Rozstałem się z moją żoną. Przed małżeństwem była dla mnie dobra, gotowała i dbała o dom. Później urodziła naszego syna, ale po 4 latach zrozumiałem, że muszę natychmiast zerwać z nią relacje. Zacząłem pić, tak bardzo, że nawet raz ją uderzyłem i prawie zaatakowałem syna. Wszystko przez to, że byłem tak zazdrosny, a ona zamiast mnie uspokoić i udobruchać, jeszcze bardziej prowokowała i spotykała się ze swoimi kolegami. Zabrałem swoje ubrania, spakowałem rzeczy dziecka i wróciłem do mojej rodzinnej wsi. Żona nie miała nic przeciwko, chyba nigdy nawet nie kochała naszego syna. W domu czekała na mnie mama. Sąsiadki od razu zaczęły rozsiewać plotki o mnie. Powrócił z miasta z dzieckiem, wstyd i hańba.
Miałem dobrą sąsiadkę – babcię Marię. Znała mnie od przedszkola, często bywałem u niej, nawet zostawałem na noc. Babcia Maria chodziła do sąsiadek i zamykała im usta. Nie pozwalała o mnie powiedzieć złego słowa. Byłem nauczycielem matematyki, więc od razu dostałem pracę w szkole. Wysłałem syna do przedszkola, do którego sam chodziłem jako dziecko. A potem znalazłem przyjaciółkę, Natalię. Często do niej przychodzę, ma dziecko w tym samym wieku co mój syn. Natalia ma męża, Jana. Kiedyś przyniosłem jej marynowane ogórki mojej mamy, a jej tak się spodobały, że poprosiła mnie o jeszcze jeden słoik. Potem nawet zaproponowała mi pieniądze za 10 słoików z góry. Tutaj Jan zaczął być zazdrosny, tak bardzo, że doszło do tego, że rozpuścił plotkę. Mówi, że uganiam się za kobietami, a wróciłem do wsi, aby znaleźć nową matkę dla dziecka.
Już myślę nawet o przeprowadzce gdzie indziej, ale dokąd mam pójść, zwłaszcza z dzieckiem na rękach. Uspokaja mnie mama i babcia Maria. Babcia Maria mówi, że Jan jest nieszczęśliwy w małżeństwie, dlatego tak się uwziął na mnie, bo liczy, że znajdzie powód, by rozstać się z żoną. Ale mnie naprawdę nie interesują już problemy innych ludzi i takie zawikłane sytuacje. Chciałem być miły i pomocny, a przez to tylko obrywam. Wstydzę się wyjść na ulicę, bo mam wrażenie, że patrzą się na mnie, jak na człowieka, który rozbija małżeństwa. A przecież nie jestem niczemu winny.




