Wróciłam do domu wcześniej
Jesteś już na przystanku? głos Michała aż zaskrzypiał zaskoczeniem. Teraz? Czemu mi nie powiedziałaś? Przecież umawialiśmy się na czwartek!
Chciałam zrobić ci niespodziankę zmarszczyła brwi Basia. Michał, ty się nie cieszysz? Padam na twarz. Wyjdź po mnie!
Poczekaj! nagle wrzasnął. Nie przychodź tutaj… to znaczy, idź, ale… Basia, w domu u nas pusto jak w kościele. Wszystko wczoraj dojadłem.
Zrób tak: skocz do tego całodobowego, tam za rogiem. Kup dobrego mięsa, najlepiej wołowinę.
Ciężka torba aż wyłamała Basi ramię, aż jęknęła mimowolnie.
Ostry ból w krzyżu, który towarzyszył jej niemal co dzień przez ostatnie dwa miesiące, przeszył aż do kości ogonowej.
Ostrożnie opuściła siaty na wyszczerbiony asfalt przystanku.
Basia odetchnęła, kładąc dłoń na brzuchu wysoko, pod żebrami.
Maluch w środku niespokojnie się poruszył. Szósty miesiąc… to nie przelewki, zwłaszcza jeśli wpadasz na pomysł, by wrócić od rodziców trzy dni przed czasem i zrobić mężowi niespodziankę.
Tęskniła tak bardzo, że ostatnie kilometry w autobusie liczyła dosłownie każdy słupek.
Ciekawe, co Michał teraz robi? Pewnie nie ma pojęcia, że już tu jest, zaledwie dziesięć minut piechotą od domu.
Droga do klatki ciągnęła się niemiłosiernie.
Siatki wypchane smakołykami od rodziców słoiki z dżemem, domowy smalec, ciężkie jabłka ciążyły niemiłosiernie.
Po pięćdziesięciu metrach Basia już wiedziała, że nie da rady. Krzyż rozlatywał się na kawałki.
Wyjęła telefon i zadzwoniła do męża.
Michałek, hej wyszeptała w słuchawkę, gdy w końcu odebrał.
Basia? Co się stało? spanikował.
Nic się nie stało, ty głuptasie. Już jestem!
Jestem na przystanku pod domem. Wyjdź, proszę, pomóż mi z siatami.
Mama tyle wszystkiego napakowała, nie dam rady sama…
Zapadła głucha cisza. Basia aż spojrzała na ekran może rozłączyło.
Jesteś na przystanku? głos Michała znowu wskoczył na wysoki ton. Teraz? Ale miałaś przyjechać w czwartek!
Niespodziankę chciałam zrobić zmarszczyła się Basia. Michał, przecież ciebie to w ogóle nie cieszy… Padam, wyjdź po mnie, proszę!
Czekaj! znów się wydarł. Nie idź tu… to znaczy, idź, ale… Basia, w domu echo niesie, wszystko zjadłem wczoraj.
Zrób tak: zajdź na sekundę do tego sklepu za rogiem, całodobowego. Kup trochę wołowiny.
Dzisiaj wziąłem urlop na żądanie. Chciałem porządny obiad ugotować i przywitać cię jak należy.
Jakie mięso, Michał?! Basia aż zgłupiała. Słyszysz, co mówię? Jestem w szóstym miesiącu ciąży, z dwiema ogromnymi torbami stoję tu jak kołek!
Kręgosłup mi wysiada! Jakie mięso? W domu jest ziemniaki, jajka.
Wyjdź po mnie, chcę coś zjeść i położyć się spać.
Nie rozumiesz mnie, Basia zaczął szybko trajkotać, przerywając jej. Chcę, żeby wszystko było idealnie. Co ci szkodzi?
Sklep tuż tuż, kup mięso i ziemniaki też, nasze już zwiędły.
Poproś kogoś o pomoc, albo idź powolutku…
No proszę! Naprawdę dla nas. Ja tu wszystko przygotuję.
Basia spojrzała na swoje czerwone, pogięte od uchwytów siat torby dłonie. Poczuła, jak w niej narasta gorąca, gorzka fala.
Michał, serio? głos jej zadrżał. Naprawdę chcesz, żebym ja, twoja ciężarna żona leciała do sklepu po mięso, bo masz ochotę na kotlety?
Sam nie możesz zejść i kupić?
Już zacząłem no przygotowania! Jak teraz wyjdę, wszystko na marne.
Basiu, dla mnie! Tyle czekałem.
Kup wołowiny, tak z osiemset gram. I woreczek ziemniaków, taki malutki, w siatce.
No, działaj, czekam!
Zakończył rozmowę. Basia patrzyła w ciemniejący ekran.
Nie mieściło jej się to wszystko w głowie. Prawie chciało jej się popłakać na tym pustym przystanku, pod zimnym światłem latarni.
Zamiast przytulenia i ciepłego łóżka… wycieczka do sklepu.
Może faktycznie szykuje coś wyjątkowego? pomyślała.
Westchnęła, podniosła siaty i, kulejąc, ruszyła do sklepu.
***
Basia pchała wózek między regałami, czując na sobie współczujące spojrzenie zaspanej kasjerki.
Wołowina była ciężka, a siatka ziemniaków… już całkiem nie do uniesienia.
Wychodząc ze sklepu, nie czuła już rąk. Palce zesztywniały od ciężaru.
Zadzwonił telefon.
Masz już wszystko? zapytał radośnie Michał.
Mam wycedziła Basia przez zęby. Już jestem pod klatką. Otwieraj.
Stój! niemal pisnął Michał. Nie wchodź! Poczekaj na ławce. Dziesięć minut, dosłownie.
Żartujesz sobie? Basia podniosła głos, nie patrząc nawet na mijających ją ludzi. Michał, zaraz urodzę tu ze złości! Jakie dziesięć minut? Mam spuchnięte nogi, nie mogę stać!
Niespodzianka się nie skończyła! upierał się. Jak teraz wejdziesz, wszystko na nic. Usiądź na chwilę, pooddychaj świeżym powietrzem.
Pięć minut, Basia, przysięgam! Już, rozłączam się, bo nie zdążę!
Osunęła się na drewnianą ławkę przy klatce. Siaty runęły obok z hukiem.
Miała ochotę rzucić ten nieszczęsny pakunek z mięsem w ich kuchenne okno.
Minęło dziesięć minut. Potem dwadzieścia. Basia siedziała, obejmując brzuch i czuła, że aż kipi w środku.
Wyobrażała sobie, że wejdzie i… co ją tam czeka? Morze kwiatów? Śniadanie przy świecach? Skrzypek pod oknem?
Żadne z tego nie byłoby warte tego, że zostawił ją na dworze w środku nocy, w takim stanie.
Po trzydziestu pięciu minutach drzwi klatki skrzypnęły.
Wyszedł Michał. Wyglądał przekomicznie: koszulka na lewą stronę, czoło mokre, włosy nastroszone.
O, siedzisz! na siłę się uśmiechnął, łapiąc siaty. Czemu taka zła? Popatrz, jak ładnie dziś… no dobra, idziemy!
Ty, a czemu taki spocony? zmrużyła oczy Basia, podnosząc się z trudem po poręczy. I od ciebie czuć na kilometr domestosem.
Zobaczysz! odpowiedział, podskakując do windy jak podekscytowane dziecko.
Dojechali na górę. Michał triumfalnie otworzył drzwi i patrzył na nią, jakby czekał na oklaski.
Basia przestąpiła przez próg, a w domu uderzył ją zapach chloru i taniego odświeżacza powietrza o nucie morskiej bryzy.
Przeszła do pokoju. Potem zajrzała do kuchni. Potem do łazienki.
Wszystko było wyczyszczone na błysk. Ale pusto aż dziwnie.
Rzeczy, które zawsze walały się na krzesłach, nagle znikły. Dywan odkurzony, gdzieniegdzie jeszcze było mokro. Kurz starty z półek.
A jej figurki jakoś smutno stłoczone w jednym kącie.
I jak? Michał świecił dumą jak nowa złotówka. Niespodzianka!
Basia powoli się odwróciła.
I to już wszystko? spytała cicho.
Ale jak to wszystko? aż przyklęknął z oburzenia. Basia, zobacz! Trzy godziny się tu zabijałem!
Podłogi w całym domu umyte, nawet pod kanapą!
Naczynia wymyte, sedes błyszczy jak nigdy.
Chciałem, żebyś weszła i miała spokój, żebyś nie musiała nic robić.
Zasuwałem jak dziki, gdy ty… latałaś po sklepie.
Basia poczuła ścisk w gardle.
I dla tego… urwała się, walcząc z łzami. Dla umytych podłóg kazałeś mi dźwigać siaty i czekać na ławce?
Nie wyszedłeś po mnie na przystanek, bo… szorowałeś podłogi?
No jasne! machnął rękami Michał. Chciałem się postarać! Ciągle narzekasz, że nic nie robię w domu.
No to się udowodniłem.
Przyjechałaś wcześniej, to się nie wyrobiłem! Musiałem cię zatrzymać, żeby skończyć.
A ty, zamiast dziękuję, patrzysz na mnie jakby ci ktoś do zupy napluł.
Michał, ty jesteś… Basia nie wytrzymała, głos aż jej się załamał. Mam gdzieś twoje podłogi!
Mnie plecy bolą, torby były ciężkie!
Ja jestem w ciąży, Michał! Kumaty jesteś? W CIĄŻY!
Chciałam tylko, żebyś wziął mnie pod rękę, przyprowadził do domu, a nie latał ze ścierką!
Michał cały poczerwieniał. Rzucił ścierkę do zlewu.
Oho, zaczynasz! wrzasnął Nigdy nie jest dobrze! Od piątej rano harowałem na kolanach, żeby ci sprawić przyjemność, a ty wracasz i awanturujesz się!
Widzisz, jak tu czysto? Nawet na wesele tak nie było!
Po co mi to, taką ceną? Basia ledwo łapała powietrze. Zostawiłeś mnie na ławce pół godziny, zmarzłam, ledwo stoję!
Zmusiłeś mnie do kupowania mięsa, kiedy nie miałam już siły! To nie niespodzianka, to kpina!
Kpina?! Michał aż latał po kuchni, wymachując rękami. Wybacz, że nie jestem idealny, jak byś chciała!
Każda inna by się cieszyła: mąż posprzątał, ma gotować, a ty…
Tylko o sobie: Mój brzuch, moje plecy.
A ja? Może też byłem zmęczony! Całą noc nie spałem, czekałem na ciebie, chciałem cię zaskoczyć!
Basia ukryła twarz w dłoniach.
Nic nie rozumiesz szepnęła, zanosząc się już prawie płaczem. Zamieniłeś moje zdrowie na czysty próg.
Co ma do tego próg?! znowu krzyknął i walnął pięścią w stół. Przyjechałaś za wcześnie! To ty zepsułaś niespodziankę!
Gdybyś przyjechała w czwartek, miałbym czas i wszystko byłoby idealnie.
A tak zwalasz winę na mnie!
Jesteś niewdzięczna, Basia. Po prostu niewdzięczna.
Wystrzelił z kuchni, zatrzaskując z hukiem drzwi od sypialni.
Maluch w brzuchu znów się ruszył. Basia usiadła na krześle, patrząc na siatkę z mięsem, którą Michał nawet nie wsadził do lodówki.
Było jej fizycznie źle mdłości narastały.
Po dziesięciu minutach drzwi się uchyliły.
Robić to mięso? burknął. Czy może będziesz głodować na złość?
Nie gotuj nic, Michał wyszeptała Basia, nie patrząc na niego. Daj mi spokój. Chcę po prostu się położyć.
No spoko! i znów drzwi.
Basia wstała i chwiejnym krokiem poszła do łazienki.
Patrzyła na odbicie w lustrze: blada, z podkrążonymi oczami, włosy w nieładzie.
Przypomniało jej się, jak jechała autobusem i wyobrażała sobie, jak Michał ją przytuli, powie: Dobrze, że wróciłaś.
Ta, przytulił…
Gdy wróciła z łazienki, awantura rozkręciła się na nowo.
Mąż znowu na nią nawrzeszczał, rzucił nawet w nią kawałkiem mięsa.
Wysłała się z domu jak stała dobrze, że nie zdążyła się przebrać.
Znowu wróciła do rodziców.
***
Cała rodzina próbowała Basię przekonać, żeby się nie rozwodziła: teściowie, szwagierka, nawet ciotka i kuzyni.
Michał też dzwonił i prosił, żeby wróciła.
Basia jednak była pewna swego: nie chce takiego męża, rozwód to konieczność.
Po co jej ktoś, kto sprzątanie w mieszkaniu stawia wyżej niż zdrowie ich wspólnego dziecka?




