezpieczna. Rozumie pani? Obca baba jej to powiedziała, bo własna córka kazała jej oddzwonić. Jak z infolinii, kurwa, jak z jakiejś infolinii.
Zbladła. Wiedziałam, że powinnam się zatrzymać, ale już nie umiałam.
— Ona od trzech lat ma nadciśnienie. Wie pani to w ogóle? Bierze leki. Chodzi na basen w czwartki. Na UTW we wtorki. Na działki latem. Ma koleżankę Krystynę z parteru, gadają o cenach masła. I to jest jej całe życie. Trzy punkty w tygodniu i ceny masła. Trzy punkty.
Agnieszka otworzyła usta, chciała coś powiedzieć, ale nie dałam jej dojść do głosu.
— A teraz pani sobie myśli, że ja czegoś chcę. Mieszkania? Konta? Nie. Nie chcę nic. Ja chcę tego, czego pani nie chce. Żeby ktoś, kto mnie potrzebuje, był przy mnie blisko, na wyciągnięcie ręki. A pani… pani chce, żeby matka wreszcie przestała pani przeszkadzać. Tylko tyle. I dobranoc.
Odwróciłam się i poszłam, zanim zdążyła cokolwiek powiedzieć. W autobusie trzęsły mi się ręce. Kuba zapytał, czemu płaczę. Powiedziałam, że to od wiatru.
Kilka dni później byłam u pani Bożeny, kiedy przyszedł listonosz. Ona akurat wyszła na balkon podlać pelargonie, więc otworzyłam drzwi i pokwitowałam za nią list polecony — sąsiadka przecież, nikt się nie dziwił. Zaniosłam jej kopertę na balkon, nie patrząc na nadawcę.
Otworzyła przy mnie, bo ja akurat przesadzałam lawendę do większej doniczki. Wyjęła kartkę i długo na nią patrzyła.
— To od Agnieszki — powiedziała.
Nie zapytałam, co pisze. Odłożyła list na parapet obok termosu i wróciła do konewki. Nie czytałam tego listu, ale zobaczyłam fragment, zupełnie przypadkiem, kiedy przesuwałam doniczkę. „…spotkamy się we wtorek o siedemnastej w Akwarium przy Złotej. Tym, gdzie się siedzi w fotelach i patrzy na ryby. Tylko my dwie."
Pani Bożena stała przy oknie i patrzyła na skwerek, gdzie ktoś akurat karmił gołębie. Wzięła konewkę i powiedziała, żebym jej przelała resztę wody do miski, bo przecież nie będziemy marnować.
Nie wiem, co zrobi. Nie wiem, co bym zrobiła ja, gdyby moja mama od trzydziestu lat udawała, że mnie nie widzi, a potem przysłała list o rybkach.
Ale to już nie moja sprawa.
Mój miedziany termos dalej stoi na jej parapecie. W środku jeszcze pachnie rosołem, choć myła go trzy razy. Pani Bożena mówi, że nie może oddać, bo wgniecioną pokrywkę ma się tylko jedną. Rozumiem to jakoś po swojemu. Ja też nie potrafię wyrzucić kubka, z którego babcia Jadzia piła ostatnią herbatę. Stoi u mnie w szafce, pęknięty, do niczego.
We wtorek, jeśli pani Bożena zechce, mogę ją odprowadzić pod Akwarium. To niedaleko od mojej pracy. A jeśli nie zechce, to też dobrze. Zostanę na balkonie i dokończę przesadzanie tej lawendy. Została nam jedna sadzonka, ta bledziutka od ściany.
Pani Bożena stoi przy oknie z konewką. List leży na parapecie, obok termosu. Woda przelewa się przez brzeg konewki, bo trzyma ją pochyloną za długo i o tym zapomniała. Nie mówię jej tego. Patrzę tylko, jak krople spadają na parapet, jedna po drugiej, i jak ona stoi tak, nieruchomo, z twarzą zwróconą w stronę skwerku.




