Wojtku, wyciągnąłeś już tę lepszą zastawę? Tę z pozłacaną krawędzią, a nie codzienną. I sprawdź serwetki, proszę; krochmaliłam specjalnie, żeby stały sztywno jak w restauracji krzątała się w kuchni Mariola, poprawiając kosmyk wymykający się z misternej fryzury. Z piekarnika unosił się już zapach kaczki pieczonej z jabłkami, na kuchence pyrkały warzywa do drugiego dania, a lodówka niemal pękała od sałatek, które kroiła pół nocy.
Wojciech, jej mąż, posłusznie wspinał się na stołek.
Mariolciu, no po co ten splendor? Swoi przyjdą: Tomek, mama, ciotka Halinka z mężem. Oni by i ze słoika jedli, byleby kieliszek nie był pusty mruknął, sięgając po karton z polską porcelaną.
Nie marudź. Mamy rocznicę, piętnaście lat kryształowe wesele. Chcę, żeby było pięknie. Poza tym znasz swojego brata. Gdy dam zwykły talerz powie, że zbiednieliśmy. Z pęknięciem że fleje z nas. Niech chociaż raz nie znajdzie powodu do szyderstw.
Wojciech westchnął, schodząc. Wiedział, że żona ma rację. Jego starszy brat, Tomasz, był trudnym charakterem mówiąc dyplomatycznie. A szczerze? Jak powtarzała Mariola przy kawie z koleżankami, typowy cham, dumny ze swej prostackiej szczerości i rzekomego ludzkiego podejścia.
Tylko, proszę, dziś nie wchodź mu w paradę poprosił Wojciech, wycierając talerze. Jest w niefajnym okresie: wyrzucili z pracy, żona go rzuciła. Wnerwiony jak hells angel na diecie.
Wojtek, u niego trudny okres trwa już czterdzieści lat. A żona go rzuciła, bo instynkt samozachowawczy zadziałał ucięła Mariola, próbując sos. Będę cierpliwa dokładnie tyle, ile wytrzyma mój takt. Ale ostrzegam: jeśli znowu zacznie z tekstami o mojej figurze albo twojej pensji, nie ręczę za siebie.
Dzwonek do drzwi rozległ się punktualnie o piątej. Najpierw zjawiła się teściowa, Bogumiła, cicha kobieta, co synów kochała, a starszego szczególnie, jak to bywa. Potem ciocia Halinka z mężem Stasiem. Tomasz oczywiście tradycyjnie się spóźnił czterdzieści minut, gdy wszyscy już patrzyli smętnie na zimniejsze przekąski.
Wparował z hukiem, przeciągiem, wonią taniego papierosa i mroźnym powietrzem.
Taaa-daaam, jestem! Czekaliście, ale doczekaliście się! ryknął śmiechem, który rozpełzł się po kątach dwupokojowego M. No co, Wojtek, myślałeś, że przyjdę z pustymi rękami? Masz!
Wcisnął bratu w ręce zawiniątko w Wyborczą.
Co to? Wojciech zgłupiał.
Porządna rzecz, zestaw śrubokrętów z Biedronki. Się przyda w domu, bo te twoje dwie lewe do młotka nic nie potrafią znaleźć.
Mariola, witając gościa, przywołała na twarz uprzejmy uśmiech.
Cześć, Tomek. Umyj ręce. Czekamy już tylko na ciebie.
Tomasz przeskanował ją wzrokiem tak bezczelnym, że Mariola aż się skrzywiła jak poparzona.
O-ho-ho! Co to za kreacja, Mariolka? Nowa sukienka? Lśni jak sreberko z Wedla. Czy to dla odwrócenia uwagi od zmarszczek? Żartuję! Ciacho z ciebie, jeszcze nie stara.
Wojciech odchrząknął, by rozładować napięcie:
Tomek, chodź siadaj, bo kaczka stygnie.
Przy stole Tomasz od razu złapał za butelkę, wlał do pełna i nie czekając na toast, chwycił śledzia widelcem.
No to za wasze szklane gody! Piętnaście lat wyrok bez przedterminowego. Jak wy się nie pozabijaliście, co? Ja ze swoją Kaśką ledwo pięć przeżyłem i myślałem, że się powieszę. Kobieta, wiadomo: ciągle swoje, ciągnie z człowieka jak bankomat PIN. Ale Wojtek chociaż nie umiera z głodu choć przeżuł śledzia i skrzywił się. Ale ci się sypnęło soli, Mariolka! Zakochałaś się, czy ręka lata ze starości?
Bogumiła, siedząca obok, rzuciła z wyuczonym entuzjazmem:
Tomuś, co ty opowiadasz. Mariolka pysznie gotuje. Spróbuj sałatki z językiem.
Z językiem? ryknął Tomasz. Dobre! Bo u naszej Mariolki jęzor jak biczyk, nie zaszkodzi suplementacji! Ale serio, mama, nie chroń jej: krytyka jest zdrowa. Ja zawsze wywalam kawę na ławę, dlatego ludzie mnie szanują.
Mariola, roznosząc gorące, czuła, jak zaczyna w niej wrzeć. Zerknęła na męża, który skutecznie udawał, że wzorek na obrusie jest fascynujący. Wojtek bał się brata. Bał się awantury. Bał się zepsuć święto.
Trudno pomyślała Mariola. Jeden wieczór. Dla Wojtka. Dla mamy.
Tomku, jak tam praca? Mówiłeś, że miałeś rozmowę ostatnio?
Tomasz machnął ręką, nalewając drugą setkę.
Szkoda gadać! Same barany wszędzie. Siadam na rekrutacji, a tam szczyl z laptopem, pyta, czy umiem w Excela. Ja mu: Chłopcze, ja już pracowałem, gdy ty w pampersach sikałeś. A on: No to dziękujemy. I z głowy. No, może swój biznes odpalę. Tylko kasy trzeba Wojtek, dasz piątkę do przyszłego miesiąca? Bo hydraulik do wymiany, rury ciekną jak życie.
Mariola zamarła z sałatką w dłoni.
Tomku, jeszcze nie oddałeś dziesięciu tysięcy, co brałeś pół roku temu na samochód przypomniała z miękką stanowczością.
Tomasz poczerwieniał, ale zaraz przeszedł do kontrataku.
O! Księgowa się odezwała! Wojtek, widzisz? Kontroluje cię jak skarbówka. Ja do brata gadam, nie do niej. Co, pod pantoflem tak siedzisz, że nawet rodziny nie możesz wspomóc?
Wojciech spojrzał z zakłopotaniem raz na nią, raz na brata.
Tomek, ale serio, coś ostatnio z kasą cienko. Właśnie spłaciliśmy kredyt, wszystko na ten stół
WIDZĘ TEN STÓŁ! wtrącił się Tomek, dźgając widelcem w stronę kaczki. Wypas! Kaczka, łosoś, sałatki! Sępy! A bratu szkoda złotówki. Jakie gościnność! Klasa burżuazji domowej. Wojtek, popatrz, z kim ty żyjesz!
Tomeczku, uspokój się, skosztuj bułeczki wtrąciła Bogumiła łagodnie.
Starała się Pewnie przed szefem też tak się stara? Tomasz porozumiewawczo mrugnął do brata, aż Mariola zamarła. Słyszałem, że awansował cię, Mariolka? Wiceszefowa działu? Za jakie takie zasługi? Bo przecież nie za piękne oczęta! A może za te wieczorne zostawania po pracy?
Stół zamuliła ciężka cisza. Ciotka Halina, zwykle szczebiocząca bez ustanku, przywarła do bułki w milczeniu. Wojciech poczerwieniał.
Tomek, przestań powiedział cicho.
Co przestań? Ja tylko mówię prawdę, którą wszyscy widzą! Wojtek, ty jesteś frajerem. Harujesz za grosze, a twoja królowa kariery klika w górę. Myślisz, że ona cię kocha? Została z litości! Bo wygodny. Przynieś-wynieś. Spójrz w lustro, męska dumo!
Milcz głos Marioli był lodowaty. Postawiła sałatkę na stole z godnością.
O, dowódca głos zabrał! Prawda w oczy kole? Zawsze się zastanawiałem, Wojtek, po co ty się z nią zadajesz. Figura niby jest, ale charakter wiertarka. Kaśka to była kobieta! Może żmija, ale facet dystans miał. A ty mysz szara, co udaje królową tylko dlatego, że chłopa rządzi.
Spojrzała na męża. Czekała. Może stanie, stuknie pięścią i wypchnie brata za drzwi. Ale Wojtek siedział skulony, ściskając widelec, aż mu pobielały kostki. Znowu dał się przytłoczyć, jak od dzieciństwa.
To ja. pomyślała Mariola.
Wstała powoli. Poprawiła sukienkę. I zimnym, spokojnym tonem, od którego nawet wujek Staś podniósł brwi, rzekła:
Wyjdziesz stąd.
Tomasz zaniósł się przeszywającym rechotem.
Co? Ty się nie zagotowałaś przy piekarniku?
Powiedziałam: wyjdź w tej chwili z naszego mieszkania.
To mieszkanie mojego brata! niemal pisnął Tomasz. Wojtek, słyszysz? Wyrzuca mnie! Rodzonego brata! Powiedz jej coś!
Wojtek spojrzał najpierw na nią, potem na brata. Widział: jeśli teraz nie stanie po stronie żony, za chwilę nie będzie czego zbierać z tego małżeństwa. Kryształowa rocznica zamieni się w stłuczone szkło.
Tomek, proszę. Wychodź spróbował zabrzmieć męsko, choć głos mu się łamał.
Tomasz miał minę, jakby zobaczył UFO. Spodziewał się wszystkiego, ale nie tego.
Oszaleliście?! Mamo, widzisz to? Wyganiają własnego brata! Za żarcik!
To nie był żart, Tomek Mariola wskazała cicho na drzwi. Obraziłeś mnie, poniżyłeś brata przy jego rodzinnym stole. Siedziałeś tu, jadłeś moją kaczkę, piłeś nasze wino i wycierałeś sobie nami podłogę. Moja cierpliwość się wyczerpała. Przez piętnaście lat znosiłam twoje zachowanie dla świętego spokoju w rodzinie. Koniec. Idź.
A idźcie do diabła! wrzasnął Tomasz, wywracając kieliszek. Czerwone wino rozlało się po obrusu jak siniak. Nie zależy mi! Żryjcie sami te sałatki! Elita! Mojej nogi tu nigdy więcej nie będzie!
Oby! rzuciła Mariola. I nie licz na pieniądze. Nigdy. Szukaj roboty, biznesmenie.
Tomasz zgarnął niedopitą butelkę (Nie zmarnuje się!) i ulotnił się powiewem niechęci i przetrawionych ogórków.
Pożałujesz, Wojtek! krzyknął jeszcze w progu. Brata na babę zamieniłeś! Pantoflarz! Phi!
Trzasnęły drzwi. W kredensie zadzwoniły kieliszki.
Zapadła cisza lepka jak kisiel. Słychać było tylko tykanie zegara i przyspieszony oddech Bogumiły, która siedziała z chusteczką przy ustach i łzami na rzęsach.
Mariolko wyszeptała drżącym głosem. Tak ostro On niechcący. Troszkę wypił
Mariola spojrzała na teściową. Spokój ją opuścił, ale wytrzymała jeszcze chwilę.
Pani Bogusiu łagodnie, ale stanowczo odpowiedziała. Niechcący to można zbić talerz. A jak ktoś obraża kobietę i nazywa własnego brata cieniasem, to już draństwo. Nie pozwolę więcej, by mój dom stał się wysypiskiem jego słownych śmieci. Może go pani żałować, to prawo matki. Ale nie w moim domu i nie przy moim stole.
Teściowa zaszlochała, ale już nie protestowała. Ciotka Halinka, mocno stąpająca po ziemi, nagle postukała sztućcem o talerz.
Kaczka przepyszna, Mariolka! obwieściła jakby nigdy nic. Prawie się rozpływa. I dobrze zrobiłaś, że tego trombolca w końcu pogoniłaś. Mnie na waszym weselu podeptał stopy i nawet nie przeprosił. Wojtku, nalej mi trochę wina, bo mi ciśnienie skoczyło.
Napięcie prysło jak bańka. Wojtek sięgnął po butelkę, dłonie mu się trzęsły, ale patrzył na żonę z wdzięcznością i szacunkiem, jakiego długo nie było w jego oczach.
Przepraszam cię szepnął jej, przelewając wiśniówkę do kieliszka. Mogłem sam
Już dobrze Mariola ujęła go za rękę. Najważniejsze, że jesteśmy razem. I że jego tu nie ma.
Reszta wieczoru toczyła się zaskakująco miło. Bez Tomasza w mieszkaniu jakby się lżej oddychało. Goście się rozluźnili, żarty były tylko życzliwe, wspominano głupsze historie z życia. Teściowa na początku siedziała naburmuszona, ale po kieliszku krupniku i kawałku domowego napoleonki odtajała a nawet zanuciła, gdy ciotka Halinka puściła się w śpiew.
Gdy goście wyszli, Mariola z Wojtkiem zostali wśród sterty brudnych naczyń. Mariola opadła ciężko na krzesło, patrząc na dużą plamę po winie na obrusie.
Obrus pewnie nie do odratowania westchnęła. Prezent od mamy.
Wojciech podszedł i objął ją ramionami.
Mariolu, kij z obrusem! Kupimy nowy. Nawet dziesięć. Dzisiaj byłaś nie wiem jak to ująć Niesamowita. Zdałem sobie sprawę, jaki byłem frajer, że latami pozwalałem mu truć ci życie. Tak się przyzwyczaiłem od dziecka: starszy może wszystko, mama zawsze: Ustąp Tomkowi, bo on trudny. To ustępowałem
Wiem. Trudno się odzwyczaić. Ale jesteśmy rodziną. Kryształową. Kruchą, piękną. Nie dam jej rozbić jakiemuś burakowi z kompletem śrubokrętów z Biedronki.
Oboje wybuchnęli nerwowym śmiechem. Wreszcie puściło nagromadzone napięcie.
A propos śrubokrętów Wojciech złapał nieszczęsny pakunek, zapomniany przez brata. Najlepsze, że już taki zestaw mam. Dał mi identyczny trzy lata temu na Wigilię. Chyba mi wtedy ukradł z torby i wręczył ponownie.
Widzisz? mrugnęła Mariola. Stabilność, to się ceni!
Nazajutrz telefon Wojtka rozdzwaniał się raz po raz. Tomasz. Wojciech patrzył długo na napis Brat, potem na Mariolę sączącą kawę z książką. Wyciszył dzwonek i odwrócił aparat ekranem do stołu.
Nie odbierzesz? spytała lekko.
Nie. Niech wytrzeźwieje, niech pomyśli. A może w ogóle nie odbiorę. Podobało mi się to wczorajsze milczenie.
Mama będzie się zadręczać…
Mama przeżyje. Może wreszcie zrozumie, że też mam pazury. W zasadzie że mamy. Jesteśmy teraz bandą, nie?
Bandą kochających ciszę i kaczkę z jabłkami! zgodziła się Mariola z uśmiechem.
Tydzień później Mariola słyszała, że Tomasz rozpowiada po całej rodzinie, jak wredna bratanica bez powodu go wyrzuciła, a biedny brat pod stołem siedział. Ciotki kiwały głowami, ale jakoś dziwnie częściej dzwoniły z wizytą i zawsze zachowywały się w domu Marioli i Wojtka nienagannie grzecznie. Widać plotka, że tu chamstwa się nie toleruje, działała lepiej niż domofon z kamerą.
A obrus, na marginesie, uratował się. Mariola wywabiła plamę babciną metodą: sól i wrzątek. Dokładnie tak samo jak Tomasza z ich życia. Trochę wysiłku, trochę szczypania i jest czysto. I pięknie.




