6 listopada 1941
Za oknem szalał listopadowy wiatr, tłukąc gołe gałęzie brzóz i zabierając resztki ciepła z zamarzniętej ziemi. Droga do Kielc była rozmokła jak wspomnienia po ciepłym lecie raz po raz obwiła się pod koła starego wozu zaprzężonego w karego konia, który ciągnął się z ledwością przez głębokie, cuchnące błoto.
Nie dojedziemy do szpitala, zobacz, jaka ta droga okrutna! łkała mama, pani Marianna Kaletowa, ocierając załzawione oczy rąbkiem chusty.
Dojedziemy, Krysiu, wytrwaj, proszę! odpowiedział jej mąż, pan Stefan Kaleta, ze zmęczoną determinacją w głosie, przytrzymując zgrabiałe dłonie na lejcy.
Na sianie leżała moja siostra, młoda, zmęczona kobieta imieniem Bożenka. Cicho jęczała z bólu, marząc tylko, by ta męka już się skończyła. Życie znów rzuciło nam wyzwanie: wiejska akuszerka skręciła kostkę, a felczer z pobliskiej wioski wyjechał do chorego dziecka.
Pamiętaj, Bożenko, o córce, o Tadeuszu, swoim mężu, powtarzała mama, głaszcząc dłoń córki.
Pamiętam, mamo, zawsze pamiętam
Jak nazwiecie maleństwo? próbowała mnie zapytać, by odwrócić uwagę od bólu.
Tadeusz chce, by córeczka była Lidką, a synek Witkiem.
Pięknie, dziewczynko. Twój ojciec was zawiezie, wierzę w niego. Patrz, już widać kominy fabryki, a to znaczy, że do szpitala blisko
Tak dotarliśmy pod bramę szpitala powiatowego. Gdy tylko zamknęłyśmy się drzwi izby porodowej bóle Bożenki nasiliły się. Chwilę potem świat powitała kruszynka dziewczynki, która zapłakała donośnie, jakby chciała swoim krzykiem przegnać całe zło tego świata. Kiedy położna podała niemowlę nowej mamie, Bożenka przez łzy szczęścia uśmiechnęła się, zapominając o całym cierpieniu. Szeptem pogłaskała miękką główkę:
Lideczko, Twój tata wygra każdą wojnę i wróci do nas. Jesteś naszą nadzieją
Z gorącym pragnieniem Bożenka poprosiła o kartkę i ołówek, by napisać do męża na front.
Zaczekaj, Bożena Kaleta, zaraz wszystko przyniosę rzuciła nerwowo pielęgniarka, trzaskając szafką.
Co się pani stało? odważyła się zapytać Bożenka.
Daj mi spokój, wiesz, ile mam na głowie? burknęła tamta, nawet nie patrząc w stronę rodzącej.
W sali inna młoda kobieta, Zuzanna, zbierała już rzeczy.
Wypisują Panią tak szybko? zdziwiła się Bożenka.
Wypisują wyszeptała zupełnie zrezygnowana Zuzanna.
W jej oczach dało się wyczytać ból tak rozdzierający, że serce pękało z litości. Sama odłożyła torbę i wyszła, jakby wraz z nią zniknęła cząstka jej duszy. Po chwili pielęgniarka wróciła, rzuciła kartkę na łóżko i zostawiła Bożenkę samą z własnymi myślami.
Zuzannę wypisali, a mnie każą leżeć jeszcze parę dni westchnęła Bożenka.
Szybko się zebrała. Dziecko jej tu zostanie. Wiadomo, jedni nagrzeszą, nie chcą potem odpowiadać.
Dziewczynka?
Tak, zdrowa, rumiana, czego więcej chcieć? odparła zniecierpliwiona pielęgniarka, zamykając za sobą drzwi.
Myśli o porzuconej dziewczynce nie dawały mi spokoju, wszystkim opowiedziałam potem. Wieczorem, idąc korytarzem, usłyszałam żałosny płacz z pokoju niemowląt. Zajrzałam przez szparę: moja Lidka spała spokojnie, natomiast to płakało inne maleństwo.
Czego tu szukasz? rzuciła nieprzyjemnie wychudzona pielęgniarka.
Myślałam, że to moja córeczka płacze. Może trzeba przynieść matkę maleństwu?
Nie ma tu dla niego matki. Matka zostawiła i uciekła! Weź się, idź stąd, nie twój interes.
Wycofałam się, niosąc wciąż wspomnienie tego krzyku. Nocą nie mogłam spokojnie zasnąć i wtedy właśnie zapadła decyzja.
O poranku znów usłyszałam płacz. Odważyłam się zapytać:
Mogłabym ją nakarmić, na chwilę?
Jeszcze czego! Przyzwyczai się, a potem do domu dziecka? Tam już nikogo nie obchodzi, czy płacze.
Do domu dziecka?! aż cofnęłam się z przerażenia.
Nie bacząc na sprzeciw pielęgniarki, poszłam do ordynatora doktora Antoniego Goździewskiego.
Panie doktorze, pozwólcie mi wziąć dziewczynkę. Jedno dziecko czy dwa, nie zrobi mi to różnicy. Wiejska kobieta, dam sobie radę.
Ordynator spojrzał głęboko w oczy, długo milczał, aż w końcu kiwnął głową. Wracając, pogłaskałam swoją Lideczkę, a potem podniosłam tamtą porzuconą miękkie, głodne, niewinne istnienie. Przyłożyłam ją do piersi, a ona natychmiast przywarła, jakby poczuła wreszcie matczyne ciepło. Wtedy łzy popłynęły mi po policzkach wiedziałam, że mam obowiązek ją ratować.
Wszystko się ułoży, kochanie, jesteśmy już razem. Nazwę cię Jagoda. Lideczka i Jagódka Tego nam brakowało
Gdy wróciliśmy do domu pod Opatowem, mama aż złapała się za głowę.
Toż to dwie urodziłaś nagle, Bożenko?!
Tak, mamo. Lida i Jagoda.
A czemu takie różne? Bliźniaki są zawsze podobne!
Nie bliźniaczki, tylko dwójka naraz zmyśliłam, spuszczając wzrok.
Całą podróż Bożenka tuliła dziewczynki. Ojciec wziął Jagodę na ręce, wyciągając do niej wesoło palce:
No proszę, będę was rozpieszczał, jak tylko się da!
Nie przesadzaj, Stefan, dziewczyn nie wolno rozpieszczać! szturchnęła go mama, uśmiechając się pod nosem.
W drodze do wioski wrzuciłam list do skrzynki doniosłam Tadeuszowi, że jedna córeczka już jest i że przygarnęłam sierotę, bo nie mogłam inaczej. Wiedziałam, że Tadziu to zrozumie był zbyt dobrym człowiekiem, żeby zrobić mi wyrzuty.
Minęło pięć lat. Lida i Jagoda dorastały, były zdrowe, wesołe i tak samo przeze mnie kochane często powtarzałam sobie, że nie jestem w stanie odróżnić, która zrodzona przeze mnie, a która nie. Nigdy nie żałowałam tej decyzji. Rodzice pomagali, jak mogli, sama nocami czuwałam nad snem dziewcząt, a Tadeusz służył ochoczo w radzie gminnej. Gdy z frontu szły wiadomości, że trzyma się zdrowo, czekaliśmy na powrót ojca z niecierpliwością.
Wreszcie nastąpił długo wyczekiwany dzień. Siedziałam z mamą na ganku, gdy przez wieś przeszedł Marek, sąsiad, krzycząc wesoło:
Żołnierz! Żołnierz idzie!
Akurat prałam dziecięce fartuszki, kiedy zza zakrętu drogi wyłonił się wysoki, szczupły mężczyzna w mundurze. Ledwo poznałam własnego męża, ale ruch i krok był typowy, rozpoznałabym go nawet po ciemku.
Tadek! zawołałam i pobiegłam mu naprzeciw.
Bożenko, skarbie! objął mnie tak, że dech zaparło. Staliśmy na środku wiejskiej drogi, a ludzie tylko się uśmiechali przez okno. Potem wszyscy rzucili się oglądać powracającego nawet teściowa. Tadek pytał od razu o córki, ja poprowadziłam go przez ogród do sadu, gdzie bawiły się dziewczynki.
Tadeusz klęknął i objął obie, a ja patrzyłam i w tamtej chwili wiedziałam, że wszystko jest takie, jakie powinno być.
Mijały lata. Moi rodzice odeszli, Lida i Jagoda dorosły, zostały w naszej wsi zamiast jechać do miasta. Po matce Tadeusza przejęły opiekę nad ukochanym sadem pełnym jarzębin. Byłam już spokojna o ich przyszłość.
Tadeusz jednak nie chciał słyszeć o zamążpójściu:
Za wcześnie jeszcze, Bożenko. Nadal są dziećmi
Uśmiechałam się i kiwałam głową bał się, że bez dziewczynek dom opustoszeje.
Lidą interesował się Wojtek, pracujący w stodole po sąsiedzku, Jaguś romansowała z Jankiem, traktorzystą. Często wychodziły do sadu dbać o drzewa, by spotkać się z chłopcami poza czujnym okiem ojca.
Pewnego dnia wysłałam Lidę do ciotki Marysi z beczułką ogórków. Jagoda nawet nie czekała długo, zaraz poleciała do sadu Po trzydziestu minutach usłyszałam rozpaczliwe wołanie.
Mamo! Mamo! wołała zdyszana Lida. Chodź szybko, tatusia też zawołaj!
Wybiegłam z Tadeuszem na ganek, zaniepokojona.
Co się dzieje?
Przyszła jakaś pani! wykrztusiła Lida.
Do naszego ogródka weszła elegancka kobieta, na oko po trzydziestce, w modnym płaszczu i na wysokich butach, które w naszej okolicy wywoływały sensację.
Dzień dobry. Pani Bożena Kaleta?
Tak, to ja, a pani? zapytałam, z trudem rozpoznając w jej twarzy coś znajomego.
Nazywam się Nina Sobolewska.
Przykro mi, nie przypominam sobie pani
Byłyśmy razem na porodówce w listopadzie czterdziestego pierwszego
Zamarłam. Zrobiło mi się słabo.
Chcę zobaczyć moją córkę usłyszałam.
Tadeusz wstał groźnie.
Moja żona wszystko mi powiedziała zasyczał. Niech pani wyjdzie.
Nie odejdę, dopóki nie porozmawiam z nią Przez wszystkie lata żałuję tej decyzji tłumaczyła się łamiącym się głosem.
Pękłam.
Oddałaś dziewczynkę, uciekłaś, nie oglądając się za siebie, nie widziałaś, co przeszłyśmy przez te lata. A dziś wracasz? roztrzęsiona miałam łzy w oczach.
Miałam wtedy tylko siedemnaście lat, zostałam sama Potem los nie dał mi więcej dzieci
Rozpętała się awantura. Nagle zza drzwi wybiegła Lida.
Która z nas jest twoja? zapytała z rozpaczą. Serca nam pękły. Musiałam powiedzieć prawdę.
Jagoda wyszeptałam.
W domu zaległa groza. Nina odeszła w milczeniu, zostawiając za sobą pustkę.
Następnego dnia Jagoda zniknęła. Na stole zostawiła krótki liścik:
Nie umiem żyć z takim kłamstwem.
Siadłam pod jarzębiną, nie mając już łez.
Tadeusz tulił mnie.
Wróci, zobaczysz. Ona czuje, gdzie jest jej dom
I rzeczywiście. Po miesiącu zobaczyłam Jagodę pod krzakami.
Wróciłam, mamo wyszeptała, tuląc się do mnie.
Długo płakałyśmy razem, potem Jagoda poszła do Janka. Za tydzień, pod naszą jarzębiną, odbyły się dwie wiejskie wesela: Lidy z Wojtkiem i Jagody z Jankiem. Biel sukniek odcinała się od czerwieni gron jarzębiny, jakby sama natura błogosławiła nasze dziewczynki.
Nigdy już Nina nie pojawiła się na naszych włościach i dobrze. Jagoda wiedziała już, że matką jest ta, która czuwała przy jej łóżku, leczyła rany i czytała bajki na dobranoc. Taką matką byłam ja, po prostu Bożena z polskiej wsi.
I niech tak zostanie na zawsze.




