5 czerwca 2023
Dziś wróciłam do Warszawy dużo wcześniej, niż planowałam. Już w autobusie wyobrażałam sobie, jak Paweł się ucieszy w końcu trzy dni rozłąki to dla nas mała wieczność. Tak się stęskniłam, że ostatnie kilometry liczyłam słupy za oknem, by szybciej dotrzeć na Bródno.
Na przystanku wyjęłam telefon i zadzwoniłam do Pawła.
Jesteś na przystanku? Teraz? jego głos podskoczył ze zdziwienia. Dlaczego wcześniej nie dałaś znać? Mieliśmy się widzieć w czwartek!
Chciałam Ci zrobić niespodziankę mruknęłam, już lekko rozczarowana. Paweł, Ty się chyba nie cieszysz? Jestem zmęczona jak koń po westernie. Zejdź po mnie, proszę!
Czekaj! prawie wrzasnął. Nie przychodź to znaczy możesz, ale… Marto, w domu pustka, nic nie ma do jedzenia. Wczoraj wszystko skończyłem. Może zrobisz szybki skok do całodobowego sklepu za rogiem? Kup dobrej wołowiny.
Torba na ramieniu ciążyła mi niemiłosiernie. Plecy znowu paliły bólem ostatnie dwa miesiące to moja codzienność. Odłożyłam siatki na popękany chodnik i przez chwilę oddychałam ciężko, przyciskając dłoń do zaokrąglonego brzucha.
Mała Zosia, która mieszka pod moim sercem już siódmy miesiąc, wierciła się niespokojnie, czując moje zmęczenie i zdenerwowanie.
Razem z siatkami od rodziców słoikami konfitur, swojskim smalcem, jabłkami z sadu wszystko ważyło chyba pół tony. Po kilkunastu krokach wiedziałam, że nie dam rady. Plecy zaraz mi odpadną.
Westchnęłam i znów zadzwoniłam.
Pawełku, możesz zejść? poprosiłam, głos mi drżał. Jestem pod blokiem, niosę pół lodówki z Biłgoraja A jestem w siódmym miesiącu
W słuchawce zaległa cisza, pomyślałam nawet, że rozmowa się przerwała.
Jesteś już pod blokiem? Teraz? Przecież mieliśmy się widzieć pojutrze!
Powtarzam: to miał być prezent, niespodzianka! syknęłam. Paweł, serio? Mam już naprawdę dość na dziś!
Zaczekaj! Paweł znów krzyknął. Marta, w domu nie ma nic do jedzenia, sam ledwo się najadłem wczoraj. Spróbuj kupić wołowiny na krupnik. Albo ziemniaków świeżych, bo te w domu już zwiędły. Ja dziś załatwiłem sobie wolne, chciałem dla Ciebie zrobić obiad, powitać Cię, jak należy! Pomogę, tylko przynieś szybko, proszę!
Nie wierzyłam własnym uszom. Sklep za rogiem, kilogramy na rękach i on prosi mnie kobietę w zaawansowanej ciąży żebym to jeszcze taszczyła. Sam nie zejdzie, bo jest… zajęty przygotowaniami?
Łzy złości napłynęły mi do oczu, ale poszłam. W środku nocy, przez zmrożoną Warszawę, do Biedronki na rogu.
W sklepie kasjerka rzucała mi współczujące spojrzenia, gdy męczyłam się z wołowiną i siatką kartofli. Palce powykręcane z bólu, nie czułam już ramion.
Wyszłam. Zadzwonił znowu.
Kupiłaś? Super! Ale poczekaj jeszcze dziesięć minut, nie wchodź. Zasiądź na ławce, zaraz Cię zawołam.
Żartujesz sobie?! zaczęłam krzyczeć, zupełnie nie dbając o to, czy ktoś mnie usłyszy. Paweł, ja tutaj zaraz się rozpadnę! Budzę pół osiedla, a Ty każesz mi siedzieć na zimnie?
No daj mi skończyć! upierał się. Zaraz, kochanie, wytrzymaj chwilkę, proszę! Suprise będzie gotowy!
Opadłam na ławkę pod blokiem. Siatki z głośnym łupnięciem wylądowały obok. Gdyby nie moje zmęczenie, narobiłabym mu sceny na całą klatkę.
Minęło dziesięć minut. Potem dwadzieścia. Zziębnięta, z bolącym kręgosłupem, głaskałam brzuch i myślałam tylko o tym, czy Paweł przygotował jakieś kwiaty, śniadanie do łóżka, a może czeka skrzypek za firanką? Po trzydziestu pięciu minutach klatka w końcu skrzypnęła.
Paweł wybiegł spocony, w koszulce na lewej stronie, roztrzepane włosy.
O, siedzisz! Ciepło jakoś nie jest, co? próbował żartować, zgarniając siatki i popędzając mnie do windy.
Czemu tak zalatuje Domestosem i odświeżaczem? spytałam podejrzliwie.
Zobaczysz! odpowiedział, napompowany szczęściem.
W mieszkaniu waliło chlorem i tanim „Błękitem Bałtyku”. Szybko zauważyłam wszystko wręcz lśniło. Dywan odkurzony, półki bez kurzu, rzeczy ze stołów poznikały jakby wyparowały. Moje ceramiczne koty ściśnięte w kącie.
No i, jak? Sztos, nie? Paweł aż się rozpromienił.
Odwróciłam się, głos mi uwiązł w gardle.
To wszystko? zapytałam cicho.
Co to znaczy „wszystko”? Przecież zapieprzałem tutaj trzy godziny, myłem podłogi, przetarłem wszystko! Chciałem, byś od razu po wejściu nic nie musiała robić, tylko odpocząć.
Zacisnęłam usta. Czułam, że zaraz się rozpłaczę.
Powiedz mi to dlatego nie przyszedłeś po mnie na przystanek? Bo myłeś podłogi?
No tak! Ty zawsze narzekasz, że nic nie robię. To chciałem się wykazać. Przyszłaś niespodziewanie, wszystko mi się posypało, musiałem Cię chwilę potrzymać, żeby dom skończyć. A Ty zamiast się ucieszyć, masz minę, jakbym coś złego zrobił.
Wybuchłam.
Paweł nowy błyszczący parapet nie zastąpi mi Twoich ramion, gdy wracam do domu w siódmym miesiącu ciąży! Nie musiałeś mi tego udowadniać, wystarczyłoby zwykłe „jak dobrze, że jesteś”. Zamiast tego kazałeś mi czekać i dźwigać na własne życzenie
Zaczął się pieklić. No, świetnie! Można się starać, a Ty tylko narzekasz! Tylko o sobie myślisz: „Ach, moje plecy! Ach, brzuch!”. Wiesz, ile razy się budziłem? Myślałem, jak Ci zrobić przyjemność… A Tobie wiecznie źle!
Ręce mi opadły.
Wiesz, po co kobieta wraca do domu? By ktoś ją przytulił. Kto postawi czajnik i powie: Jesteś u siebie. Twoja podłoga nie sprawi, że mi lepiej. Mnie bolały nogi, zmarzłam i byłam głodna. Chciałam po prostu Ciebie.
Paweł zaciął się, potem trzasnął drzwiami.
Mała w brzuchu znów zaczęła się wiercić. Usiadłam na krześle, gapiąc się na worek kartofli. Czułam mdłości.
Po paru minutach wrócił.
Robić to mięso? Czy będziesz głodować na złość?
Daj mi spokój, nic nie rób. Chcę spać odpowiedziałam cicho.
Jak chcesz! rzucił i znowu zamknął się w sypialni.
W łazience spojrzałam w lustro: blada twarz, podkrążone oczy, włosy w nieładzie. Zupełne przeciwieństwo spokojnej, szczęśliwej mamy, którą chciałam być dla Zosi.
Wyobrażałam sobie nasz powrót od tygodni że powie po prostu: Czekałem na Ciebie… A dostałam kłótnie.
Odezwał się po godzinie, by znów na mnie nakrzyczeć, rzucić w moją stronę mięsem, a potem zamknąć się w sypialni. Spakowałam najpotrzebniejsze rzeczy i pojechałam z powrotem do rodziców na Pradze.
Rodzina długo mnie namawiała, żebym nie podejmowała pochopnej decyzji. Paweł dzwonił, obiecywał poprawę, błagał, żebym wróciła do domu. Ale ja już wiedziałam. Nie potrzebuję męża, który stawia umytą podłogę i pusty gest ponad zdrowie żony i dziecka. Rozwód będzie i kropka.




