Teraz mam 32 lata. Mam dwoje dzieci, męża, pracę. Ogólnie wszystko wygląda jak u normalnych ludzi, nic szczególnego. W moim życiu zdarzyło się wiele niespodziewanych sytuacji, ale jedno zdarzenie pamiętam i do tej pory obwiniam siebie. Miałam dziewięć lat. Przyszła do mnie przyjaciółka Iza. Bawiłyśmy się, oglądałyśmy ulubione kreskówki, grałyśmy w gumę na podwórku. Po kilku godzinach mama weszła do mojego pokoju. Podeszła z ręcznikiem w ręku, otworzyła okno i powiedziała:
– Córeczko, przebiegnij do sklepu po chleb, proszę. Wkrótce przyjedzie do nas ciocia Basia na obiad, nie mam co podać do zupy.
Iza i ja ubrałyśmy się i poszłyśmy do sklepu. Po drodze przyjaciółka spotkała swoich rodziców.
– Czas wracać do domu, chyba siedziałaś trochę za długo – powiedział jej tata.
– Dobrze, tylko pójdziemy po chleb z Elą i od razu wracam do domu! – wykrzyknęła przyjaciółka.
– Mamy zupę na obiad. Zapraszamy Cię, Elu, tylko u nas też nie ma chleba. Kupcie nam też i czekamy na Was.
Próbowałam długo tłumaczyć, że nie mogę do nich dołączyć, bo w domu czeka na mnie mama i ciocia, która niedługo ma przyjechać, ale ona była nieugięta. Po pół godziny wróciłam do domu. Mama przywitała mnie z pasem w ręku.
– Gdzie się włóczyłaś? Ciocia z mężem czeka na Ciebie całą godzinę. Straciłaś poczucie przyzwoitości? – powiedziała surowym głosem.
– Mamuś, nie krzycz, proszę. Byłam u rodziców Izy. Zaprosili mnie na obiad – odpowiedziałam z poczuciem winy.
Zanim skończyłam zdanie, dostałam pasem. Z zaskoczenia i bólu zaczęłam płakać i wykrzyknęłam:
– Nienawidzę Cię – i rzuciłam chlebem na bok.
Tak mówiłam do przyjaciółek, a tu odruchowo powiedziałam też mamie. Mama się zatrzymała. Zapłakała, potem patrząc na mnie, powiedziała:
– To moja wina. Źle wychowałam córkę…
Przytuliłam ją, przeprosiłam. Minęło tyle czasu, wybaczyłyśmy sobie, oczywiście, ale wstydzę się za to, co zrobiłam, do tej pory.





