Babcia zawsze mi mówiła – szukaj pracowitego kawalera, najlepiej ze wsi. Nie dość, że będzie robotny, to i wierny, bo gdzie mu przyjdzie szukać innej.
Nie powiem, kiedyś podchwyciłam temat. Wszystko w tych sklepach takie drogie i pełne chemii. Pomyślałam, że babcia świętej pamięci mogła mieć rację – świeże mleko, jajka od kur z wolnego wybiegu. I tak zakręciłam się obok jednego młodego rolnika, poznałam go w aplikacji randkowej.
Co to on mi nie naobiecywał!
Mówił, że nic mnie nie będzie interesowało, tylko zadbam o to, by miał co zjeść jak wróci z pracy, niczego więcej nie będę musiała robić. Mieszkał w domu z rodzicami i babcią. Mieli krowy, kilkanaście hektarów ziemi i trochę gęsi i kur. Na początku faktycznie było tak jak mówił. Trochę sprzątałam i gotowałam na zmianę z jego babcią i mamą, a resztę czasu miałam dla siebie.
Jeszcze przed ślubem mówił, że jakby tak jakaś kobieta chciała z nim zamieszkać, to w porównaniu z tym, co kiedyś kobiety miały na wsi, ta żyłaby jak dama. Teraz to inne czasy…
Oświadczył mi się bardzo szybko, po sześciu miesiącach znajomości wzięliśmy już ślub. Mały, bo mały, ale kościelny. Wtedy mój ojciec bardzo mi to odradzał. Mówił, że jestem jeszcze za młoda i wspomnę jego słowa. Ale byłam głupia, bo gdybym miała choć odrobinę oleju w głowie, słuchałabym tego, co mówi tata.
Przeczytaj także: Odkryłam wstydliwą obsesję mojej synowej! Ukrywa to w różnych zakamarkach po całym mieszkaniu
Teraz już widzę, że życie na wsi wcale nie jest usłane płatkami róż, to wcale nie tak jak mi obiecywał. Co rano muszę wstać skoro świt i przygotować wszystko przy krowach. Niby to wszystko zautomatyzowane, ale człowiek i tak potrzebny.
Na początku mówiłam, że nie pójdę, nie umiem, to po co jestem tam potrzebna. Ale on mówi: babcia tyle lat ma i o świcie wstaje i pracuje, a Ty będziesz spała? Tak ze dwie godziny mija zanim to wszystko będzie zrobione. Nie dość, że jestem wykończona już od rana, to jeszcze śmierdzę, a wszyscy tylko czekają aż zrobię im śniadanie: młoda jeszcze jesteś, to masz siłę.
Nawet nie mam gdzie pracować, bo tu wszędzie pola. Nie wiem po co mi były te studia, bo do pracy w polu to one mają się nijak. Musiałabym dojeżdżać, ale wtedy kto posprząta i będzie gotował? Nie wiem już co zrobić, nawet myślę o rozwodzie. Ojciec mi mówi, że ze wszystkim mi pomoże, jak postanowię odejść. Ale jemu przede wszystkim zależy, żebym znalazła pracę w mieście, nie wiem czy życzy mi szczęścia w miłości. Dla niego zawsze na pierwszym miejscu była nauka i praca, a sprawy sercowe na bocznym torze.
Podpowiedzcie mi proszę, szczególnie kobiety ze wsi, da się do tego przywyknąć czy zawsze jest tak ciężko, że człowiek chciałby uciec?



