Wynoś się z mojego mieszkania! powiedziała matka.
Wynoś się powiedziała spokojnie matka.
Irmina uśmiechnęła się krzywo i oparła na oparciu krzesła była przekonana, że matka zwraca się do jej koleżanki.
Wynoś się z mojego mieszkania! Antonina zwróciła się do córki.
Ela, widziałaś wpis? koleżanka wpadła do kuchni bez zdejmowania płaszcza. Irenka urodziła! Waży trzy czterysta, pięćdziesiąt dwa centymetry.
Wykapany ojciec, taki sam nos jak jego. Już obeszłam wszystkie sklepy, nakupiłam śpioszków. A ty co taka markotna?
Gratuluję, Antonino. Cieszę się za was Ela wstała, żeby zaparzyć herbatę dla przyjaciółki. Siadaj, zdejmij płaszcz chociaż.
Oj, nie mam czasu, żeby się rozsiadać Antonina usiadła na rogu krzesła. Tyle spraw, tyle spraw. Irminka taka zaradna, wszystko sama, wszystko własnym wysiłkiem.
Mąż to skarb, mieszkanie na kredyt wzięli, remont kończą. Dumna jestem z mojej dziewczyny. Dobrze ją wychowałam!
Ela milcząco postawiła filiżankę przed przyjaciółką. Tak, dobrze… Gdyby tylko Antonina wiedziała…
***
Dokładnie dwa lata wcześniej, Irmina, córka Antoniny, przyszła do niej niespodziewanie, z czerwonymi od płaczu oczami i drżącymi dłońmi.
Ciociu Elu, tylko nie mów mamie, błagam cię! Jeśli się dowie, serce jej pęknie szlochała Irmina, miętosiła w dłoniach mokrą chusteczkę.
Irminko, uspokój się. Opowiedz mi dokładnie. Co się stało? Ela poważnie się zmartwiła.
Ja… ja w pracy… Irmina pociągnęła nosem. Z torebki koleżanki zginęły pieniądze. Pięćdziesiąt tysięcy złotych.
A kamery nagrały, jak wchodzę do gabinetu, gdy nikogo nie było. Nie wzięłam tego, ciociu Elu! Przysięgam!
Ale powiedzieli tak: albo oddaję pięćdziesiąt tysięcy do jutra do południa, albo zgłaszają sprawę na policję.
Mają „świadka”, który niby widział, jak chowam portfel.
To pułapka, ciociu Elu! Ale kto mi uwierzy?
Pięćdziesiąt tysięcy? Ela zmarszczyła brwi. A czemu nie poszłaś do ojca?
Byłam! Irmina wybuchnęła nowym płaczem. Powiedział, że sama jestem sobie winna, nie da ani grosza, skoro jestem taka głupia.
Powiedział: „Idź na policję, niech cię nauczą życia”.
Nawet do mieszkania mnie nie puścił, wrzeszczał przez drzwi.
Ciociu Elu, nie mam już do kogo się zwrócić. Mam dwadzieścia tysięcy, udało mi się tyle odłożyć. Brakuje trzydziestu.
A Antonina? Czemu jej nie powiesz? To w końcu twoja matka.
Nie! Mama mnie zabije. Zawsze mówi, że ją tylko kompromituję, a teraz jeszcze kradzież…
Pracuje w szkole, wszyscy ją znają.
Proszę, pożycz mi te trzydzieści tysięcy, błagam cię. Przysięgam, będę oddawała po dwa-trzy tysiące tygodniowo. Mam już inną pracę!
Proszę cię, ciociu Elu!
Ela zrobiło się żal dziewczyny. Dwadzieścia lat, życie przed nią, a tu taka plama na honorze.
Ojciec odmówił, matka by ją zamęczyła…
Kto w życiu nie popełnia błędów? pomyślała wtedy Ela.
Irmina nie przestawała łkać.
Dobrze powiedziała Ela. Mam te pieniądze. Odkładałam na leczenie zębów, zęby mogą poczekać.
Obiecaj tylko, że to ostatni raz. I nic nie powiem twojej mamie, skoro tak się boisz.
Dziękuję! Dziękuję, ciociu Elu! Uratowałaś mi życie! Irmina rzuciła się jej na szyję.
W pierwszym tygodniu Irmina rzeczywiście przyniosła dwa tysiące. Przyszła radosna, powiedziała, że sprawa załatwiona, policja się nie czepia, a na nowej pracy jest dobrze.
A potem… potem przestała w ogóle odpowiadać na wiadomości. Miesiąc, dwa, trzy. Ela widywała ją u Antoniny na rodzinnych imprezach, ale Irmina zachowywała się, jakby były ledwie znajomymi zimne „dzień dobry” i tyle.
Ela nie naciskała. Myślała sobie:
Młoda, wstydzi się, unika mnie.
Uznała, że trzydzieści tysięcy to nie jest cena za wieloletnią przyjaźń z Antoniną. Dała sobie spokój.
***
W ogóle mnie słuchasz? Antonina machnęła ręką przed twarzą Eli. O czym myślisz?
A tak, o swoich sprawach Ela otrząsnęła się z zadumy.
Słuchaj Antonina ściszyła głos Widziałam się ostatnio z Ksenia, pamiętasz, naszą byłą sąsiadkę? W sklepie mnie zaczepiła. Dziwna jakaś.
Zaczęła wypytywać o Irminę, czy u niej wszystko w porządku, czy oddała długi. Nie rozumiem, o co chodziło.
Powiedziałam jej, że Irminka sama wszystko osiągnęła, pracuje. A Ksenia tak dziwnie się uśmiechnęła i wyszła.
Nie wiesz może, czy Irmina kiedyś coś od niej pożyczała?
Ela poczuła jak coś jej ściska żołądek.
Nie wiem, Antonino. Może coś małego.
Dobra, idę już. Muszę jeszcze do apteki zajrzeć Antonina wstała, pocałowała Elę w policzek i wybiegła.
Wieczorem Ela nie wytrzymała. Wyciągnęła numer Kseni i zadzwoniła.
Kseniu, cześć. To ja, Ela. Widziałam się dziś z Antoniną. O jakich długach jej mówiłaś?
Po drugiej stronie przez chwilę było cicho, potem ciężkie westchnienie.
Ech, Elka… Myślałam, że wiesz. Przecież jesteś z nimi najbliżej.
Dwa lata temu Irmina wbiegła do mnie. Smarki, łzy, oczy czerwone. Powiedziała, że w pracy ją oskarżono o kradzież.
Albo zwraca trzydzieści tysięcy, albo więzienie. Błagała, nie mówić matce, płakała.
Ja, głupia, dałam jej te pieniądze. Obiecała w miesiąc oddać. I zniknęła…
Ela zacisnęła mocniej telefon.
Trzydzieści tysięcy? dopytała. Dokładnie tyle?
No tak. Mówiła, że tyle jej brakuje. Oddała pięćset złotych po pół roku i przepadła bez śladu.
A potem się dowiedziałam od Wery z trzeciej klatki, że do niej Irmina przyszła z tą samą historią.
Wera dała jej czterdzieści tysięcy.
Galina Stawicka, była nauczycielka Irminy, też uratowała ją przed więzieniem. Ta w sumie podarowała jej pięćdziesiąt tysięcy.
Czekaj… Ela przysiadła ciężko na kanapie. To znaczy, że ona od wszystkich żądała tej samej sumy? Z tą samą bajką?
Na to wygląda głos Kseni był już twardy. Dziewczyna zebrała haracz od wszystkich przyjaciółek swojej matki. Po trzydzieści-czterdzieści tysięcy od każdej.
Wymyślona historia, granie na litości. Bo my wszystkie Antoninę lubimy, więc milczałyśmy, nie chciałyśmy jej martwić.
A Irminka pewnie to przepuściła. Po miesiącu wstawiała zdjęcia z Turcji.
Też dałam jej trzydzieści tysięcy powiedziała cicho Ela.
Tak, i tak właśnie się dzieje, westchnęła Ksenia. Nas takich jest pewnie pięć-sześć osób. To już proceder, Ela.
To nie wpadka młodości, tylko zwykłe oszustwo. A Antonina nic nie wie, dumnie chwali się córką-królową. A ta złodziejka!
Ela odłożyła telefon. W uszach szumiał jej wstyd. Pieniędzy nie żałowała dawno się z nimi pożegnała.
Mdliło ją od tego, jak przebiegła i wyrachowana była ta dwudziestoletnia dziewczyna, jak wyłudziła, grając na uczuciach dorosłych kobiet.
***
Następnego dnia Ela poszła do Antoniny. Nie chciała robić awantury. Chciała tylko spojrzeć Irminie w oczy.
Tamta właśnie wróciła ze szpitala i, dopóki w mieszkaniu w kredycie trwał remont, przebywała u matki.
O, ciociu Elu! Irmina uśmiechnęła się sztucznie, widząc w drzwiach przyjaciółkę matki. Wejdź, napijesz się herbaty?
Antonina kręciła się przy kuchni.
Usiądź, Elka. Czemu nie zadzwoniłaś?
Ela usiadła naprzeciwko Irminy.
Irminko zaczęła spokojnie Wczoraj spotkałam Ksenię. I Werę. I Galinę Stawicką. Wieczorem długo rozmawiałyśmy, stworzyłyśmy taki „klub wsparcia pokrzywdzonych”.
Irmina zamarła, pobladła i rzuciła szybkie spojrzenie matce, która stała odwrócona.
O czym ty mówisz, Ela? Antonina się odwróciła.
Irmina dobrze wie, o czym mówię Ela patrzyła prosto na dziewczynę. Przypominasz sobie tę nieprzyjemną sprawę sprzed dwóch lat?
Kiedy błagałaś mnie o trzydzieści tysięcy? I Ksenii trzydzieści. Werze czterdzieści. Galinie Stawickiej pięćdziesiąt
Wszystkie cię ratowały, każda myślała, że tylko ona zna twój sekret.
Czajnik w ręku Antoniny zadrżał, kipiąca woda syknęła na kuchence.
O jakich pięćdziesięciu tysiącach mówisz? Antonina powoli odstawiła czajnik. Irmina? Czy to prawda? Pożyczałaś od moich przyjaciółek? Nawet od pani Galiny?!
Mamo… to nie tak… Ja… wszystko oddałam… prawie…
Nic nie oddałaś, Irmina powiedziała twardo Ela. Zaniesiłaś mi dwa tysiące dla pozoru i tyle cię widziałam.
Osunęłaś z nas prawie dwieście tysięcy złotych za wymyśloną opowieść. My milczałyśmy, bo było nam ciebie żal.
Ale wczoraj zrozumiałam, że trzeba było żałować nas.
Irmina, spójrz na mnie. Wyłudziłaś pieniądze od moich przyjaciółek? Wymyśliłaś historię, żeby oszukać kobiety, które przyjmowały cię jak własną?
Mamo, potrzebowałam pieniędzy na przeprowadzkę! wykrzyczała Irmina. Nic nie dostałam od was!
Ojciec nie dał nawet złotówki, a ja musiałam zacząć życie!
Co za różnica? Przecież one mają za dużo tych pieniędzy, nie zabrałam ostatnich!
Eli zrobiło się niedobrze. Więc tak to wygląda…
Wszystko jasne. Przepraszam, Antonino, że cię tym obarczyłam, ale dłużej nie mogę ukrywać prawdy.
Nie chcę już tego tolerować. Ona miała nas za głupie!
Antonina oparła się rękami o stół. Jej ramiona trzęsły się drobniutko.
Wynoś się powiedziała spokojnie.
Irmina uśmiechnęła się ironicznie, była pewna, że matka mówi do Eli.
Wynoś się z mojego mieszkania! Antonina odwróciła się do córki. Zbieraj rzeczy i wynoś się do swojego męża. Żebym cię tu nie widziała!
Irmina zbladła:
Mamo, mam dziecko! Nie mogę się denerwować!
Nie masz matki, Irmino. Matka była u tej dziewczyny, którą uważałam za uczciwą. Ty jesteś złodziejką.
Galina Stawicka… Boże, pytała mnie codziennie, jak nam się wiedzie, ani słowa mi nie powiedziała… Jak ja jej w oczy spojrzę? Jak?!
Irmina chwyciła torebkę, rzuciła o ziemię ścierkę.
Udławcie się tymi pieniędzmi! wrzasnęła. Stare wrony! Idźcie sobie we dwie!
Wpadła do drugiego pokoju, złapała kołyskę i wybiegła z dzieckiem do przedpokoju.
Antonina opadła na krzesło i zakryła twarz dłońmi. Ela poczuła wstyd.
Przepraszam, Antonino
Nie, Elka… To ja cię przepraszam. Za to, że takiego… potwora wychowałam. Ja naprawdę wierzyłam, że sama na wszystko zasłużyła, a ona… Boże, jaki wstyd
Ela pogładziła przyjaciółkę po ramieniu, a Antonina się rozszlochała.
***
Po tygodniu mąż Irminy, blady i przygaszony, objeżdżał wszystkie wierzycielki, przepraszał, nie patrząc w oczy. Obiecał, że odda pieniądze.
I rzeczywiście zaczęły się przelewy. Pięćdziesiąt tysięcy Galinie Stawickiej za córkę zwróciła Antonina.
Ela nie czuje się winna tej całej sprawie. Oszustka musi ponieść karę. Prawda?



