Wyjście z kuchni
Pani Weroniko, znów postawiła pani garnek nie tam, gdzie trzeba Grzegorz, młody kucharz o zawsze wilgotnych dłoniach, wskazał głową na półkę nad zlewem. Tu jest na czyste. Brudne to tam.
Grzesiu, pracuję tu już trzy miesiące. Wiem, gdzie czyste, a gdzie brudne.
To dobrze. To przestaw, proszę.
Wera posłusznie przestawiła garnek. Bez słowa. Sił na sprzeczki już nie było; wyparowały razem z dawnym życiem, z tym redakcyjnym krzesłem i lampką z zielonym abażurem, którą kochała, i z pracownią, którą musiała odstąpić obcym, żeby zapłacić za mamę za zastrzyki, opiekunkę, leczenie.
Wieczór w restauracji „Empire” biegł swoim trybem. Za ścianą brzęczała sala: śmiechy, głosy, dźwięk kieliszków, zapach drogiej wołowiny w sosie z czerwonego wina. Wera stała przy wielkim metalowym zlewie i szorowała talerze znoszone w wielkich, gorących stosach, z resztkami jedzenia, na które dziś nie byłoby jej stać. Ręce miała czerwone od wody, fartuch przemoczony do pasa.
Myślała o tym swoim szkicowniku. Leżał w szafce pracowniczej, w szatni: niewielki, na sprężynę, z miękką okładką w kolorze zgniłej trawy. Kupiła go w lutym, tuż po wypłacie zaliczki, bo bez tego nie mogła już oddychać. Bez szkicowania by zgłupiała albo po prostu przestała rozumieć, kim jest. Zmywaczka pięćdziesięciosiedmioletnia? Tak, ale to była tylko jej nowa zewnętrzna powłoka. W środku było przecież coś więcej.
Nocami, w wynajmowanym pokoju przy ul. Sadowej, gdzie kaloryfer buczał jak żywy, a sąsiedzi za ścianą krzyczeli o drobiazgi, siadala przy stoliku, zapalała lampkę i rysowała. Ot, dla siebie. Ręce, które przez dzień puchły od gorącej wody, znów odnajdywały precyzję. Kreśliła ulice, przechodniów, staruszkę z psem (widywaną rano pod klatką), gałąź za oknem pokrytą szronem, twarz kasjerki ze sklepu naprzeciw, tak zmęczoną, a przy tym dobrą. Linie układały się lekko, jakby palce same pamiętały, nawet gdy głowa już w nic nie wierzyła.
Była ilustratorką prawie dwadzieścia lat. Najpierw w małym czasopiśmie, potem w wydawnictwie „Meridian”, gdzie tworzyli książki dla dzieci i Wera naprawdę to kochała. Kochała wymyślać króliki i lisy o ludzkich spojrzeniach, własnych lękach i marzeniach. Kochała trzymać w rękach gotową książkę i wiedzieć: to ja narysowałam.
Potem przyszedł kryzys. Z początku obcięli nakłady, potem rozwiązali dział, aż usłyszała: „Weroniko, cenimy panią, ale”, a po tym „ale” już nigdy nie ma niczego dobrego. Miała czterdzieści cztery lata, gdy pierwszy raz została bez stałej pracy i wynagrodzenia oraz z poczuciem, że ziemia pod nogami wsunęła się gdzieś w bok.
Małżeństwo już się chwiało. Mąż, Andrzej, nie był złym człowiekiem, raczej zbyt słabym w trudnych momentach. Gdy były pieniądze był serdeczny i hojny; kiedy ich zabrakło, szukał powodu do narzekania, potem do pretensji, potem przestał wracać do domu na czas. Wera nie chciała wierzyć. W końcu i wiara się skończyła. Rozstali się po cichu, zmęczeni, bez awantur.
Potem zachorowała mama.
Udar. Lewa strona. Mama trafiła do szpitala, potem do domu, potem znów do szpitala. Weronika codziennie jeździła przez całe miasto, płaciła za opiekę, lekarstwa, kolejne zabiegi. Zlecenia były raz, raz nie, cały wolny niestały freelancing. Wynajem pracowni luksus nieosiągalny. Musiała zrezygnować. Szukać czegoś na etat, z wypłatą i grafikiem. Trafiła do restauracyjnej kuchni. Jak się znalazło, tak się znalazło.
Mama zmarła w październiku cicho, we śnie, jakby po prostu była już zbyt zmęczona, żeby się obudzić. Wera została sama z długami, wynajmowanym pokojem i restauracyjnym zlewem pięć razy w tygodniu.
Tak tutaj trafiła.
Pani Weroniko! Następna góra! krzyknął Grzesiu z głębi kuchni.
Już niosę.
Wzięła tace i poszła do zlewu.
Tego wieczoru goście w „Empire” byli jak zwykle: panie w sukienkach, panowie w marynarkach, czasem głośna młodzież, czasem pary, które zamiast na siebie patrzyły w telefony. Wera tego nie widziała była za ścianą, za stalowymi drzwiami. Ale słyszała. Głosy, śmiechy, brzęk szkła. Czasem podniesiony ton, jeśli komuś coś nie podeszło.
Jeden gość przychodził niemal co tydzień. Wera wiedziała o nim tylko dzięki Świętoszce, kelnerce, która w szatni rzuciła:
Ten przy szóstce zawsze sam. Zamawia to samo, je powoli, nie patrzy w telefon. Gapi się przez okno. Dziwny jakiś.
Może samotny rzuciła Wera.
Ja tam też jestem samotna, ale przynajmniej siedzę z koleżankami.
Wera nie komentowała. Samotność zna niejedno imię. Bywa, że człowiek po prostu nie ma z kim wyjść. A bywa taka, że siedzisz wśród ludzi i mimo to jesteś sam, bo tej jednej osoby, która Cię naprawdę słyszała, już nie ma.
Gość przy sześćce bywał w środy i piątki. Jagnięcina albo wołowina, kieliszek czerwieni, czasem zupa. Zostawiał dobre napiwki, ale dyskretnie. Jego nazwisko: Aleksander Sokołowski Wera dowiedziała się później. A tymczasem zmywała talerze i myślała o swoim szkicowniku.
Tamtego piątku wszystko toczyło się normalnie. Wera myła naczynia, wrzątek szczypał palce. Grzesiu rozmawiał przez telefon. Zmywarka szumiała, a w sali warczał tłum.
Nagle coś się zmieniło.
Nie od razu. Dźwięki przybrały inny ton. Wera wyczuła napięcie. Zaraz usłyszała czyjś stłumiony krzyk, potem hałas, wyższy, nerwowy. Ktoś naprawdę głośno zawołał.
Otarła dłonie o fartuch i wyszła na korytarz.
Stalowe drzwi do sali były lekko uchylone. Popchnęła je.
Przy szóstej siedział tęgi mężczyzna w grafitowej marynarce. Od razu dało się poznać, że coś jest nie tak. Nie tracił przytomności, ale ściskał gardło, bezgłośnie próbując zaczerpnąć powietrza to ruch, który Wera znała dobrze, bo kiedyś ratowała sąsiada mamy po udławieniu.
Obok krążyło dwóch kelnerów, kompletnie zdezorientowanych. Menadżerka, pani Mariola, trzymała dłoń przy ustach i powtarzała: „Pogotowie, pogotowie wezwijcie!” Ktoś wstał od stołu.
Wera nie zastanawiała się. Przeszła przez salę, podeszła za mężczyznę, objęła go rękami, znalazła punkt nad pępkiem, zacisnęła pięść, przykryła drugą dłonią i pociągnęła gwałtownie. Raz. Drugi. Mężczyzna był wysoki, ciężki; Wera niemal zawisła na nim całym ciężarem. Jeszcze. Nagle zakaszlał, coś wyleciało, odetchnął, najpierw z chrypką, potem głębiej.
Wera cofnęła się krok.
Przez trzy sekundy była cisza. Zaraz rozległy się szepty i szepty. Mariola podbiegła do mężczyzny z jakimiś słowami, Świętoszka podała wodę, gość przy sąsiednim stole zaklaskał, dołączył ktoś jeszcze.
Wera stała w środku sali w mokrym fartuchu, z czerwonymi dłońmi nie bardzo wiedząc, co dalej.
Pani jest lekarzem? spytała Mariola.
Nie. Zmywam naczynia.
Odwróciła się na pięcie i wróciła na kuchnię.
Dłoni jej drżały, gdy myła je pod kranem. Grzesiu patrzył na nią oniemiały.
Co się tam wydarzyło?
Mężczyzna się zadławił. Już w porządku.
Pani go uratowała?
Grzesiu, dosyć ciekawostek. Tam czeka sterta talerzy.
Chwyciła gąbkę i wróciła do zlewu. Brudu było dużo.
Po około dwudziestu minutach drzwi kuchni otworzyły się. To był szok goście tu nie wchodzili, to było święte. Ale ten mężczyzna w grafitowej marynarce wszedł, rozejrzał się:
Przepraszam, gdzie znajdę tę panią, która mi pomogła?
Grzesiu tylko kiwnął w stronę Wery.
Mężczyzna podszedł. Wera właśnie dopłukiwała głęboką miskę, więc nie odwróciła się od razu. Gdy spojrzała, zobaczyła go z bliska: wysoki, barczysty, trochę po pięćdziesiątce, włosy przyprószone siwizną, twarz zmęczona z tych, co nie łatwo się uśmiechają. Oczy stalowe, lekko zapadnięte człowiek, którego przez tygodnie życie przyciskało do ziemi.
Pani Weronika? Tak mi powiedziano.
Tak.
Zawahał się.
Chciałem podziękować. Nie wiem jak, ale dziękuję.
Nie trzeba. Naprawdę już dobrze.
Nie, nie jest. Mogłem przerwał, otarł czoło. Dzięki pani… gdyby nie pani
Zareagowałby każdy. Trzeba tylko wiedzieć, co zrobić.
Ale to pani podeszła. Wiedziała.
Wera odstawiła miskę, sięgnęła po talerz. Mężczyzna nie odchodził.
To pani szkicownik? rzucił nagle.
Odwróciła się. Patrzył na jej składany szkicownik obok zlewu. Dziś przyniosła go z szafki, licząc że znajdzie czas porysować w przerwie.
Tak, mój.
Mogę?
Wzruszyła ramionami. Otworzył na pierwszej stronie: stareńka z psem, rysowana przez kilka nocy. Każda zmarszczka dołożona, pies na smyczy, stara kurtka, dłonie.
Przewracał kolejne strony.
Była gałąź wśród szronu. Chłopczyk na huśtawce (raczej wymyślony niż z natury), szybki szkic targu pięć minut, ale pełen życia. Dłonie, mnóstwo dłoni, bo dłonie Weronika ćwiczyła od czasów Liceum Plastycznego.
Listował długo. Milcząco.
Jest pani artystką powiedział. Nie pytał, stwierdził.
Byłam. Teraz zmywam.
Dlaczego?
Długa historia.
Pokiwał głową, jeszcze raz rzucił okiem na targ, zamknął szkicownik i odstawił. Stał chwilę. Wera spodziewała się, że podziękuje jeszcze raz i wyjdzie. On jednak powiedział coś innego:
Nazywam się Aleksander Sokołowski. Jestem architektem. Mam propozycję, ale najpierw zapytam: naprawdę nie jest pani w stanie robić tego wskazał szkicownik zawodowo?
Wera spojrzała na niego. Grzesiu niby obierał ziemniaki, ale aż nadstawiał uszu.
Zależy, co pan nazywa zawodowo.
Praca. Zapłata za rysunki.
Panie Aleksandrze, dopiero pan się prawie udusił, powinien pan odpocząć.
Odpocznę. Ale najpierw: czy chciałaby pani pracować? Normalnie, w zawodzie?
W jego głosie nie było presji ani sztucznego tonu. Po prostu szczerość.
Zależy jaka praca odpowiedziała.
Pokiwał głową, sięgnął do kieszeni po wizytówkę zwyczajną, białą, z imieniem i numerem.
Proszę zadzwonić jutro. Albo mogę sam jeśli da mi pani numer. Wyjaśnię wszystko. To poważnie nie z wdzięczności. Potrzebuję kogoś z takim spojrzeniem.
Jakim spojrzeniem?
Znów zerknął na szkicownik.
Właśnie takim.
Pożegnał się półukłonem i wyszedł. Grzesiu popatrzył na Werę, potem chrząknął:
Niezły numer.
Obieraj ziemniaki rzuciła.
Włożyła wizytówkę do kieszeni fartucha. Dłonie znów były mokre. A za ścianą sala znów brzmiała, jakby nic się nie wydarzyło.
Tej nocy długo nie mogła zasnąć. Leżała na łóżku, patrzyła w sufit, słuchała, jak dudni kaloryfer. Myślała: o szkicowniku, o tym, jak mężczyzna przeglądał jej rysunki, z uwagą, bez uprzejmego „ładne”, tylko naprawdę. On niczego nie chwalił po prostu patrzył. I w jego twarzy coś się zmieniało.
W sobotni ranek długo obracała wizytówkę między palcami. Zadzwoniła.
Odebrał natychmiast, jakby czekał.
Dzień dobry, pani Weroniko.
Skąd zna pan moje imię?
Zapytałem menadżerki. Wczoraj. Jeśli pozwoli, proszę opowiedzieć kilka słów o sobie. Ja opowiem o projekcie.
Opowiedziała krótko: wydawnictwo, ilustracje, kryzys, mama, rozwód. On wysłuchał w ciszy i opowiedział swoją historię.
Otworzył własne biuro architektoniczne, dwanaście lat temu, po odejściu ze spółki projektowej. Mała ekipa, podejmowali się różnych projektów od domów mieszkalnych po tereny publiczne. Rok wcześniej wygrali konkurs na zagospodarowanie parku na bulwarach, duża rzecz. Zrobili plany, zgodnie z normami ale coś nie grało.
Projekty martwe powiedział. Rozumie pani? Technicznie wszystko OK, ale patrzysz i nie czujesz, że tam kiedyś ktoś będzie żył. Nie oddycha. Potrzebujemy wizualizacji, takich prawdziwych żeby komisja zobaczyła miejsce, nie plan. By poczuli: tu usiądzie babcia, tu pobiegną dzieci, tu ktoś będzie czytał w cieniu. Rozumie pani?
Tak.
Pani rysunki ma pani to „coś”. Życie.
Milczała chwilę, potem spytała:
Termin?
Cztery tygodnie. Przed miejską komisją. Jeśli zdążymy, projekt idzie do realizacji. To nie fikcja naprawdę stanie ta przestrzeń.
Coś w niej cicho zadrgało. Więcej niż myślała.
Dobrze powiedziała. Kiedy mogę zobaczyć plany?
Nawet dziś.
Biuro Aleksandra Sokołowskiego mieściło się w starym budynku w centrum, na trzecim piętrze, na które prowadziły drewniane schody z białą poręczą. Wysokie sufity, rozłożone modele, rysunki na ścianach. Pachniało papierem, ołówkiem i kawą.
Zespół: młody chłopak z wielkimi słuchawkami chyba nigdy ich nie zdejmował; kobieta koło czterdziestki, z krótkimi włosami, Jadwiga konstrukcje; starszy pan, pan Wiktor, odpowiedzialny za makiety; Szymon, informatyk.
Aleksander pokazał Werze plany parku: rozłożył na wielkim stole, przycisnął linijkami, tłumaczył bez zbędnych słów: tu główna aleja, tu fontanna, plac zabaw, ławki, drzewa.
Wera patrzyła i próbowała zobaczyć to na żywo. Tutaj rano przejdzie z psem starszy pan. Tu w południe przyjdzie młoda mama. Tu w piątek wieczorem siądą zakochani i będą patrzeć na rzekę.
Mogę tam podejść? Tam, gdzie ten park ma powstać?
Na bulwary? Oczywiście, od razu?
Chciałabym.
Poszli razem. Piechotą, kwadrans drogi. Wera niosła szkicownik, Aleksander szedł powoli, ręce w kieszeniach, głowa prosto, chód człowieka, który patrzy na świat uważnie.
Bulwary były raczej puste jak na sobotnie południe. Wciąż niezupełnie wiosna; drzewa gołe, ziemia szara, ale rzeka ciemna, głęboka, już żyła. Siedziało kilku ludzi na ławkach, dzieci bawiły się na placu, ziemia w parku była rozdeptana, dwa stare drzewa.
Wera rozglądnęła się. Wyciągnęła szkicownik.
Będzie pani teraz rysować? spytał Aleksander.
Szybki szkic. Chcę zapamiętać zapach.
Spojrzał z zainteresowaniem.
Zapach?
Rzeka, ziemia, liście z zeszłego roku. Widz w rysunku rozpozna takie rzeczy nawet nieświadomie.
Milczał. Weronika szybkim ruchem nakreśliła linie: brzeg, drzewa, ich cienie, jak stoją przy wodzie, mężczyzna na rowerze, dwoje dzieci z mamą.
Aleksander patrzył na łagodny nurt rzeki. Twarz miał zasłoniętą, zamyśloną.
Pana żona lubiła takie miejsca? spytała cicho Weronika, nagle zdumiona własnym pytaniem. Przepraszam
Nie szkodzi. Lubiła morze. Zawsze mówiła, że nad rzeką czuje się smutno, bo rzeka zawsze gdzieś odchodzi Osiem miesięcy temu umarła. Rak. Szybko cztery miesiące.
Przykro mi.
Tak.
Nie wracali więcej do tematu. Wera rysowała, Aleksander stał tuż obok, cicho. Wiatr z rzeki był ostry, ale już niósł zapach wody.
Potem wrócili do biura. Wypili kawę, Aleksander pokazał format oczekiwanych prac: dwadzieścia plansz, różne miejsca, różne pory dnia, różni ludzie. Żadnych pozowanych ilustracji tylko życie. Komisja musiała w to uwierzyć.
Rozumiem powiedziała Wera. Proszę dać mi tydzień na pierwsze pięć szkiców. Zobaczymy, czy będzie to, czego pan oczekuje.
Zgoda.
Wera wróciła na Sadową, do swojego pokoju. Kaloryfer buczał jak zawsze, kubek po herbacie z rana stał nietknięty. Usiadła do szkicownika.
Pierwszy rysunek zrobiła do nocy. Poranna aleja, niemal pusta; starszy pan z psem, gdzieś w tle inna postać w szarości mgły; drzewa z zalążkami liści, ławka, na niej kobieta z książką. Spokój, który nie potrzebuje słów.
Następnego dnia pokazała szkic Aleksandrowi. Patrzył długo. Potem powiedział:
Tak. Właśnie tak.
Jadwiga, inżynierka, podeszła spojrzeć. Stała chwilę w milczeniu.
Bardzo dobrze rzuciła po prostu.
Weronika poczuła coś, czego dawno nie czuła nie radość, ale coś z nią sąsiadującego: satysfakcję, spełnienie.
Przez następne dwa tygodnie pracowała codziennie: rano bulwary, potem praca w domu albo w biurze. Aleksander przychodził popatrzeć, czasem zwracał uwagę: „To drzewo lepiej tu, zgodnie z planem”, czasem tylko patrzył i kiwnął głową.
Zaczęli rozmawiać nie tylko o projekcie. Czasem chodzili na bulwary razem Aleksander tłumaczył bez naukowego tonu, po co dany zakręt ścieżki, dlaczego to miejsce na ławkę. Wera chłonęła opowieści czuła, że on to miejsce wymyślał z serca.
Wie pani, po czym poznać dobre miejsce publiczne? powiedział raz.
Po czym?
Ludzie sami chcą tam usiąść, bo tu właśnie im dobrze. Gdy mają wybór.
Skąd pan to wie?
Od trzeciego roku studiów. Profesor powiedział: architektura to nie budynki, to to, jak człowiek czuje się obok budynku. Zapisałem to i nigdy nie zapomniałem.
Dobrze powiedziane.
Zmarł dawno. Ale pamiętam głos.
Bywało też ciężko: trzy plansze z placem zabaw nie udawały się wcale. Weronika poprawiała, zaczynała od zera, aż zrozumiała: rysuje dzieci, których nie zna. Następnego dnia poszła obserwować plac zabaw naprzeciwko swojego domu. Godzinę, półtorej. Dzieci biegały, padały, śmiały się. Tę energię udało się przelać na rysunki: przedszkolak budujący poważnie zamek z piasku, chłopiec wiszący głową w dół, dwie dziewczynki, mama łapiąca biegnącego malca.
Rysunki zrobione w dwa dni pokazała Aleksandrowi.
Skąd dzieci?
Z podwórka.
Widać, że prawdziwe.
Ostatni tydzień minął pod znakiem gorączkowych przygotowań. Biuro szykowało prezentację. Aleksander pracował długo, Weronika widziała światło w oknie biura do późna.
Pewnego wieczora zostali tylko we dwoje. Aleksander rysował coś przy stole, Weronika kończyła ostatnią planszę. Milczeli. Słychać było tylko szelest papieru.
Czy żona widziała początek parku? spytała cicho Weronika, nieświadomie.
Widziała początek. Cieszyła się. Mówiła: „Będzie ładnie, przyjdę się przejść.” Ale nie zdążyła.
To dlatego przez tyle miesięcy jadł pan sam w restauracji? Bez smaku?
Spojrzał.
Wiedziała pani?
Świętoszka opowiadała. Współczuła.
Uśmiechnął się lekko.
No proszę.
Sześć miesięcy, samemu, w „Empire”. Patrzyła na pana z żalem.
Nie myślałem, że tak to wygląda.
Samotność wydaje się niewidzialna, ale wszyscy i tak ją widzą.
A pani też sama?
Byłam. Teraz mam pracę, którą lubię. To bardzo dużo.
To prawda.
Wyszli tego wieczora razem. Było już ciemno i chłodno. Weronika zapięła płaszcz.
Idzie pani pieszo?
Na autobus. Sadowa daleko.
Odprowadzę do przystanku.
Szli w milczeniu, aż Aleksander powiedział:
Pani Weroniko
Po prostu Weroniko.
Weroniko. Po obronie, niezależnie od wyniku, chcę pani zaproponować etat. Nie tylko ten jeden projekt. Przyjmujemy nowe zlecenia i zawsze potrzeba kogoś z takim spojrzeniem. To oferta na serio.
Zatrzymała się.
Nie ze wdzięczności?
Gdybym był wdzięczny, kupiłbym kwiaty. To rozsądek.
Zaśmiała się cicho pierwszy raz od dawna tak szczerze.
Przemyślę.
Proszę nie zwlekać.
Podjechał autobus. Odjechała. Stał na przystanku i patrzył za nią przez szybę.
Dzień prezentacji przypadł na czwartek.
W biurze buzowało. Jadwiga przeglądała obliczenia, Szymon składał cyfrową prezentację. Pan Wiktor przyniósł makietę z miniaturowymi drzewkami z zielonej gąbki. Aleksander krążył, pił kawę, był spięty.
Weronika przeglądała ostatni raz plansze: dwadzieścia dwa rysunki. Poranek na alei, fontanna w południe, plac zabaw, wieczór z latarniami, chłopiec na ławce, zakochani przy wodzie, babcia z gołębiami, deszcz pod wiatą, rowerzyści.
Stresuje się pani? cicho spytał Aleksander.
Trochę.
Wszystko dobrze. Są dobre.
Komisja czy rysunki?
Rysunki.
Uśmiechnęła się odruchowo.
Komisja obradowała w dużej sali w gmachu na Krakowskim Przedmieściu, przy długim stole, wśród okien do ziemi. Ośmiu członków, większość w szarościach. Aleksander zaczął od planów, Jadwiga wspomagała. Szymon włączył wizualizacje. Potem Aleksander ułożył kolejno rysunki Weroniki.
W sali zapanowała cisza.
Jeden z członków, starszy pan z krzaczastymi brwiami, długo przyglądał się szkicowi porannej alei.
To szkic? Nie zdjęcie?
Szkic. Nasza artystka pracowała w terenie.
Żywe rzucił mężczyzna do siebie. Ale Weronika usłyszała.
Potem były pytania. Techniczne, o koszty, terminy. Aleksander odpowiadał, Jadwiga pomagała. Weronika siedziała na boku, tylko gdy seniorka z komisji, dama z perłami, poprosiła o rysunek z babcią i gołębiami, uśmiechnęła się do siebie.
Decyzję podano od razu: projekt przyjęty, z drobnymi poprawkami. Aleksander przystał bez protestu.
W korytarzu Jadwiga ścisnęła Weronice dłoń. Szymon powiedział „super” cicho. Pan Wiktor napisał SMS: „Gratulacje!”
Aleksander podszedł jako ostatni. Stali przy oknie, za którym rulował majowy świat gałęzie zielone, ludzie bez czapek.
No to mamy to powiedział.
Mamy odpowiedziała.
Pójdziemy na bulwary?
Teraz?
Teraz. Chcę zobaczyć to miejsce.
Ruszyli pieszo. Miasto żyło, pachniało topolami i rozgrzanym asfaltem. Aleksander nie spieszył się. Wera miała szkicownik miała, bo bez niego było nienaturalnie.
Bulwary powitały ich słońcem i wiatrem. Rzeka błyszczała. Na ławkach siedzieli ludzie, ktoś wyprowadzał psa. Miejsce, które stanie się parkiem, wciąż było szare, z dwoma starymi drzewami a jednak już coś się zmieniło. Może dlatego, że Wera rysowała je tyle razy, że były jej znajome.
Stanęli przy brzegu.
Będzie tu dobrze powiedziała.
Będzie jego głos był spokojny.
Młoda mama szybko przemknęła z wózkiem, rozmawiając przez telefon.
Weroniko rzucił Aleksander.
Tak?
Patrzył na rzekę, nie na nią.
Długo żyłem tak, że ciągle coś się działo, praca, ludzie a i tak było pusto. Rozumie pani?
Rozumiem.
A te tygodnie nie wiem, jak to ująć. Znów chce mi się rano wstać. Nie do pracy, do ludzi. Po prostu wstać.
Weronika zapatrzyła się w nurt. Rzeka płynęła wolno, nieczuła na cudze sprawy.
Mówił pan, że Galinie nie podobały się rzeki. Zbyt powolne.
Tak.
Ja kocham wolne rzeczy. Od dziecka.
Odwrócił się do niej. Czuła ten wzrok poważny, żywy.
Dobrze, że wtedy wyszła pani z kuchni.
Też się cieszę. Wtedy tylko myślałam, że ktoś się dusi.
Wiem. Właśnie dlatego.
Zrozumiała dopiero po chwili, co ma na myśli. Że nie mówi już o tamtym wieczorze; albo nie tylko o nim.
Aleksandrze
Tak?
Nie jestem dobra w takie rozmowy.
Ja też nie.
To się wyrównuje.
Zaśmiał się pierwszy raz tak całkiem normalnie, żywo.
Śmiech miał miękki, pogodny, ciepły. Dziwnie dobry.
Weroniko powiedział, gdy uspokoił się.
Tak?
Czy pozwoli pani zaprosić siebie na kolację? Nie do „Empire”. Do zwykłej restauracji.
W „Empire” dobra kuchnia.
Owszem, ale głupio patrzeć menadżerce w oczy po tamtym wieczorze.
Obraz twarzy pani Marioli rozbawił Weronikę.
To prawda.
Zgadza się pani?
Wera otworzyła szkicownik. Znów spojrzała na rzekę, drzewa, ludzi na ławkach. Zaczęła coś rysować. Aleksander czekał.
Zgadzam się powiedziała, nie odrywając wzroku od szkiców.
Nie powiedział już nic. Po prostu stanął obok niej.



