Wyimaginowana przyjaciółka
Przy Jadzi od trzech dni kręci się tłum uczniów. Dziewczyna uchodzi w całej szkole za wróżkę i prawdziwą psycholożkę. Wszyscy chcą uszczknąć coś z jej mądrości. Zaczepiają ją pod łazienką, dosiadają się przy stołówce, przynoszą jej cukierki, zeszyty z zadaniami i różne podarki, których ona z jakiegoś powodu nie przyjmuje.
Podoba mi się Krzysiek z 5 B, myślisz, że stworzymy razem rodzinę? wzdycha z nadzieją koleżanka z klasy, Małgosia.
Nie polecam. Krzysiek to tylko z pozoru taki fajny, a naprawdę dłubie w nosie i zjada gluty. O jedzenie się nie martw, na pewno nie zmarnieje, ale na tym koniec dobrych stron. Tak całe życie przedłubie odpowiada Jadzia, popijając herbatę i gryząc precla.
O nie, obrzydliwe! A Marek? Przecież jest prymusem, uczy się grać na gitarze rozmarza się znowu Małgosia.
Marek pastwi się nad kotami. Wiąże puszki do ogona i goni je po podwórzu. Będzie okrutny i jeszcze zacznie pić.
Skąd to wiesz?
A gdzie ty widziałaś trzeźwego gitarzystę? Zresztą, nie zajmuj sobie jeszcze głowy chłopakami przed tobą całe życie. Lepiej popraw matematykę i przestań obgryzać paznokcie, bo robaki ci się zalęgną.
Nie mam przyjaciół. Wszyscy mnie wyzywają od grubych i nigdzie nie zapraszają poskarżył się Paweł z 4 C i odsunął Małgosię na drugi koniec ławki.
W środę rozpoczyna się nabór na zapasy. Zgłoszenia przyjmują w pokoju wuefisty. Może nie schudniesz od razu, ale przestaną cię przezywać. I nie rzucaj już tak przyszłą żoną!
Jadzia wstała od stołu i zaniosła tace na zmywak.
Jadzia, jak sądzisz, lepiej iść w tym roku na kurs prawa jazdy czy poczekać do przyszłego? niby mimochodem zagadnęła nauczycielka geografii przy zlewie.
Pani Elżbieto, żeby robić prawo jazdy, trzeba mieć samochód, a pani jeździ ojcowskim maluchem. Czuje pani różnicę?
Nnno czuję chyba
Jadzia przewróciła oczami i myjąc ręce dodała:
Proszę sprzedać ten samochód, kupić rower i szorty, za dwa miesiące sama będzie pani do pracy dojeżdżać. Albo najlepiej wziąć kredyt hipoteczny oprocentowanie teraz bajecznie niskie, a mieszkać z rodzicami w wieku trzydziestu pięciu lat nie przystoi. Mówię jak jest!
Patrzącą na nią ze zdumieniem nauczycielkę pozostawiła w drzwiach i poszła na lekcje techniki.
W ciągu czterdziestu minut, gdy jej koleżanki poznawały budowę centymetra krawieckiego i uczyły się nawlekać nitkę na igłę maszyny, Jadzia zdążyła załatać przyniesione z domu spodnie, zwęzić spódnicę i na szydełku zrobić parę skarpet, które wręczyła nauczycielce techniki, tłumacząc, że w ciąży trzeba mieć ciepłe stopy. Pani natychmiast wyszła z lekcji, żeby kupić test ciążowy. Następnego dnia cała klasa zajadała się pysznym tortem czekoladowym, którym nauczycielka odwdzięczyła się Jadzi.
W domu Jadzia też zachowuje się inaczej. Zrugała mamę za kupowanie gotowego mięsa mielonego i sama ulepiła pierogi. Wieczorem zamiast oglądać YouTube, czyta Trzech muszkieterów, a co jakiś czas szepcze sobie coś pod nosem. Tata patrzy na nią znad komputera, a Jadzia wtrąca, żeby się wyprostował. I w ogóle, niech by lepiej wyszedł wytrzepać dywan, zamiast siedzieć na tych wszystkich brudnych stronach.
W szkole krążą już różne plotki, nauczyciele panikują, wzywają psychologa. Zwołano komisję podczas lekcji, z udziałem dyrektora.
Jadzia, powiedz kochanie, czy ktoś ci tutaj dokucza? zaczyna rozmowę psycholog z modną brodą i w okularach.
Denerwuje mnie to, że na szkołę przeznaczono kilka milionów złotych, a dostaliśmy do sali gimnastycznej tylko starego kozła i dwa metry liny.
Wszyscy patrzą na dyrektora, który nagle znika przez otwarte okno, rzekomo na naradę.
Nikt się z tobą nie przyjaźni?
Przyjaźń to pojęcie względne przeciąga Jadzia ze znudzoną miną, bawiąc się warkoczami. Dziś bawicie się razem w chowanego, jutro twoja koleżanka zmywa gary w twoim domu, podczas gdy ty liczysz odliczenia podatkowe.
Jakie znowu podatki, jakie gary? Kto ci to wszystko naopowiadał?
Moja przyjaciółka.
To tu tkwi problem! Zaproś ją do nas!
Ale ona już tu jest odpowiada ze spokojem, szokując wszystkich zgromadzonych.
My jej nie widzimy. Jak ma na imię?
Zofia Antonina.
O, a ile ona ma lat?
Siedemdziesiąt.
Co takiego ci mówi?
Że zęby trzeba myć od dziąseł, że pies na naszym podwórku nie jest groźny, tylko przerażony i głodny, że rodziny nie można zaniedbywać. I jeszcze że pani od pięciu lat źle wyliczają podatek od nieruchomości, trzeba jechać do urzędu i poprosić o przeliczenie według ceny rynkowej, a nie według wartości katastralnej.
Psycholog wszystko zapisuje, a ostatni punkt podkreśla dwa razy.
Na zakończenie prowadzą przez radiowęzeł rozmowę z rodzicami, którzy akurat są w pracy.
Zaczekajcie! krzyczy ojciec przez telefon, cały rozemocjonowany. Przecież tak nazywała się moja mama! Zofia Antonina, zmarła dziesięć lat temu!
Klasa cichnie, rozlega się szept modlitw.
No właśnie, dziesięć lat minęło, a nikt nawet nie zajrzał na cmentarz. Wszystko zarośnięte, ogrodzenie się wali stwierdza z żalem Jadzia.
Nooo, wiesz chciałem iść ale wciąż nie miałem czasu tłumaczy się tata przez głośnik.
Konsylium się kończy.
Następnego dnia cała rodzina jedzie na cmentarz. Jadzia nigdy nie widziała babci, tylko z lakonicznych opowieści ojca. Grób odnaleźli z trudem, bo to marmurowe pole dawno już przestało przypominać dawny sosnowy las.
Dziewczynka przywiozła bukiet żółtych tulipanów i włożyła je do przeciętej plastikowej butelki. Tata poprawił ogrodzenie, mama wyrwała chwasty.
Tato, babcia mówi, że jesteś dobrym człowiekiem, tylko za bardzo siedzisz w pracy i Internecie, przez co nie masz już na nic czasu nawet na mnie.
Ojciec poczerwieniał i skinął córce głową ze zrozumieniem.
Powiedz jej, że to zmienimy pogładził córkę po głowie, a potem przetarł wyblakłe zdjęcie na nagrobku.
Teraz będzie spokojna i już nie będzie mnie odwiedzać, choć będę za nią tęsknić, bo była bardzo miła, radosna i mądra.
To prawda. Babcia była wyjątkowa i przejrzała człowieka na wylot. Coś jeszcze ci mówi?
Tak. Że twoja dieta ogórkowa to całkowity bezsens. Chcesz schudnąć idź na siłownię. A walutowy rachunek było głupio zakładać przed takimi decyzjami trzeba wszystko dokładnie przeliczyć. I że ten tani cement, który zamówiłeś na wylanie fundamentów pod altanęTata roześmiał się pierwszy raz od dawna, taki śmiech, co drży jeszcze chwilę na policzkach, nawet gdy już ucichnie. Mama spojrzała na córkę z wdzięcznością i usiadła obok niej na marmurze, zaplatając rękę na jej ramionach.
Jadzia poczuła, że tulipany nabrały jeszcze intensywniejszego koloru, jakby babcia podziękowała im wszystkim za to spotkanie. W powietrzu zapachniało świeżą trawą pomieszaną z zapomnianymi wspomnieniami: hałasem kuchennych garnków, echo śmiechu zza ściany, głosem, który wie lepiej, ale kocha najmocniej.
Kiedy wracali do samochodu, tata niespodziewanie wziął Jadzię za rękę i obiecał jej, że weekendy będą tylko dla rodziny, chociażby mieli budować zamki z poduszek na środku salonu. Jadzia uśmiechnęła się do nich i, na wszelki wypadek, do niewidzialnej Zofii Antoniny, która musiała być gdzieś obok w lekkim powiewie wiatru, w cieple słońca na policzku, w pewności, że nigdy nie jest się naprawdę samym.
Bo przyjaciel nawet ten wyimaginowany potrafi czasem przyprowadzić do domu całą rodzinę. A najważniejsze rzeczy i tak zawsze mówi się szeptem, serce do serca.
I od tej pory, gdy tylko ktoś w szkolnej stołówce pytał Jadzię o radę, ona już się nie wzdragała przed podarkiem: przyjmowała czekoladę, częstowała uśmiechem i mówiła, co naprawdę ważne że najlepsze przyjaźnie rodzą się z troski i wspólnego śmiechu. Nawet jeśli czasem trzeba do nich dopisać wyobraźnię.



