W tym nie pójdziesz mówi Wiktor nawet nie patrząc w jej stronę. Stoi w korytarzu przy lustrze i poprawia krawat, granatowy, jedwabny, kupiony w zeszłym miesiącu za sumę, o której Maria dowiedziała się przypadkiem, szukając paragonu od lodówki. Mówię poważnie.
Wiktorze, to przecież jubileusz twojej firmy. Dziesięć lat. Jestem twoją żoną.
Właśnie. W końcu odwraca się do niej i w jego spojrzeniu jest coś, co ściska jej gardło. Nie czułość, tylko coś skrajnie znajomego. Widziała już to spojrzenie, dawno temu. Tylko wcześniej nie potrafiła go nazwać. Jesteś moją żoną. Dlatego proszę, zostań dziś w domu.
Dlaczego?
Wzdycha powoli, z tą specyficzną rezygnacją, która mówi: zadajesz głupie pytania, a ja muszę na nie tracić czas.
Mario. Tam będą partnerzy biznesowi. Poważni ludzie. Może nawet prasa.
No i?
Ty Zawiesza głos, wybierając słowo. W końcu je znajduje. Jesteś zwyczajną ciotką. Rozumiesz? Taka sobie przeciętna pani. W tej swojej niebieskiej sukience z guzikami. Tam będą kobiety, które wyglądają zupełnie inaczej.
Maria stoi w drzwiach kuchni. W ręku trzyma stary, wyblakły ręcznik, którym jeszcze przed chwilą wycierała dłonie. Patrzy na męża i zastanawia się, kiedy dokładnie stało się to normą. Od jakiego momentu takie słowa przestały wymagać wyjaśnienia.
Pójdziesz z tobą ta twoja Anielka?
Nie drgnął nawet. To było najgorsze. Nie złość, nie zagubienie. Tylko spokojny, twardy wzrok.
Aniela jest moją asystentką. Organizuje całe wydarzenie.
Wiktorze.
Mario, nie zaczynaj.
Tylko pytam.
Nie tylko pytasz. Zdejmuje marynarkę z wieszaka, strzepuje z elegancją. Znowu insynuujesz. Jestem zmęczony takimi uwagami.
Maria odkłada ręcznik na oparcie fotela, powoli. Czuje lekkie drżenie rąk i za wszelką cenę nie chce, by to zauważył.
Dobrze mówi. W porządku, Wiktorze.
I bardzo dobrze. Spogląda jeszcze raz w lustro, zadowolony z własnego wyglądu. Dzieci są w domu?
Kaśka u koleżanki. Michał na uczelni, ma wrócić około ósmej.
Powiedz mu, żeby nie hałasował, jak wrócę. Będę późno.
Drzwi się zamykają. Maria zostaje w pustym korytarzu, pośród zapachu jego perfum, który kiedyś lubiła, a teraz wydaje się drogi i obcy.
Przechodzi do kuchni. Nastawia czajnik. Patrzy, jak para zaczyna się unosić, i myśli o tym, że dwadzieścia trzy lata temu wyszła za mąż za człowieka, który patrzył na nią zupełnie inaczej. Wtedy lubił jej śmiech. Mówił, że dźwięczy jak dzwoneczek. Zawstydzała się wtedy.
Woda się gotuje. Maria zalewa herbatę w kubku, wrzuca saszetkę i długo obserwuje, jak ciemny kolor rozchodzi się spiralą w przezroczystej wodzie.
„Ciotka”. Tak ją nazwał.
Ma pięćdziesiąt dwa lata. Nie sto. Nie osiemdziesiąt. Pięćdziesiąt dwa i przecież jeszcze coś sobą reprezentuje. Nie jest okładkową pięknością, ale też nie tym, czym jej uczynił tym słowem. Ma ładne, ciemnoblond włosy, niemal bez siwych pasm, bo dba o siebie. Ręce potrafią wszystko: upiec ciasto, skrócić firanki, utulić dziecko w środku nocy, uporządkować papiery, kiedy Wiktor na początku swojej „Solidexu” gubił się w cyfrach i prosił ją o pomoc.
Kto siedział nocami nad jego fakturami? Kto pomagał wtedy? Ona.
Ciotka. Ot, sensacja.
Nie płacze. Łzy są gdzieś blisko, czuje je, jak ciężar za mostkiem, ale nie spływają. Może dlatego, że to nie pierwszy taki dialog. Pierwszy był trzy lata temu wtedy powiedział: „Mogłabyś się ubierać lepiej.” Wtedy się obraziła. Potem przywykła. Potem zaczęła się zgadzać. I teraz stoi w kuchni sama, a mąż pojechał na jubileusz firmy bez niej, z Anielką. Anielka ma dwadzieścia osiem lat i jak się domyśla Maria nie ma ani ciast w piekarniku, ani spranych ręczników, ani dwudziestu trzech lat wspólnego życia.
Na zewnątrz robi się powoli ciemno. Majowy wieczór, ciepły, pachnący bzem z podwórza. Maria dopija herbatę, myje kubek i idzie do szafy.
W najdalszym kącie, za zimowymi płaszczami, wisi sukienka. Głęboko wiśniowa, aksamitna, kupiona trzy lata temu na wyprzedaży w „Słońcu” i raz tylko przymierzana w domu. Wiktor wtedy zobaczył, skrzywił się: „Gdzie w czymś takim? Za jaskrawa jak na twój wiek. Wyzywająca.” Schowała ją do torby, odłożyła na dno szafy. Miała oddać. Nie oddała.
Teraz ją wyjmuje. Otrzepuje. Aksamit jest miękki, ciepły, żywy pod palcami. Przykłada sukienkę do ciała i patrzy w lustro.
Nie, nie jest „ciotką”.
Od strony przedpokoju słychać dźwięk klucza. Michał. Słyszy, jak ściąga buty, rzuca kurtkę na fotel zamiast na wieszak, idzie do kuchni.
Mamo, coś do jedzenia jest?
W lodówce są kotlety. Podgrzej sobie.
Czemu stoisz z sukienką w ręku?
Maria odwraca się. Michał stoi w drzwiach, wysoki, z ojcowskimi kośćmi policzkowymi i jej zmęczonymi, szarymi oczami. Pierwszy rok studiów daje mu się we znaki zachował charakterystyczną ostatnio przygarbioną figurę, jakby dźwigał jakiś ciężar.
Przymierzam mówi.
Ładna. Grzebie w garnkach, z talerzem siada do stołu. A gdzie się wybierasz?
Maria milczy chwilę.
Nie wiem jeszcze. Może nigdzie.
Michał wraca z talerzem, patrzy na nią uważnie. Ma czasem taki dorosły, poważny wzrok.
Tata poszedł na imprezę?
Tak.
Sam?
Nie odpowiada od razu. Zawiesza sukienkę na oparcie krzesła.
Michał…
Mamo, przecież my wiemy. Mówi to cicho, bez złości, po prostu stwierdza fakt. Kaśka też wie. Od dawna.
Wtedy łzy jednak przychodzą. Nie strumieniem. Po prostu stają w gardle, a Maria przez kilka sekund po prostu patrzy w okno, w ciemność.
Skąd? w końcu pyta.
Wiosną widziałem ich razem. W kawiarni na Jagiellońskiej. Tata mnie nie zauważył. Michał je, nie podnosząc wzroku. Myślałem, że może służbowo. Ale nie. To było oczywiste.
Czemu mi nie powiedziałeś?
A co byś zrobiła?
Dobre pytanie. Co by zrobiła? Udawała, że nie wie. Jak przez ostatnie trzy lata, gdy zauważała dziwne rzeczy i wmawiała sobie, że to coś innego, że tylko jej się wydaje. Psychologia rodziny kobieta po pięćdziesiątce zaczyna bać się prawdy. To osobna, długa, nieładna historia.
Nie wiem przyznaje.
No właśnie. Michał podnosi wzrok. Mamo, naprawdę ci do twarzy w tej sukience.
Maria patrzy na syna. Tego chłopaka, którym dwanaście lat temu czytała bajki na głos, którego uczyła wiązać sznurówki, którego odprowadzała do szkoły z kanapką w plecaku. Dziewiętnaście lat. Już widzi więcej, niż by chciała.
Dziękuję mówi.
Po kolacji Maria dzwoni do Kaśki. Przyjeżdża około dziesiątej, z różowym plecakiem i zapachem czyichś perfum.
Mamusiu, co się stało? Kaśka zatrzymuje się w progu i patrzy uważnie, z tą nieprzyjemnie trafną dokładnością piętnastolatek. Tata coś powiedział?
Usiądź mówi Maria. Porozmawiamy.
Siedzą razem przy kuchennym stole, piją herbatę. Maria opowiada. Nie wszystko, ale wystarczająco. O tym, co powiedział Wiktor, o sukience. I o Anielce.
Kaśka słucha z przygryzioną dolną wargą, jak zawsze gdy walczy z łzami lub bólem.
Powiedział ci „ciotka”? dopytuje, gdy Maria milknie.
Tak.
To Kręci głową, szukając słowa To okropne.
Okropne przyznaje Maria.
Mamo, ale ty pójdziesz gdzieś? W ogóle?
Maria patrzy na sukienkę, która wisi na oparciu.
Jeszcze nie wiem.
Tej nocy śpi źle. Przewraca się na swoim kawałku szerokiego łóżka i myśli. O tym, co było. Dwadzieścia trzy lata. Młodość oddana temu domowi, tym dzieciom, temu mężczyźnie. Odeszła z pracy po narodzinach Michała. Pracowała w atelier, w centrum Krakowa, była jedną z lepszych krawcowych, szefowa, pani Irena, ceniła ją, powtarzała, że Maria ma talent. Potem Wiktor powiedział: „Po co ci praca? Ja utrzymam nas.” Uwierzyła. Wtedy naprawdę utrzymywał, myślała: dobre życie.
Dobre życie. Przewraca się na bok i patrzy w ciemny sufit.
Co umie teraz? Szyć. Gotować. Prowadzić dom. Być niewidzialna. To wychodzi jej najlepiej.
Nie, nie wolno jej tak myśleć. Potrafi szyć i to nie byle co. Ma ręce, głowę, dwadzieścia lat doświadczenia, choćby nieoficjalnego, bo zawsze coś szyła dla siebie, dla dzieci, dla sąsiadki Grażyny, która twierdziła, że sukienki od Marii lepsze niż sklepowe.
Myśli kręcą się w kółko. Zasypia i budzi się, zasypia i budzi. O wpół do trzeciej trzaśnie drzwi. Wiktor wrócił. Słyszy, jak idzie do łazienki, woda szumi. Potem kładzie się obok, nie mówiąc nic. Po kilku minutach już śpi.
Maria długo nie może zasnąć.
Rano wychodzi wcześnie, prawie nie jadając śniadania.
W tym tygodniu jestem zajęty, nie czekaj z kolacją.
Trzask drzwi. Cisza.
Maria nalewa kawę, siada przy oknie. Za szybą siąpi deszcz, na podwórku ciemne jeżyny, błyszczą liście bzu. Pije kawę i myśli. Spokojnie, niemal chłodno. Może gdy ból przekroczy jakieś granice, zamienia się w coś innego coś twardego, wyraźnego.
Bankiet ten jubileusz jest w piątek. Jest wtorek.
Trzy dni.
Bierze telefon i pisze do Kingi. Kinga Kulesza była ich księgową przez wiele lat, potem przeszła do innej firmy, ale z Marią utrzymują luźną przyjaźń, czasem na kawie. Kinga to mądra, rzeczowa kobieta po pięćdziesiątce, patrzy na świat bez złudzeń.
„Kingusiu, spotkamy się dziś?”
Odpowiedź przychodzi szybko: „Jasne. O trzeciej w Cafe Retro?”
Maria dzwoni: „Umówione”.
Siedzą w małej kawiarni dwa bloki od mieszkania. Kinga przychodzi w szarym żakiecie, krótkie włosy, przenikliwe oczy. Słucha. Nie przerywa. Tylko raz unosi brwi, gdy Maria dochodzi do „ciotki”.
Tak ci powiedział powtarza Kinga.
Tak powiedział.
O tej Anielce już dawno podejrzewałaś?
Przeczuwałam, Michał mi wczoraj potwierdził.
Kinga obraca filiżankę.
Mario. Powiem ci coś, tylko się nie obraź.
Mów.
Ja wiedziałam. Patrzy wprost. Jeszcze gdy pracowałam w „Solidexie”. Dwa lata temu widziałam ich razem. Zastanawiałam się, czy ci powiedzieć. Ale pomyślałam: nie moje sprawy, sami się rozliczą. Teraz widzę, że się pomyliłam. Przepraszam.
Maria milczy chwilę.
Dobrze mówi. Już nieważne, Kinga.
Co zrobisz?
Maria patrzy uważnie na przyjaciółkę.
Pójdę na ten bankiet.
Kinga patrzy na nią długo, potem kiwa głową.
Z dziećmi?
Z dziećmi.
Wiesz, jak to będzie wyglądać?
Wiem.
Wiesz, że się wścieknie?
Wiem.
Kinga znów chwilę milczy.
Dobra. Powiedz tylko, czego potrzebujesz.
Maria lekko się uśmiecha. Pierwszy raz od dwóch dni.
Potrzebuję, by ktoś mi poprawił fryzurę. Sama nie dam rady.
W czwartek wieczorem Kaśka siedzi przy Marii przed toaletką, rozczesuje jej włosy powoli, starannie, z czułością. Włosy Marii są gęste, do ramion, lekko podmalowane dzień wcześniej, tylko dla wyrównania koloru.
Mamo, nie boisz się? pyta Kaśka.
Trochę.
Tata będzie się wściekał.
Zapewne.
Co mu powiesz?
Nic patrzy na siebie w lustrze. Po prostu wejdę.
Kaśka upina ostatnie pasemko, odsuwa się, ocenia.
Ładnie mówi. Mamo, jesteś po prostu piękna. Zawsze byłaś, tylko zapomniałaś.
Maria przytula córkę mocno, naprawdę mocno. Kaśka jest zaskoczona, po chwili też przytula mamę.
Sukienka leży na łóżku. Wiśniowa, aksamitna, miękka. Maria wkłada ją powoli. Zapina zamek z tyłu, Kaśka pomaga. Patrzy w lustro.
Obca kobieta patrzy z lustra. Nie, nie obca. Po prostu dawno zapomniana ta, która istniała, zanim zaczęła się godzić.
Makijaż robi sama. Delikatny, niewiele tylko to, co trzeba. Tusz, szminka, bladordzawa pomadka, którą kiedyś lubiła. Kolczyki z czarnego onyksu, prezent od matki.
Mamo woła z przedpokoju Michał taksówka już jedzie.
Idziemy.
Bierze torebkę małą, czarną, starą, dobrą. Wychodzi do korytarza.
Michał patrzy i mówi:
No, mamo…
No, mamo… powtarza Kaśka z podziwem.
Maria narzuca płaszcz. Ręce trochę się trzęsą. Zauważa to, więc porusza się celowo wolniej. Spokojnie. Po prostu spokojnie.
Chodźmy mówi.
Hotel „Biały Orzeł” to dobry hotel. Nie najlepszy, ale solidny. Wiktor wybrał go ze względu na prestiż. Duża sala, wysokie sufity, własny catering. Kiedyś była tu raz, osiem lat temu, na jakimś weselu. Pamięta marmur w holu i wielki żyrandol w holu.
Taksówka podjeżdża pod wejście. Maria wysiada pierwsza. Stoi sekundę na schodach, wciąga wieczorny, majowy, ciepły zapach kwitnącego klonu.
Mamo mówi Michał cicho jesteśmy z tobą.
Wiem. Chwyta rękę Kaśki. Idziemy.
W holu krzątają się spóźnieni goście, pędzą do schodów z imiennymi plakietkami. Maria idzie spokojnie. Podbiega młody recepcjonista.
Dobry wieczór. Czy na imprezę „Solidexu”?
Tak odpowiada. Jestem żoną Wiktora Górskiego. To nasze dzieci.
Chwilę się waha, ale kiwa głową.
Proszę na drugie piętro, sala Bursztynowa.
Sala Bursztynowa pełna jest ludzi. Eleganckie stroje, zapach drogich perfum, gorące przekąski, czyjś głośny śmiech, muzyka w tle. Maria zatrzymuje się u progu, czuje kilka spojrzeń. Jest tu obca. Czuje to. Ci ludzie znają Wiktora Górskiego, jego tryb życia od lat, niektórzy wiedzą o Anielce. Żonę zna prawie nikt.
Widzisz tatę? pyta Kaśka.
Jeszcze nie Maria wolno przegląda salę wzrokiem. Znajdziemy go.
Wiktor stoi przy ścianie, przy stole z przekąskami. Rozmawia z dwoma mężczyznami w ciemnych garniturach jednego Maria rozpoznaje. Jerzy Maliszewski, wieloletni partner firmy, duży, siwy, o ciężkim spojrzeniu. Wiktor go szanuje. Albo boi się Maria nigdy nie wiedziała, jaka jest różnica.
Obok Wiktora stoi Anielka.
Maria widzi ją pierwszy raz choć w wyobraźni znała ją już od dawna. Młoda, wysoka, w eleganckiej granatowej sukience, perfekcyjnie uczesana. Ładna. Maria notuje to spokojnie, bez zazdrości, zupełnie jakby mierzyła pogodę. Ładna dziewczyna. Dwadzieścia osiem lat. Jej dłoń spoczywa na przedramieniu Wiktora z tą swobodą, która mówi więcej niż słowa.
Tam tata rzuca Kaśka, zaskakująco spokojnie. Z tą panią w niebieskim.
Maria idzie przez salę, powoli. Kilka osób się odwraca. Ktoś ustępuje jej drogę. Maria nie patrzy na boki tylko naprzód, na stół przy ścianie, na tego mężczyznę.
Wiktor zauważa ją w ostatniej chwili. Jego twarz natychmiast się zmienia. Usta prawie się otwierają, potem zaciskają. Oczy robią się zimne.
Mario mówi bardzo cicho. Co ty tu robisz?
Przyszłam na jubileusz twojej firmy odpowiada. Tak samo cicho, tak samo spokojnie. Dziesięć lat. To ważna data.
Pan Jerzy patrzy na nią, potem na Wiktora, potem znów na nią.
Mario Górska? pyta z lekkim zaskoczeniem, ciepłem. Dawno pani nie widziałem. Wygląda pani pięknie.
Dobry wieczór, panie Jerzy Maria uśmiecha się do niego. Pan także.
Anielka cofnięta o pół kroku. Jej dłoń niewidocznie schodzi z ramienia Wiktora.
W tym momencie Kaśka, stojąc tuż za matką, wysuwa się do przodu. Piętnaście lat. Ciemne oczy, wyprostowane plecy. Patrzy na Anielkę tak szczerze, jak tylko dzieci potrafią a dorośli tego nie znoszą.
Tato mówi Kaśka całkiem spokojnie, ale na tyle głośno, by ludzie w pobliżu usłyszeli. Czemu ją tulisz, skoro to nie mama?
Coś się zmienia w przestrzeni wokół nich. Jakby ktoś ściszył muzykę. Dwaj rozmówcy pana Jerzego spoglądają na siebie. Starsza pani przy sąsiednim stole obraca głowę.
Wiktor blednie. Widoczne to nawet pod opalenizną.
Kaśka to sprawy służbowe, za chwilę ci
Tato, nie jestem dzieckiem odpowiada Kaśka tym samym równym głosem. My z Michałem od dawna się domyślaliśmy.
Michał stoi przy siostrze, milcząc. Nic nie mówi tylko patrzy na ojca.
Pan Jerzy chrząka, odkłada kieliszek.
Wiktorze mówi, a w tym jednym słowie jest wszystko: nutka zawodu i koniec rozmowy. Widzę, macie sprawy rodzinne. Pogadamy później.
Kiwa Marii głową z dawną, staroświecką uprzejmością i odchodzi do innych gości. Dwaj mężczyźni za nim.
Anielka cicho szepcze:
Pójdę sprawdzić catering.
I znika.
Wiktor i Maria zostają sami, jeśli nie liczyć dzieci. Patrzy na nią z tym wyrazem twarzy, który kiedyś uznawała za zmęczenie, teraz widzi inaczej. To nie złość, nie pretensja. Zagubienie.
Mario mówi przytłumionym, stłumionym głosem wiesz, co właśnie narobiłaś?
Przyszłam na jubileusz twojej firmy powtarza. Dziesięć lat. To duża rzecz.
Sięga po kieliszek z tacy. Szampan. Bąbelki płyną w górę.
Mogłaś zostać w domu mówi jeszcze ciszej. Jak cię prosiłem.
Mogłam przytakuje. Ale nie zostałam.
Patrzy na niego. I wszystko się w niej porządkuje. Nie złość. Nie triumf. Klarowność. Patrzy na tego mężczyznę w drogim garniturze, z drogimi spinkami i krawatem, na tego, któremu dwadzieścia trzy lata gotowała zupy, prała koszule, wychowywała dzieci i po prostu wierzyła. I myśli tylko jedno ile czasu zmarnowała.
Wypiję za twoją firmę mówi. I pójdę. Dzieci są zmęczone.
Odwraca się do dzieci.
Idziemy mówi spokojnie.
Idą do wyjścia. Maria czuje spojrzenia obce, ciekawskie, współczujące, oceniające. Różne. Już jej wszystko jedno. Nie, nie wszystko jedno. Po prostu to nie jest już bardziej bolesne, niż było.
Przy drzwiach Michał bierze ją pod rękę.
Byłaś dzielna mówi.
Po prostu przyszłam odpowiada.
Właśnie. To jest odwaga.
W domu delikatnie zdejmuje sukienkę, odwiesza. Myje twarz. Kładzie się. Po raz pierwszy od tygodni śpi głęboko, bez półprzytomności. Śpi aż do dziewiątej.
To, co się dzieje potem, dzieje się powoli, nieodwracalnie jak wiosenna odwilż. Nie od razu, ale w ciągu dwóch tygodni po bankiecie. Maria dowiaduje się o wszystkim przez Kingę, przez Kaśkę, która przypadkiem zobaczyła wiadomość od ojca.
Jerzy Maliszewski odmówił podpisania umowy na nową inwestycję. Nie wprost, przez kogoś, przez pośredników. Po jubileuszu zadzwonił, napisał, że musi się zastanowić. Był człowiekiem starej daty rodzina znaczyła coś konkretnego. To, co zobaczył w sali Bursztynowej, podważyło szacunek wobec Wiktora. Nie to, że miał kochankę. Ludzie miewają kochanki. Ale że przyprowadził ją na oficjalną imprezę zamiast żony tego nie tolerował.
Za oporem Maliszewskiego poszli inni. Biznes jak reputacja buduje się długo, rozpada szybko. Rada nadzorcza „Solidexu” zaczęła zadawać niewygodne pytania o decyzje Wiktora. Okazało się, że ostatnio sporo kontraktów przechodziło poza standardowymi procedurami. To już inny poziom nie sukienka, nie Anielka ale czasem jedna nić pociąga za sobą kolejne.
Anielka znikła z firmy trzy tygodnie po bankiecie. Po cichu, bez dramatu, złożyła wypowiedzenie i tyle. Wiktor przez kilka dni wyglądał, jakby ktoś mu zabrał grunt pod nogami.
Potem wrócił do domu i usiadł. Maria postawiła mu talerz z zupą i wyszła do drugiego pokoju. Siedział długo. Słyszała, jak wzdychał.
Wieczorem zawołał ją.
Mario. Musimy porozmawiać.
Oczywiście zgadza się. Tylko najpierw odpowiedz: chcesz rozmawiać, czy żebym cię wysłuchała?
Najpierw nie rozumie różnicy, potem chyba rozumie. Milknie.
Przepraszam cię mówi.
Maria siedzi naprzeciwko, ręce spokojne na kolanach. Patrzy i myśli: za późno. Nie, że jest zła, tylko że wybaczenie wymaga czegoś żywego, a między nimi od dawna już tego nie ma. Zwiędło gdzieś pomiędzy latami i słowem „ciotka”.
Słyszę cię mówi.
To nie jest przebaczenie. Rozumie to.
O rozwodzie zaczyna rozmowę sama, po miesiącu, spokojnie, z prawniczką po stronie (poleconą przez Kingę). Dzielą mieszkanie. Dzieci zostają z Marią. Wiktor nie protestuje, jedyne, o co nie walczy.
W czasie rozwodu Maria otwiera atelier. Małe, dwa pokoje, w sąsiedniej kamienicy. Dużo się zastanawiała, co robić piekarnia byłaby łatwiejsza, ale dłonie pamiętały materiały, igły. Pani Irena, jej dawna szefowa, już na emeryturze, odebrała telefon natychmiast: „Mario, powinnaś była to zrobić dziesięć lat temu.”
To było i miłe, i gorzkie. Dziesięć lat temu nie była gotowa. Teraz jest.
Początki są trudne. Pracy dużo, klientów niewielu, wraca potem zmęczona, z kredą pod paznokciami. Kaśka wpada po szkole, odrabia lekcje przy małym stoliku, je kanapki, czasem pyta o materiały. Zadziwiająco interesuje się kolorami, długo przegląda próbki, komentuje rzeczowo, dojrzale. Maria zauważa to i zapamiętuje, zostawia na później.
Michał przeżywa swoje. Wiktor kilka razy próbuje się z nim spotkać, dzwoni, zaprasza. Michał idzie, wraca milczący. Któregoś wieczoru mówi Marii:
Chce, żebym go zrozumiał.
A ty?
Nie wiem, jak zrozumieć faceta, który wstydzi się własnej żony. Michał patrzy w okno. Mamo, ty zawsze byłaś normalna. Po prostu zwyczajna.
Dziękuję, synu.
Naprawdę.
Milknie.
Mam tez problem z Polą, mówi nagle. Z dziewczyną.
Maria podnosi wzrok.
Mówi, że po tym wszystkim nie wie, czy mogłabym być dobrym ojcem. Boję się powtórki.
To nie twoje powtórzenie, Michał.
Wiem. Ale ona nie rozumie.
Maria wybiera słowa.
Daj jej czas. Nie przekona jej rozmowa, tylko twój czas.
Kiwnął głową niepewnie. Z Polą ciągnie się długo, raz lepiej, raz gorzej. Maria myśli o tym cicho, nie wtrąca się dzieci muszą mieć przestrzeń do własnych rozwiązań. Późno to pojęła, ale pojęła.
Atelier powoli rozrasta się. Po roku przychodzą stałe klientki. Po półtora roku pojawiają się pierwsze zamówienia na suknie ślubne trudne, ale najlepiej płatne. Maria zatrudnia pomocnicę, młodą dziewczynę Lenę, zupełnie inną niż Anielka, z utalentowanymi dłońmi i charakterem, o którym można by napisać osobno. Dogadują się. Rozumieją bez słów, nawet po ruchach nad tkaniną.
Kinga czasem wpada, piją razem herbatę między wykrojami, gadki o zdrowiu, dzieciach, o tym, co w życiu ważne. Kinga mówi raz:
Wiesz, co w tobie podziwiam? Nie jesteś zła.
Złoszczę się czasem przyznaje Maria.
Nie, to tylko rozdrażnienie. Złość niszczy, rozdrażnienie mija.
Maria się zamyśla i przyznaje rację.
Kaśka w wieku siedemnastu lat już dokładnie wie, że chce studiować projektowanie mody. Nie robi wokół tego szumu, nie żąda po prostu przynosi teczkę rysunków.
Maria ogląda długo jest coś surowego, z talentem, z wizją.
To twoje mówi Maria.
Nie masz nic przeciwko?
Nie. To twoje i lepiej wiesz, niż ja.
Kaśka lekko, ciepło się uśmiecha.
Mamo. Ty się zmieniłaś.
Zmieniłam?
Zawsze pytałaś: „A co tata powie? A co ludzie powiedzą?” Teraz już nie pytasz.
Maria patrzy na córkę.
Za późno się nauczyłam mówi Maria.
Nie za późno. Kaśka zbiera rysunki. Wszystko z tobą w porządku.
To najlepsze, co usłyszała przez ostatnie lata. Lepsze niż pochwały, lepsze niż komplementy po prostu „wszystko z tobą w porządku” od kogoś, kto patrzy bez uprzedzeń.
Wiktora widuje rzadko. Odwiedza tylko dzieci, czasem przynosi rzeczy, które zapomnieli. Wygląda różnie czasami wciąż trzyma fason, czasami nie bardzo. Słyszy od znajomych, że „Solidex” zmienił właściciela, Wiktor został zdegradowany teraz menadżer do spraw kontaktów z partnerami. Upadek, ale Maria nie roztrząsa tego. Ma swoje.
Lato trzy lata po rozwodzie jest piękne. Ciepłe, długie. Atelier przenosi się do większego lokalu, zatrudnia już trzy krawcowe. Maria siedzi wieczorami na małym balkonie nowego mieszkania osobnego, bo to ważny krok, trudny, ale konieczny pije herbatę, patrzy na zachód słońca. Nie codziennie, częściej siedzi z papierami, zamówieniami. Ale kiedy siedzi bezczynnie, czuje coś: jest jej dobrze. Nie szczęśliwie, jak w powieściach. Dobrze, cicho, zmęczenie, ale dobrze.
Jesienią on przychodzi.
Widzi go przez szybę atelier, gdy siedzi z kawą nad nowym szkicem. Wiktor stoi niepewnie w progu. Wyraźnie się postarzał. Nie czas, tylko jakieś wypalenie ramiona przygarbione, garnitur porządny, ale lekko niemodny.
Maria wychodzi do niego sama.
Wiktorze mówi. Wejdź.
Siadają w małej salce stół, dwa krzesła, wazonik z suszonymi kwiatami. Maria robi herbatę, podaje kubek.
Jak się masz? pyta Wiktor.
Dobrze odpowiada. Pracy dużo. Wszystko idzie do przodu.
Słyszałem. Patrzy na nią. Jestem pod wrażeniem.
Maria milczy. Trzyma kubek obiema dłońmi.
Mario… milknie na moment. Chciałem powiedzieć… myślałem…
Myślałeś… powtarza bez pytania.
Pomyliłem się. W wielu sprawach. Teraz to widzę.
Wiktorze…
Zaczekaj. Podnosi wzrok. Chciałbym powiedzieć byłaś świetną żoną. Prowadziłaś dom. Wychowałaś dzieci. Nie doceniałem cię. Myślałem, że to normalne, jakby ten porządek musiał istnieć. Przerywa. Pomyliłem się.
Maria patrzy na niego. Patrzy na tego nieco poszarzałego, zmęczonego mężczyznę i widzi i tego, za którego wyszła, i tego, co nazwał ją „ciotką”, i tego, co potem wracał do pustego mieszkania. Wszystkich naraz. Tak, to wciąż jeden człowiek. Rozumie to.
Słyszę cię mówi.
Myślałem… urywa. Głupio to zabrzmi.
Powiedz.
Może nie od początku, ale byśmy się widywali, rozmawiali. Teraz jestem sam, Mario. Zupełnie sam.
Cisza.
Maria odstawia kubek, patrzy przez okno: pochmurne niebo, liście na chodniku, rower przy latarni. Potem znów patrzy na niego.
Wiktorze mówi spokojnie. Nie jestem na ciebie zła. Już nie. Minęło. Szkoda mi lat, nie ciebie lat, że były takie, a nie inne. Tylko tyle.
Mario…
Pozwól mi skończyć mówi miękko, ale stanowczo. Nie jesteś sam. Masz dzieci. Przychodzą do ciebie. To się nie zmieniło. Ale nie mogę być tym, za czym przyszedłeś. Nie wiem nawet, za czym przyszedłeś za rozmową, za rutyną? Za samotnością? Nie wiem. Ale nie mogę.
Dlaczego?
Chwilę się zastanawia nie po to, by zranić, tylko żeby słowa były właściwe.
Bo w końcu jestem sobą. Zajęło mi to zbyt wiele sił. Nie chcę się cofać.
Milczy długo. Patrzy na herbatę. Potem kiwa raz głową.
Rozumiem.
Wiem, że rozumiesz.
Dzieci… zaczyna.
Z dziećmi sobie poradzisz mówi Maria. To twoje zadanie, nie moje. Idź do nich. Zwłaszcza Michał musi wiedzieć, że ci zależy. On potrzebuje szczerości.
Wiktor wstaje. Poprawia marynarkę, jak zawsze robił gest, który zna na pamięć.
Sukienka ci pasuje rzuca niespodziewanie.
Maria spuszcza wzrok. Dziś inna sukienka granatowa, z prostym kołnierzykiem. Sama ją uszyła poprzedniej zimy.
Dziękuję mówi.
Wychodzi. Maria słyszy, jak zamykają się drzwi. Potem cisza.
Siedzi jeszcze chwilę. W pokoju chłodno i cicho. Suszone kwiaty w wazoniku. Jej szkice na brzegu stołu.
Potem wstaje, zabiera kubek, wypłukuje w zlewie. Wraca, bierze ołówek i pochyla głowę nad nowym szkicem.
Do drzwi zagląda Lena.
Pani Mario, już przyszła następna klientka.
Tak mówi Maria. Poproś o chwilę cierpliwości.
Lena kiwa głową i zamyka za sobą drzwi.




