Zaklęci wrogowie
Aleksander właśnie ułożył się wygodnie na kanapie, gdy przez otwarte okno wpadł dziki szczek jego psa. Normalnie Tolek, bo tak się nazywał ten owczarek, był cichy jak polski las przez większość roku, ale dzisiaj od rana urządzał koncert nie tam jakąś serenadę, tylko ryk na pół wsi.
Aleksander już kilka razy wychodził na podwórko sprawdzić, czy nie pojawił się jakiś podejrzany osobnik. Nic takiego, żadnych gości, cisza, tylko Tolek wył.
Pomyślał, że może sąsiedzkie burki się przechadzały za płotem, a Tolek w swoim stylu pilnuje, żeby obcy nie zbliżali się zanadto. Nic dziwnego, podwórko miał w małym palcu.
Jak Aleksander wychodził, to faktycznie nikogo wokół nie było tego szczeku nie wytrzymałby nawet najodważniejszy, to i psy sąsiadów zwiewały w popłochu.
Nie wiedzieli, że misiek bo tak czasami Aleksander mawiał na Tolka siedzi w kojcu, efektywnie odseparowany od awantur. W dzień zawsze go zamykał, bo przecież lepiej dmuchać na zimne.
Za to po zmroku no cóż, wtedy to już kto odważny ten przeżyje.
Raz nawet trzech pseudozłodziejaszków z sąsiedniej wioski próbowało się dostać na podwórko. Jeden zgubił spodnie na kolczastym płocie, drugi porzucił sportowego buta, a trzeci na drzewo uciekł na sam szczyt, że nawet straż musiała go ściągać. Tolek im pokazał, co znaczy wjechać komuś na ambicję. I bez urazy ale bez powodu Tolek nie szczekał. Dzisiaj jednak szczekał jakby mu się urwało.
Tolek, skończ już tę operę! zawołał Aleksander, rzucając się do okna.
Pies na moment ucichł, ale po chwili znów wrócił do głośnej, wściekłej kanonady szczekania.
Aleksander poddał się i ruszył na podwórko, żeby znaleźć powód takiej furii swojej ogromnej owczarki kaukaskiej.
Jak można było się spodziewać wokół nikogo. Tolek zamilkł natychmiast, jak tylko zobaczył szefa.
Co ty tu solówkę odstawiasz, co? uśmiechnął się Aleksander podchodząc do kojca.
Tolek zaczął radośnie machać ogonem, patrząc na Aleksandra takim przepraszającym spojrzeniem, jakby mówił: Wiem, że cię obudziłem, ale musiałem! Teraz odwrócił się w kierunku furtki i znowu szczek, jakby na alarm.
Aleksander spojrzał szybko i zauważył coś szarego, niedużego, błyskawicznie mknącego w bok. Podbiegł, wybiegł na wiejską drogę i zobaczył…
…zwykłego kota. Ot tak, typowy dachowiec.
I spojrzenie miał ten kot aż zbyt pewne siebie, zuchwałe, jakby mówił: A co? Przyszedłem, bo mogę!
Co ty tu robisz, kociarzu? zaśmiał się Aleksander. Mówię ci: lepiej tutaj nie przychodź. Tolek nie znosi kotów. Jak cię dorwie, to…
Kot wzgardliwie zmarszczył nos Aleksander przez chwilę miał wrażenie, że puszcza mu jeszcze ironiczny uśmiech.
Dorwie, powiadasz? Prędzej się z kojca wyskoczy, niż mnie złapie. Twój pies to wypasione niedźwiedziątko, czas mu na dietę! tak czytał Aleksander w kocim spojrzeniu.
Trochę mu było przykro, że szaraczek tak bezczelnie zignorował Tolka.
Zmykaj stąd! machnął ręką i wrócił na swoje podwórko, zamykając furtkę.
I co myślicie?
Kocur posłuchał? Ani trochę. Zaczął teraz pojawiać się codziennie.
Przechadzał się po podwórku Aleksandra jak u siebie, przysiadał tuż obok kojca, sprawiając, że to raczej on jest tu szefem, a nie Tolek czy Aleksander. Tolek tylko mógł wkurzać się i szczekać. Aleksander próbował go przeganiać, ale ledwie wracał do domu, zaraz kot znowu był na podwórku.
Na tym etapie Aleksander poddał się. Nie miał szans z szarym cwaniakiem.
Po tej małej wygranej kot zupełnie się rozpanoszył. Raz nawet ukradł kawałek mięsa wprost z Tolka miski a miska stała w środku kojca! Tolek leżał zrezygnowany, szczekanie nie pomogło, więc szaraczek skorzystał z okazji.
Potem jeszcze demonstracyjnie konsumował zdobycz, patrząc na wielkiego psa ze złośliwym błyskiem w oku.
Aleksander widział to na własne oczy, aż się zagotował.
No pięknie, cwaniaku… mruczał Aleksander gniewnie. Jeszcze ci pokażę, że to nie twoje podwórko!
Postanowił, że zmieni taktykę w dzień nie będzie zamykać Tolka w kojcu, a jeśli zamknie, to zostawi otwarte drzwi, by pies mógł wybiec na podwórko w razie potrzeby.
Niech w końcu zrobi porządek pomyślał Aleksander.
Bo kot zmęczył już i jego, i psa. Nawet cisza w domu stała się realnym luksusem.
Ale w dniu, kiedy z Aleksandrem i Tolkiem dyżur pełnili, kot się nie pojawił.
Przeczucie? Kłopoty? Nikt nie wiedział. Aleksander czuł się nawet urażony zaplanował chytry manewr, a tu… nici. Nawet następnego dnia nie było kota. I trzeciego też nie.
Tolek patrzył na szefa, Aleksander tylko wzruszał ramionami. Cóż mu powiedzieć?
Może i dobrze, że nie wraca? uśmiechnął się lekko Aleksander. Cisza jak nigdy.
Ale tak naprawdę, Aleksander trochę ściemniał.
Zwyczajnie tęsknił za tym złośliwym kotem. Brzmi dziwacznie, a jednak.
No i Tolek przyzwyczaił się do narzekania przecież codzienne szczekanie na wroga to był jego sport narodowy.
Teraz… Nuda.
Jeszcze po kilku dniach Tolek zaczął prosić Aleksandra wzrokiem, żeby sprawdził, czy nie ma kota niedaleko.
Jak prosił? Patrzył głęboko w oczy Aleksander rozumiał, co trzeba zrobić.
Myślisz, że coś się stało naszemu szaraczkowi? pytał Aleksander zamyślony. Z takim charakterem łatwo o kłopoty… Dobrze, Tolek, chodźmy na drogę, zobaczymy.
Aleksander otworzył furtkę, wyszedł z Tolkiem na wiejską drogę, spojrzał na prawo i lewo.
Tolek za nim, wielka głowa kręciła się jak radary, węch na maksa, próbując wyłowić znajomy, wredny zapach kota.
Nie było łatwo woń obornika zza płotu skutecznie maskowała inne zapachy.
Aleksander spacerował raz w jedną, raz w drugą stronę. Chciał już wracać, bo przecież nie będą całymi dniami czekać na kota, który przez ostatnie tygodnie był ich utrapieniem.
Ale właśnie, kiedy szedł zamknąć furtkę, usłyszał dziwne dźwięki. Na całej wsi rozległ się paniczny koci wrzask i groźny szczek.
Po chwili na drogę wypadł kot ten sam szary łobuz, utykający na jedną łapę, pędzący przez piaszczystą drogę. Tuż za nim gnał pies.
Nie byle jaki kundel, tylko rasowy doberman z miasta.
Aleksander wiedział, czyj to pies latem, a czasem nawet zimą, przyjeżdża do sąsiadki jej rodzina z psem dobermanem.
Wyglądało na to, że szaraczek próbował zdenerwować miastowego, jak robił to z Tolkiem, ale tym razem spotkał się z reakcją. Doberman go chyba nawet ugryzł, bo na szarej sierści kotka Aleksander wypatrzył brązowe plamy.
Aleksander patrzył na kota, zbliżającego się do niego, zupełnie zapomniał o Tolku.
Tolek, nie czekając na pozwolenie czym zwykle się nie odznaczał ruszył prosto na kota.
Tolek! Gdzie lecisz?! krzyknął Aleksander, wyobrażając sobie, co się stanie z kotem. Przecież już dostał od dobermana, zaraz Tolek go dopełni… Tolek, stój!
Ale pies miał swoje priorytety. Przyspieszył i pędził prosto na kota.
Kot, widząc to, stanął jak wmurowany. Zrozumiał, że jego beztroskie życie i zdrowie wiszą na włosku… a nawet na kociej sierści.
A co dalej? Pewnie już domyślacie się.
Tolek stanął przy przerażonym szaraczku, obwąchał go, a potem…
…z wściekłością rzucił się na dobermana z rykiem godnym króla puszczy.
Gonił go aż po ostatni dom na ulicy. Doberman zwinny jak zając, na styk wyhamował, uciekając w popłochu.
Inaczej nie miałby szans w całej wsi nie było psa, który mógłby Tolka powstrzymać.
Kot, korzystając z zamieszania, czmychnął gdzieś w krzaki. Aleksander patrzył na Tolka, więc nawet nie zauważył, kiedy szaraczek zniknął. Wieczorem, podając jedzenie swojemu psu, aż mu się miska z rąk omsknęła kot znowu był na podwórku. Żywy, zdrowy, z oczami pełnymi wdzięczności.
Ułożył głowę na Tolka łapie, mrucząc cicho. Tolek spojrzał na Aleksandra w taki sposób, że ten dostał napadu śmiechu.
Przepraszam, szefie, ale skoro go uratowałem, to chyba muszę się nim opiekować do końca życia zdawało się czytać w psim spojrzeniu.
I to nie żarty. Tolek naprawdę postanowił być osobistym ochroniarzem kota.
Na dodatek pozwolił szaraczkowi jeść ze swojej miski niebywała hojność jak na takiego poważnego i zawsze naburmuszonego kolosa.
Koty potrafią roztopić nawet najtwardsze psie serce. Teraz już nie byli wrogami zostali przyjaciółmi.
I jeśli myślicie, że na tym historia się kończy, to się mylicie.
Aleksander zabrał kota Timka do miasta, by weterynarz obejrzał ranę. Powiedział, że sprawa poważna, bez szycia się nie obejdzie. Po operacji Timko został u Aleksandra w domu.
Aleksander opiekował się nim, Tolek nie spuszczał kota z oczu jeszcze przed tygodniem planowali, jak go pogonić, a teraz troska i miłość. Takie życie.
Kilka tygodni później przy furtce pojawiła się ładna młoda kobieta.
Tolek miał ochotę zaszczekać, ale zorientował się, że tylko ją wystraszy, więc tylko kilka niepewnych szczeknięć. Aleksander usłyszał, wybiegł z domu.
D-d-dzień dobry… przywitał się z piękną nieznajomą. Do mnie pani przyszła?
Kobieta pytała, czy Aleksander nie widział szarego kota na ulicy lub podwórku.
Wie pan, to bardzo zuchwały kot! Nazywa się Timko, zawsze ucieka z domu. W mieście siedział grzecznie, a jak przyjechałam do mamy po udarze, to jakby mu się szaleństwo włączyło. Zwykle wracał, myłam go, karmiłam, a od kilku dni ślad po nim zaginął.
Wie pani, chyba wiem, gdzie jest pani Timko uśmiechnął się Aleksander. Proszę wejść, psa się niech pani nie boi, nie ruszy pani. Proszę bliżej.
Do psa?! Po co?
Zaraz pani się przekona.
Kobieta, mocno sceptyczna, ale spojrzenie Aleksandra było szczere, więc weszła na podwórko. Gdy spojrzała na Tolka, zobaczyła, że tuż przy psie leży jej kocur.
Timko! Jak się tu znalazłeś? Co ci się stało? wystraszyła się, widząc zabandażowaną łapę i biodro kota. Spojrzała na Aleksandra to pański pies go ugryzł?
Nie, skąd, wręcz przeciwnie to my go uratowaliśmy odparł Aleksander, lekko speszony.
Od kogo?
Jeśli się pani nie spieszy, mogę opowiedzieć całą historię. Warto, zapewniam.
Aleksander wszystko opowiedział Oldze (bo tak się kobieta przedstawiła), śmiechu było co nie miara.
Niesamowite… Mój Timko psu i panu nerwy tarmosił całymi dniami, a wy go uratowaliście.
Aleksander uśmiechnął się. Jesteśmy z Tolkiem duszami dobrymi, po prostu. Ale proszę się nie martwić, Timko wraca do zdrowia. Ma się dobrze i nas już nie irytuje.
On zawsze był grzeczny… To chyba ta świeża wiejska atmosfera go zmieniła. Albo się obraził na mnie, bo mniej czasu mu poświęcam mama po udarze, uczymy się chodzić od nowa. A to niełatwy proces.
Proszę wpadać w odwiedziny z kotem powiedział Aleksander, nieco zawstydzony.
Zastanowię się nad zaproszeniem uśmiechnęła się kokieteryjnie Olga.
A pół roku później cała wieś świętowała wesele Aleksandra i Olgi. Timko i Tolek byli gośćmi honorowymi a nawet doberman z miasta pojawił się, ten, co kotu ugryzł łapę.
Doberman rozpoznał Timka, patrzył niechętnie, ale gdy zerknął na Tolka, udawał, że się pomylił. Ot, taka historia.



